↓
 

  • CONTACT
  • HOME
  • BRIEF BIO
  • PERSONAL PAGES:
  • (ARTS
  • TRAVELS
  • PHOTOGRAPHY
  • NOTES)
Home→Categories TRAVELS 1 2 3 >>

Category Archives: TRAVELS

Post navigation

← Older posts

Hawajskie przygody po 9/11

Nie da się ukryć, że było to moje najlepsze dry martini. Gin, kropelka Vermutu, i oliwka – ale to przecież i shaker, i temperatura, i ilość lodu w stosunku do ginu, i – przede wszystkim – atmosfera. Tak czy owak – było to naprawdę najlepsze dry martini, jakie kiedykolwiek piłem, do tej pory je wspominam, a od tamtego czasu minęło przecież wiele lat. Przez szklaną podłogę i ściany restauracji na wewnętrznym tarasie hotelu Sheraton mogłem oglądać plażę Waikiki, a bliżej, o piętro niżej, zielono-niebieską wodę basenu pływackiego. I wierzcie mi, że ta plaża w zachodzącym słońcu, którego ostatnie promienie rzucały ciemno-pomarańczowe cienie na turkusowe wody basenu, robiły – szczególnie przez mgiełkę kolejnego dry martini – niezapomniane wrażenie.

Być w Honolulu i nie zobaczyć Pearl Harbour? Wynajmuję więc auto i kieruję się tam, gdzie jest zacumowany pancernik Missouri, na którego pokładzie generał McArthur przyjmował kapitulację Japonii we wrześniu 1945. Przechadzałem się po tym pokładzie – jak oni mogli się tam wszyscy pomieścić? Nasze wyobrażenia o pancernikach są często mylne, przestrzeni nie ma tam zbyt dużo. Na Missouri imponujący był jedynie przedni pokład, nad którym górowały owe niesamowite baterie 16-calowych dział zdolnych wyrzucać ponad-tonowe pociski na odległość 30 kilometrów. Ale już boczny pokład śródokręcia, na którym McArthur przyjmował kapitulację Japonii, był powierzchniowo bardzo skromny. A wewnętrzne pomieszczenia, wąskie korytarze, schody i przejścia na górę na szerokość jednej osoby – wyobraźcie sobie alarm bojowy, i co się tam wtedy działo.

Missouri-scaled2No, ale o mały włos i nie dojechałbym do Missouri, a amerykańskie wojsko na pewno dorobiłoby odpowiednią wersję mojego tragicznego końca. Dzień był gorący, choć nie upalny, prowadziłem powoli moje auto tak, jak kierowały mnie znaki na Pearl Harbour, przednie szyby miałem opuszczone, nie musiałem nawet włączać air conditioner’a, lekka bryza wystarczająco chłodziła kabinę. Zdziwiłem się tylko, kiedy droga nagle nie tyle się skończyła, ile była zastawiona budką strażniczą, przed którą stała w rozkroku potężna babka z korpusu Marines, dwa pistolety maszynowe przyczepione do jej bioder, a jej obie dłonie dokładnie na rękojeściach owych pistoletów, ze wskazującym palcem niewątpliwie na ich spuście. I pomimo, że miała szeroki uśmiech na twarzy, kiedy podjeżdżałem powoli do jej budki, instynktownie wiedziałem, że albo zachowam się rozsądnie, albo już nie zachowam się w żaden sposób nigdy więcej. “Where are you going, Sir?” – padło jej pytanie, i wtedy, patrząc wprost przez nią, 50 metrów dalej, zobaczyłem gniazdo karabinów maszynowych wycelowanych prosto w mój samochód. Tak się złożyło, że przez pomyłkę wjechałem na teren amerykańskiej bazy wojskowej – prawdziwej, nie tej dla turystów, a to mogło się naprawdę źle skończyć. Owa amerykańska Walkiria musiała chyba jednak mieć już do czynienia z takimi zagubionymi turystami, bo – pomimo jej pełnej gotowości do natychmiastowego wyprawienia mnie na tamten świat przy najmniejszym niewłaściwym ruchu z mojej strony – ciągle się uśmiechała, kazała mi zawrócić, udzielając zarazem instrukcji, gdzie powinienem był skręcić, aby dojechać do bazy wojskowej “dla turystów”, czyli właściwego Pearl Harbour.

Dopiero po następnych kilku dniach zdałem sobie sprawę, że to naprawdę nie były żarty. Było to zaledwie kilka miesięcy po 11-tym września, kiedy zginęło ich ponad trzy i pół tysiąca, i Amerykanie byli gotowi strzelać do każdego podejrzanego, a potem dopiero zadawać pytania. Zabukowałem sobie jednodniową wycieczkę na Maui, czyli 20-minutowy przelot, auto na lotnisku, zwiedzanie Maui, i powrót wieczorem do Honolulu. Wszystko było O.K., tylko ów 20-minutowy przelot – wewnątrz terytorium Stanów Zjednoczonych – zabrał ponad dwie godziny. Przeszedłem przez trzy kontrole, w czasie których chyba wszystkie moje plomby w zębach były dokładnie przeanalizowane, bagaż podręczny – a tylko taki miałem – sprawdzony, prześwietlony, i jeszcze raz sprawdzony.

To było w Honolulu. Na Maui atmosfera była już, na szczęście, bardziej zrelaksowana.  Głównym celem mojej wyprawy na Maui był Haleakala National Park, o absolutnie bajkowym kolorycie swoich wulkanicznych dolin i szczytów. I wcale nie trzeba profesjonalnych zdjęć, jakich pełno można znaleźć w przewodnikach i w Internecie. Te dwa poniżej, zrobione przeze mnie analogowym (jeszcze wtedy) aparatem i zeskanowane z odbitki, wystarczą. Nie obyło się bez niespodzianek. Auto, oczywiście, czekało na mnie na lotnisku, gdzie – pomimo wczesnego przedpołudnia – upał sięgał 30 stopni. Ale droga przez Haleakala National Park to wspinaczka na ponad 10 tys. stóp, czyli więcej niż 3 tys. metrów, a więc jestem powyżej szczytów Tatr, i to w przeciągu godziny lub dwóch, kiedy to zaczynałem wspinaczkę praktycznie od poziomu morza. Kiedy wysiadłem z auta blisko szczytu wulkanu, zęby mi zadzwoniły z zimna, i czym prędzej wydobyłem ciepły sweter z mojej podróżnej torby. Jakim cudem wziąłem go wtedy z sobą? Chyba tylko, nauczony doświadczeniem, jako antidotum na często w takich miejscach zbyt mocno działającą klimatyzację na lotniskach, w samolotach, czy w hotelach.

Halevala-scaled Halevala-2-scaled

Słynna plaża Waikiki w Honolulu, do której miałem z hotelu zaledwie kilka kroków, raczej rozczarowywała.  Jako plaża nie była niczym nadzwyczajnym, choć mogła, oczywiście, wyglądać dużo piękniej kilkadziesiąt lat temu.  Teraz była zatłoczona, szosa biegła wzdłuż niej zbyt blisko, i upstrzona była budkami i sklepikami sprzedającymi wszystko co niezdrowe i kiczowate.  Jedynie amatorzy surfingu mieli używanie, i widok tych młodych opalonych ludzi na deskach, utrzymujących równowagę na szczytach wysokich rozpędzonych fal, wnosił element piękna.

Za to wystarczyło pojechać autem na północny brzeg Oahu, aby znaleźć się wśród kilometrów zupełnie dziewiczych i przepięknych plaż, gdzie wczasowiczów było tak niewielu, że można było rozłożyć się w ciepłym białym piasku o 100-200 metrów od najbliższego sąsiada, lub odbywać samotne kilkukilometrowe spacery brzegiem oceanu.  Z kąpielą w owym oceanie było już gorzej – bo zaledwie kilka metrów od brzegu zaczynał się rów głebinowy.  Raj dla pływaków – gdyby nie … rekiny.  Niby nic się nie działo, i byli tacy, co pływali w tych głębinach, ale nigdy nie wiadomo.

Oahu-beach-scaled

Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):

1.Przedni pokład pancernika Missouri.  Te baterie 16-calowych dział mogą wyglądać na relikt przeszłości, choć sprawdziły się w ostatniej chyba misji bojowej (u wybrzeży Libanu) w 1991 roku.  Tym niemniej, okręt – po modernizacji – naładowany był współczesną elektroniką, i wyposażony w kilka baterii wyrzutni rakietowych (z pociskami Tomahawk, Harpoon, i in.).

2 i 3.  Zapierające dech w piersiach widoki w Haleakala na Maui.

4. Na północy Oahu plaże – jedne z najpiękniejszych, jakie widziałem – były praktycznie puste. Te dwa pieski zostawiły gdzieś swoich właścicieli i wybrały się na spacer brzegiem oceanu.

Posted in TRAVELS

Athens – 2013

IMG_5101-600  IMG_5177-600  IMG_5141-600  

Ateny – październik 2013. Krótki lot z Warszawy. Lubię latać po Europie, bo w porównaniu z moimi częstymi lotami przez Atlantyk, nie wspominając już o kilku morderczych kilkunastogodzinnych lotach do Azji, wszystko jest tam w zasięgu 2-3 godzin. Więcej czasu zajmują lotniska, niż same loty. Continue reading →

Posted in TRAVELS

Sycylia po raz trzeci – Palermo i Cefalu 2019

Moje poprzednie wyprawy na Sycylię jakoś umknęły tym zapiskom. Pierwsza z nich była może tygodniowym, może 10-dniowym, wyjazdem na konferencję w Taorminie, a więc Toronto – Mediolan – Catania, gdzie czekał już wynajęty samochód, i krótka jazda do Taorminy. To był rok 2004, a więc sporo lat temu. Późny październik, a mimo to było gorąco, wręcz upalnie, po Taorminie chodziło się ‘na letnio’, a tłum (bo to był tłum) podobnie ubranych turystów przewalał się w obu kierunkach wzdłuż Corso (chyba) Umberto, zresztą – co za różnica, czy Umberto, czy Vittorio Emanuele, czy też republikański Garibaldi, niewiele więcej – jeśli chodzi o nazwy głównych ulic – było do wyboru we wszystkich małych włoskich miastach, które udało mi się zobaczyć. Hotel – Grande Albergo Capo Taormina był nieco z boku, nad samym morzem, uczepiony skalistego urwiska. Kilkadziesiąt metrów w dół od poziomu recepcji widać było spory basen pływacki z zimną morską wodą, i małą, pokrytą grubym szorstkim piaskiem plażę. Dotrzeć tam można było długimi wykutymi w skale grotami. Sam hotel nie był przytulny – duży, nastawiony na konferencje, z równie dużą i nieciekawą restauracją, oferował jednak wygodne pokoje z pięknymi kamiennymi tarasami i widokiem na Etnę, na której zboczach można było obserwować nocą czerwone języki spływającej lawy.

Drugi pobyt na Sycylii miał miejsce w ostatnim tygodniu maja 2016 roku – udane, w sensie wypoczynku, jak i zwiedzania, wakacje w Club Med Kamarina. I znowu lot do Catanii, odebranie auta na lotnisku, i dwugodzinna jazda do Kamariny ze źle działającym GPS, który “pokierował mnie” aż na Vittorię i Scoglitti, skąd dopiero miejscowi wyprowadzili mnie na właściwą drogę. Z lekką obawą, czy zdążę przed zmrokiem, ale jednak dojechałem. A było się czego obawiać, bo lokalne włoskie, a tym bardziej sycylijskie, drogi nie są dla turystów, a sam znak ze strzałką do Club Med był tak mały, że w ciemności na pewno bym go minął.

Palermo, późne popołudnie. Autobus z położonego o 30 km od miasta lotniska potrzebuje około godziny na dojechanie do centrum, przebijając się przez popołudniowe korki. Laura Mollica, właścicielka Santa Caterina B&B, gdzie miałem rezerwację na 3 noce, wysłała mi wcześniej email z informacją, gdzie mam wysiąść, żeby było najbliżej. Rzeczywiście – od przystanku tylko kilka minut do Corso Vittorio Emanuele i do miejsca, gdzie powinna znajdować się moja B&B. Tylko że jej nie ma. Ciągnę walizkę od rogu do rogu, znajduję w końcu cortile Santa Caterina, ale dalej żadnego szyldu ani innego oznaczenia. I dopiero przy jednej ciężkiej bramie z kutego żelaza dwa czy trzy malutkie guziczki dzwonków z nazwiskami, na jednym z nich jeszcze mniejszymi literkami “B&B Santa Caterina”. Dalej już poszło jak z płatka. Typowe włoskie palazzo – sufity na 5 metrów, długie korytarze z kilkoma pokojami po bokach, jest nawet mały domowy teatr, bo właścicielka i jej mąż są artystami, ona śpiewa, on gra na kilku instrumentach. Kiedyś prowadziła “company”, która odbywała tournees po wielu krajach. Na starsze lata postanowili spróbować szczęścia w małym rodzinnym hotelarstwie.

B&B zawsze jest loterią – niby “przy rodzinie”, a trochę obco, choć właściciele starają się jak mogą. Niemniej pokój wygodny, a lokalizacja trudna do pobicia. Zaledwie jedna przecznica od Quatro Canti, czyli samego “serca” Palermo. Parę kroków dalej Piazza Bellini ze swoimi trzema kościołami, od normańskiego po barok, wieczorami pięknie podświetlonymi ciepłym żółtym światłem. Chociaż ja “odkryłem” Piazza Bellini z bardziej prozaicznego powodu – po prostu chciałem coś zjeść przed nocą, zapytałem więc właściciela mojej B&B, gdzie w pobliżu znajdę dobrą pizzerię, i on właśnie tam mnie skierował.

Piękny ciepły wieczór i Antica Pizzeria Bellini “wyszła” na zewnątrz – 20-30 stolików w naturalnym otoczeniu Piazza Bellini.  Mniej więcej co pół godziny zmieniają się uliczni grajkowie, śpiewają włoskie piosenki, grają na gitarach, flecie. Nie są jednak nachalni, ich występy mają miejsce na umownym “obrzeżu” restauracji, i jedynie pod koniec przechodzą z kapeluszem lub puszką między stolikami, z uśmiechem i godnością. Mam wrażenie, że tak samo dobrze się bawią jak restauracyjni goście, i są tu mniej dla zarobku, a więcej dla miłego spędzenia wieczoru. No i wreszcie moja pizza di Napoli i karafka czerwonego wina. Pizza lepsza niż w Neapolu, a przecież tamta też była bardzo dobra.

Palermo nie jest małe, na dobre zwiedzenie samego tylko “centro storico” potrzeba trzech dni. Na osi wschód – zachód, od Lungomare do Palazzo dei re Normani to dobre dwa kilometry, to samo od stacji Palermo Centrale do Teatro Massimo na osi północ – południe. A to przecież tylko ścisłe centrum.  Biegałem więc przez owe trzy dni we wszystkich kierunkach “wchłaniając” miasto tak, jak ja to lubię – włócząc się po ulicach, tych znanych, i tych mniej znanych, odwiedzając co ciekawsze zabytki, ale bez przesady – nie przerabiałem tras wycieczek turystycznych: od jednego kościoła do drugiego, trzeciego, itd., najlepiej w różnych stylach, czy od palazzo do innego palazzo.  Słynne Palazzo dei re Normani jednak zwiedziłem.  Raczej eklektyczne, ileś warstw jedna na drugiej, trochę jak nasz Wawel, nawet pewne fragmenty bardzo podobne.  I Wawel byłby nawet ciekawszy gdyby … no właśnie, gdyby nie owa przepiękna Capella Palatina, w której oczu nie można było oderwać od kompozycji i bizantyjskiego przepychu.  Miałem ze sobą mój najnowszy (wtedy) super szerokoogniskowy obiektyw fotograficzny (tzw. fish-eye), i zarówno poniższe zdjęcie z Capella Palatina, jak i to wcześniejsze z Piazza Bellini, nim były robione.

Niestety, właśnie w Palermo zgubiłem okulary, futerał musiał wysunąć mi się z kieszeni na Lungomare, kiedy przysiadłem na ławce, aby sprawdzić coś na planie miasta. Miałem, co prawda, korekcyjne przeciwsłoneczne, więc w dzień sobie jakoś radziłem, wieczorami było jednak znacznie trudniej. Wzrok w tamtym roku pogarszał mi się szybko, i kilka miesięcy później musiałem poddać się chirurgii ocznej i dać sobie wszczepić nowe soczewki. Z bliska jako tako widziałem, mogłem też czytać bez problemów, ale zwiedzanie bez okularów było już męczące. Gdy po kolejnych 10 dniach wróciłem do Warszawy w pierwszej kolejności poszedłem do optyka i zrobiłem nowe okulary.

Na razie jednak wsiadłem w pociąg na Palermo Centrale i pojechałem do Cefalu, gdzie miałem zabukowany 9-dniowy pobyt w Club Med, a w samym Cefalu czekało jeszcze na mnie auto – mały Fiacik, no bo niczym większym jeździć się tam nie da. W dodatku – przez te okulary – musiałem uważać, żeby zdążyć przed zmrokiem, więc dalsze wycieczki odpadały. W gruncie rzeczy mogłem sobie darować to autko, bo z Club Med do Cefalu można było przejść pieszo (choć już raczej nie z walizką). Tylko raz pojechałem do miasteczka autem, potem już robiłem długie spacery wzdłuż wybrzeża.

No, Club Med mi zaimponował. Inny rodzaj “prostego luksusu” niż np. w Marrakech’u, niemniej willowe domki były bardzo wygodne, i pięknie udekorowane, sam klub rozległy, pięknie położony, o ciekawej linii wybrzeża, i jeszcze z widokiem poprzez zatokę na oświetlone popołudniowym słońcem Cefalu, z jego katedrą i dominującą nad miasteczkiem skałą (La Rocca), na której szczycie znajdowały się pozostałości normańskich zamków Rogera II.

La Rocca wyglądała na nieco trudną do wspinaczki, w końcu mam te swoje lata, ale fortece Rogera II z 12-go wieku okazały się za dużą pokusą. Dobrze, że zabrałem ze sobą butelkę wody. Odbyta o sezon wcześniej wspinaczka na Wezuwiusz była przysłowiową ‘bułką z masłem’ w porównaniu z wejściem na La Rocca. Najpierw ostro w górę uliczkami i schodami miasteczka, potem jeszcze bardziej ostro, ale dobrze utrzymaną drogą, choć też sporo schodów. No ale potem była już tylko wijąca się w górę zygzakami ośla ścieżka, rumowisko, na którym trzeba było dobrze uważać, gdzie stawia się stopę. Na wysuszonych łąkach pokrywających zbocza góry widać było gdzieniegdzie owce pilnowane przez owczarki, które wspinały się po tych skałach jak kozice górskie. Kilkakrotnie chciałem zrezygnować, zapasowe koszulki, jakie miałem w plecaku, bardzo szybko się skończyły, a te na mnie można było wyżymać. Ambicja była jednak silniejsza. Skoro kilka starszych chyba ode mnie brytyjskich turystek dawało radę, to ja też muszę. Te panie miały w dodatku poczucie humoru. Gdy dochodziłem do kamiennej pseudo-ławeczki w połowie drogi, gdzie właśnie sobie przysiadły, żeby chwilę odsapnąć, jedna z nich zwróciła się do mnie: ‘a sixpence if you want to sit here’. Nie byłem dłużny i zapytałem: ‘do you know which way is up?’. Na samej górze spędziłem trochę czasu nie tylko z powodu widoków, ale po prostu musiałem zebrać siły na powrót. Sama mieszkalna część zamku była już właściwie ruiną – zaledwie zarysem komnat, ale mury obronne jeszcze stały, a całość była przemyślnie skonstruowanym systemem obronnym z kilkoma liniami fortów i pełną kontrolą nad zatoką – nikt nie mógł dopłynąć niezauważony, a zdobycie tej twierdzy od lądu było prawie niemożliwe. Jak oni zrobili to w 12-tym wieku?

Zejście z La Rocca było tylko trochę łatwiejsze. Kiedy dotarłem do miasteczka, byłem już na ostatnich nogach i mocno odwodniony. W restauracji najpierw wypiłem trzy piwa jedno po drugim (czyli litr piwa), a potem dopiero spojrzałem w kartę.

  

  

Komentarz do zdjęć:

  1. Antica Pizzeria na Piazza Bellini.  Przepięknie podświetlone okoliczne kościoły, upalny wieczór, ciekawi uliczni grajkowie, i bardzo dobra pizza di Napoli.
  2. Capella Palatina w Palazzo dei re normani w Palermo – wystrojem i nastrojem biła niemal wszystkie, jakie do tej pory widziałem.
  3. Ruiny zamku Rogera II na szczycie La Rocca, Cefalu.  Mury zachowały się bardzo dobrze, sam zamek zupełnie zniszczony, ale na podejściu kilka doskonale zachowanych warowni. Widok na Cefalu.
  4. I takie same mury po drugiej stronie, z widokiem na wschód od Cefalu.
  5. Wspinaczka na La Rocca była mordercza, ale widoki z góry przepiękne.
  6. Osty jakoś wytrzymywały spieczone słońcem rumowisko La Rocca.
Posted in TRAVELS

Grecja wte i wewte

Tylko środkowa Grecja – tak ca. 2 godziny jazdy na północ od Aten, wzdłuż wschodniego wybrzeża, a potem w poprzek, ale wystarczyło.  Wiedziałem instynktownie, że nie mam co liczyć na mapy i oznaczenia – na ogół jedne sobie, drugie sobie – więc zamówiłem do mojego autka (Renault Clio, diesel) GPS.  No, teraz to już na pewno się nie zgubię. Ha, ha!  Nie dość, że GPS był około 5 lat “do tyłu”, tzn. nowe objazdy i nowo otwarte odcinki dróg jeszcze nie były uwzględnione, natomiast stare oszustwa rządu greckiego wobec Unii Europejskiej (odcinki autostrad, które istniały na mapie, ale nie w rzeczywistości) jak najbardziej były na moim GPS (ale nie w terenie), to jeszcze pieprzony aparat działał za wolno – albo ja jechałem za szybko, bo gdy seduktywny kobiecy głos mówił mi: “take the next right”, ja już byłem 100 metrów za owym “next right”, i tylko słyszałem równie seduktywne: “recalculating route …”.  Nie skłamię, jeśli powiem, że kilka razy miałem ochotę wyłączyć GPS i zdać się na intuicję.  Szczególnie, kiedy po sugestii: “exit the motorway now”, owszem, zjechałem z owej “motorway”, ale był to już następny “exit”, i przez kolejne 20 minut kluczyłem po zakazanych ateńskich przedmieściach – tych prawdziwych, nie dla turystów, czyli bardziej zakazanych, i już zupełnie bez oznaczeń – zanim odnalazłem, z pomocą faceta ze stacji benzynowej, właściwą drogę.  No, ale cudem lub przypadkiem (zależnie od wiary w Boga lub w statystykę) dotarłem do portu w Arkitsa na 10 minut przed odpłynięciem promu na wyspę Evvoia, gdzie znajdował się cel mojej podróży, czyli przepięknie położony Club Med Gregolimano.  Ów 40-minutowy przesmyk między wyspą a lądem stałym przepływałem jeszcze w ciągu następnego tygodnia dwukrotnie (wte i wewte), raz jadąc na północ do monastyrów w Meteora, drugi raz przecinając Grecję w poprzek, przez góry, na zachodnie wybrzeże w celu odwiedzenia wyroczni delfickiej.

Monastyry w Meteora

Równina tessalska – wiodąca wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku miasta Tessaloniki – była płaska i mało ciekawa. Dopiero jak miniesz Trikala i zbliżysz się do miasteczka Kalabaka – a to już o rzut kamieniem od celu podróży – wszystko zmienia się w przeciągu kilku minut … i jedziesz oniemiały wobec ósmego cudu świata.  Przed tobą łańcuch górski, ale to nie są zwykłe góry, tylko szereg pojedynczych pionowych skał, na szczytach których pobudowano monastyry.  A za nimi następne, i jeszcze następne, kilkusetmetrowe przepaście i pionowe ściany.  Cały horyzont przysłonięty ścianą gór złożonych z owych pionowych przyczółków i głębokich dolin schowanych za woalką lekkiej mgły. I gdzieniegdzie czerwone dachówki monastyrów.  Można tam dojechać – nawet dość wygodnie – choć na to wcale nie wygląda.  No, do niektórych można dotrzeć tylko linowyn koszykiem, bo to naprawdę nie jest kolejka, i wystarczył mi jeden rzut oka na ten 200-letni zabytek transportowy, abym zrezygnował z próby przeprawy, choć robiły to – pojedynczo, bo inaczej nie można było, 80-letnie babcie, ale im i tak niedaleko było do duchowego celu ich podróży, cel fizyczny nie odgrywał więc, być może, takiej roli.

   img_7401-600   img_7426-600   img_7419-600      img_7422-600   img_7400-600

Okazuje się, że być “z dala od cywilizacji” – rozumianej bardzo pragmatycznie, jako dostępność wszelkiego rodzaju produktów i usług – może mieć i negatywne strony. Na przykład, usług optyka, bo takich właśnie potrzebowałem, kiedy moje okulary słoneczne “zgubiły” śrubkę trzymającą prawą soczewkę. Niby nic, ale spróbuj jeździć autem po słonecznej Grecji bez okularów słonecznych – nie takich zwykłych, kupionych w każdym kiosku turystycznym, ale robionych u optyka, z odpowiednimi parametrami. Trzydzieści kilka lat temu zdarzyło mi się to raz w Meksyku – omal nie oślepłem po jednym dniu 8-godzinnej jazdy w pełnym słońcu przez góry Sierra Madre del Este, znad Zatoki Meksykańskiej do stolicy. Mądrzejszy o tamto doświadczenie postanowiłem tym razem nie ryzykować, tylko za wszelką cenę naprawić okulary. Śrubek oczywicie nie miałem żadnych, cieńkich drucików również, miałem natomiast “sawing kit”, czyli małe podróżne pudełeczko z igłami i nićmi, no i paroma guzikami – ha, ha, koszuli akurat do Club Med nie przywiozłem żadnej, bo i po co? – więc oberwany guzik nie wchodził w grę, natomiast patrząc na igły i nici coraz bardziej krystalizował się we mnie pomysł “zszycia” moich okularów. Przecież w końcu śrubka jedynie dociska górną i dolną część ramki, trzymając tym samym soczewkę, więc dlaczego nie miałaby tego zrobić nitka przeciągnięta przez owe dwie dziurki – powiedzmy – 10 czy 20 razy i zawiązana po drodze na kilka supełków. No, bawełniana nitka, nawet pomnożona przez 20, w końcu trochę się rozluźni, i soczewka znowu wypadnie, ale liczyłem na to, że tydzień wytrzyma. Wytrzymała znacznie dłużej, bo jeszcze po powrocie do Warszawy przechodziłem w owych okularach, bez żadnych problemów, cały kolejny tydzień, a i w Toronto zamieniłem moje nitkowe wiązanie na prawdziwą śrubkę dlatego, że mogłem, a nie że musiałem. Potrzeba jest matką wynalazków – jak zawsze mawiała moja własna Mama.

DELFI – czyli wieloznaczność wyroczni

Czy musiałem jechać do Delfi? 40 minut przeprawy promem z wyspy Evvoia na stały ląd, a potem ze dwie godziny, może trochę dłużej, w poprzek przez góry – no, piękne góry środkowej Grecji, a ja uwielbiam samotną jazdę przez góry, pod warunkiem, że nic się nie dzieje, silnik auta mruczy jednostajnie, jak zadowolony kot, benzyny w baku dosyć, i jeszcze wiem, gdzie jestem. Z tym ostatnim to nie tak całkiem wyszło. Termopile owszem, znalazłem, a zależało mi na odwiedzeniu miejsca, gdzie waleczny król Sparty stawił czoła całej armi perskiej, ale potem pojechałem na skróty, co przy greckich mapach oznaczało tylko tyle, że musiałem cofać się do punktu początkowego owego “skrótu”, aby dalej kontynuować podróż. Więc, aby odpowiedzieć na pytanie, czy “musiałem”? – nie, nie musiałem, ale moje klasyczne licealne wykształcenie polegało, między innymi, na tym, że w pierwszej licealnej zaczynaliśmy historię od starożytności (potem tak szło to do przodu, co klasa, to kolejna epoka), a w dodatku mieliśmy nauczyciela zafascynowanego starożytną Grecją (trochę mniej Rzymem), i zakochanego w starożytności, o której opowiadał z takim entuzjazmem, że coś z tego zostało we mnie 50 lat później. Jego klasyczna – pun not intended – lekcja “Grecja za Solona” została, oczywiście, przez nas, głupich uczniaków, przemianowana na “Grecja zasolona”, jednak trzeba przyznać, że miłość do starożytności w nas wszczepił, a nie ma chyba większego komplementu dla nauczyciela historii starożytnej. Mam szczerą nadzieję, że przebywa teraz na Olimpie wśród bogów, których kochał, i o których tak ciekawie opowiadał, i cieszy się z opinii swojego dawnego ucznia.

No więc, przeciąłem te piękne góry ze wschodu na zachód, i dotarłem to nadmorskiej równiny, gdzie znajdowało się Delfi – na wzgórzach, więc znowu trochę pod górę, na szczęście dało się zaparkować, mimo niezłego tłumu turystów – najgorsze zawsze są autobusy, bo raz, że zabierają dużo miejsca, a dwa, że wiozą “grupę”, a nie ma nic gorszego niż trafić na grupę przed lub za tobą, a jeszcze – nie daj Boże – z przewodnikiem. O ile turyści indywidualni mi absolutnie nie przeszkadzają, właśnie dlatego, że są indywidualni, czyli chodzą własnymi drogami, nawet jeśli jest ich (turystów) dużo, o tyle grupy przyprawiają mnie o depresję: stado kretynów wypełniających daną salę, bez cienia indywidualności i z kretynizmem wypisanym na każdym obliczu. Oh tak, zdarzało mi się – ostatnio w Efezie w hellenistycznej Turcji – zwiedzać dane miejsce z grupą, ale zawsze byłem 100 metrów przed, lub 100 metrów za, aż któryś przewodnik, wręczając mi bilet na zwiedzanie kolejnego miejsca, sarkastycznie zapytał, czy ja aby jestem z nimi, bo nie wyglądam na takiego. I słusznie.

Zaparkowałem, dotarłem do kasy i kupiłem bilet na “archeological site” i do muzeum. Sama świątynia, czy raczej kompleks świątyń z czasów greckich i rzymskich, a raczej – ruin owych świątyń, oznacza niezłą wspinaczkę, ale wrażenia są niesamowite. Najlepiej zachowana mała świątynia Apollona to chyba z czasów rzymskich, ale stare greckie kolumny wyznaczające miejsca dawnych świątyń są fascynujące.

Grecy może są nieudolni w sprawach gospodarczych – choć tego nie widać – ale muzea to potrafią budować. Moja pierwsza fascynacja to New Acropolis Museum w Atenach, ale to w Delfi, choć malutkie, było przepiękne. Znowu – mieszanka reliktów greckich i rzymskich, ale umówmy się, że Rzym przyjął i wchłonął kulturę grecką, nie niszcząc jej, owszem, zmieniając panteon bogów, ale co za różnica, czy ktoś nazywa się Afrodyta, czy Wenus, skoro i tak mowa o tej samej bogini. Chodziłem po tych kilku salkach jak urzeczony, co zdarzało mi się też w innych greckich muzeach. Patrzysz przecież na rzeźby, które mają po 3 tysiące lat, a są tak klasycznie piękne, że trudno oprzeć się myśli, że ludzkość osiągnęła wtedy swoje apogeum, i od tamtych czasów nieuchronnie zmierza ku swojemu upadkowi, mimo wszelkich postępów technologii.

img_7387-600   img_7365-600

img_7366-600   img_7388-600

Posted in TRAVELS

Marrakech – czyli świat na beżowo

Świat cały na beżowo … z wyjątkiem Jardin Majorelle, gdzie dominował ów wspaniały głęboki “bleu Majorelle”. Sam Jacques Majorelle malował głównie plenery marokańskie, które z natury są beżowe, choć w kilkudziesięciu odcieniach. Chyba zdecydowana większość jego obrazów znajduje się w prywatnych kolekcjach, a jak któryś pojawi się na aukcji, to sprzedaje się za milion dolarów.  W boutique’u Yves St. Laurent’a (który, razem ze swoim partnerem Pierre Bergé) nabył tę posiadłość gdzieś w latach 60-tych XX wieku, można nawet kupić małe puszki farby “bleu majorelle”, nie mówiąc już o wielu naprawdę pięknych wyrobach – na przykład z delikatnej skóry – w tym kolorze.  No, ale ja jechałem do Club Med Le Riad/La Palmeraie, i Jardin Majorelle był tylko jednodniowym epizodem – pojechałem tam taksówką po długich, choć z mojej strony prowadzonych wyłącznie dla zasady i z przymrużeniem oka targach, wiedząc że przepłacam o 40% (ale przynajmniej wiedząc; w końcu były to dla mnie zaledwie trzy dolary różnicy, więc nie przesadzajmy), a wróciłem na Jamal-el-F’na (gdzie miałem navette z powrotem do klubu) … na piechotę.  Długi spacer w morderczym 35-stopniowym upale przez sporą część “nowego” Marrakech’u, w dodatku tę najmniej ciekawą, bo w następnych dniach lubiłem włóczyć się po zaułkach starej Mediny.

Wracając do Yves St. Laurent’a – za drugim moim pobytem w Marrakech’u było już otwarte nowo zbudowane Musée Yve St. Laurent, zresztą położone zaledwie o 200 m od Jardin Majorelle. Bardzo nowoczesna, choć w beżowym marokańskim stylu konstrukcja. Niestety, nie pozwolili zrobić żadnych zdjęć w tej najciekawszej części muzeum, czyli tam gdzie były kolekcje przepięknych kreacji, i równie przepięknej biżuterii. Na dodatek cała ściana tej zupełnie zaciemnionej, niemal czarnej sali, z podświetlonymi kreacjami Yves St. Laurent’a oraz gablotami z biżuterią była jednym wielkim ekranem, na którym, z pełnym złudzeniem trójwymiarowości, przechadzały się, a raczej szły w stronę zwiedzających, modelki i wszelkie gwiazdy filmowe. W którymś momencie osłupiałem, bo w moją stronę pięknym krokiem modelki szła … Cate Blanchet, a w chwilę później Nicole Kidman, dosłownie mogłem zawołać ‘Hello’ i pomachać im ręką.

     

  

Takich warunków nie miałem jeszcze w żadnym Club Med, a jeżdżę tam już od ponad 30 lat. Le Riad jest wydzieloną 5-gwiazdkową częścią Club Med La Palmeraie, a suita jaką dostałem składała się, ni mniej ni więcej, tylko z sypialni, saloniku z fotelem i kanapą, odrębnego małego pokoju z szafami, stolikiem do pisania i lustrem, ogromnej łazienki z oddzielnym prysznicem i kiblem, kamiennego tarasu ze stolikiem i dwoma fotelami, i jeszcze otoczonego beżowym (jak wszystko tutaj) murem sporego ogródka z dwiema leżankami, drzewkiem pomarańczowym i paroma innymi krzewami. Miałem więc pełną “privacy”, a przez ów beżowy mur tylko okoliczne koty mogły się do mnie dostać, co też czasem robiły.

Atmosferą przypominało to trochę Jumeirah Etihad Towers w Abu Dhabi – inny rodzaj wakacji, inne miejsce, inny typ hotelu, ale koncepcja podobna: wydzielona część hotelu/klubu z odrębnym barem, odrębną restauracją, prywatnymi śniadaniami i lunch’ami. Tutaj jeszcze odrębny basen pływacki, 25-metrowy i głęboki, trochę za ciepła – jak na mój gust – woda, ale za to cicho, jeśli w ogóle coś czasem grało, to spokojna muzyka, cichy jazz, żadnego bębnienia, można było sobie usiąść w fotelu przy basenie, zamówić drinka lub kawę, i poczytać książkę lub po prostu popatrzeć na ludzi. A jeśli chodzi o owych ludzi, to 95% Francuzów – w recepcji jeszcze mogłem swobodnie porozumieć się po angielsku, z obsługą już rzadko, ale zdarzyło mi się to raz czy dwa, a wśród gości klubu to raz usłyszałem niemiecki, raz rosyjski, raz czy dwa angielski, raz nawet polski, a po za tym wyłącznie francuski.

    

Jestem z natury samotnikiem i mogę spędzić tygodniowe wakacje nie odzywając się do nikogo z wyjątkiem obsługi recepcji, restauracji, itp. – ale w Club Med nigdy się nie nudzę. W końcu, jeśli zechcę, mogę zawsze dosiąść się do jakiegokolwiek “table de convivialité” podczas obiadu, pójść na wieczorny “show”, czy nawet tak po prostu porozmawiać sobie z ładną dziewczyną w recepcji, czy z szefem lub szefową klubu, co czasem robię. Jednak na ogół wolę być sam, szczególnie przy posiłkach, a już zupełnie nie akceptuję prób “dokooptowania” mi towarzysza (niemal zawsze towarzyszki) lunch’u lub obiadu. Zawsze staram się zająć dwuosobowy stolik, i na drugim krześle zostawić mój plecak, i w 99.5% to działa, no ale pozostaje jeszcze te 0.5%. Kiedy ostatnim razem – właśnie w Marrakesh – jakaś dziumdzia z recepcji chciała dosiąść się do mnie przy obiedzie, po prostu wskazałem ów plecak na drugim krześle i powiedziałem: ” j’attends pour mon amie”. Szybko się zmyła. To mogą być całkiem fajne dziewczyny, ale nie raz już byłem w takich sytuacjach – nie mam z nimi absolutnie żadnych wspólnych tematów przy obiedzie. Niestety, nie jestem autorytetem w ostatnich rankingach “pop stars”, różnica wieku jest za duża na jakiekolwiek inne wspólne tematy, więc po co psuć sobie wieczór.  Natomiast raz czy dwa zdarzyły mi się ciekawe obiadowe konwersacje z paniami w moim wieku, lub trochę młodszymi, ale … samotnymi, tak jak ja, turystkami.  Raz po niemiecku – no wtedy, niezależnie od upału, aż spociłem się z wysiłku.  Drugi raz, po francusku, poszło już łatwiej, choć też nie bez problemów. Pomny tych doświadczeń staram się być przy stoliku sam.

Po śniadaniu pływałem i opalałem się – rano basen był praktycznie pusty, najwyżej jedna osoba, a jak już ludzie zaczynali się schodzić (choć tłoku tam nie było nigdy), to ja wracałem do siebie, potem szedłem na lunch, a po południu często korzystałem z navette do Jamal-el-F’na, centralnego placu od którego zaczyna się Medina i wszystkie “souks”. Wieczorami zaś piłem drinka lub dwa w Le Riad, ale na obiad szedłem do La Palmeraie, bo tam był bufet, a więc większy wybór, a przy tym gwarnie i wesoło. Po dwóch-trzech dniach kelnerka już rezerwowała dla mnie “mój” stolik i stawiała na nim butelkę doskonałego marokańskiego czerwonego wina. To ostatnie było miłą niespodzianką, bo jeśli chodzi o wino do posiłków, to Club Med mocno zjechał w dół – w Gregolimano w Grecji w ogóle musiałem przerzucić się na piwo i Metaxę, a w Kamarinie na Sycylii też wino było słabe. Zawsze, oczywiście, można było zamówić sobie dobre markowe wina po kilkadziesiąt euro za butelkę, tylko po co? Byłem przyzwyczajony do przyzwoitej jakości win obiadowych w każdym Club Med w poprzednich latach, a wcześniej jeszcze pamiętam lata, kiedy był nawet wybór. Co ciekawe, o ile warunki lokalowe zdecydowanie uległy poprawie, łącznie z dostępnością owych 5-gwiazdkowych “suites” – oryginalny Club Med zaczął się przecież od namiotów, pamiętam jeszcze prościutkie pokoiki bez radia i telewizora – o tyle wyżywienie, kiedyś właśnie na najwyższym poziomie, z produktami sprowadzanymi bezpośrednio z Francji, zdecydowanie uległo pogorszeniu. Ciągle jest jeszcze dostępne do każdego posiłku różnorodne i świeżutkie pieczywo z własnej piekarni, wybór dań też nie jest jeszcze zły, ale to już nie te minione dekady, kiedy jednego dnia była kuchnia francuska z żabimi udkami, serami, itp., innego kuchnia włoska, następnego wszelkie frutti di mare (te zapiekane ośmiorniczki, krewetki na kilka sposobów, langusty), itd.

Wspomniałem, że jedynie okoliczne koty mogły odwiedzać mnie w ogródku i na tarasie.  Któregoś dnia zostawiłem drzwi na taras otwarte i poszedłem do łazienki.  Gdy wróciłem, zauważyłem jakiś biało-szary podłużny kształt zaglądający mi pod łóżko.  “Kształt” okazał się kotem, który szybko zrejterował na taras, a potem do ogródka.  Żaden z tych, co mnie odwiedzały, nie dał się dotknąć, ale też nie wyglądały na zabiedzone.

A skoro mowa o faunie, to na koniec mały rarytas: nocne (no, powiedzmy poźno-wieczorne) nagranie kumkających żab, zaledwie 20 metrów od mojej suity.  A drugie nagranie to to samo miejsce za dnia.

Niestety, miałem tylko podstawowy sprzęt fotograficzny, w dodatku bez żadnych źródeł światła,i wszystko robiłem “z ręki”. Tę scenę równie dobrze można było nakręcić wyłącznie z audio. Żaby dawały ów koncert każdego wieczoru o tej samej porze, i zawsze zatrzymywałem się tam w drodze do mojej suity, aby go posłuchać. To było w maju, a kiedy następnego roku przyleciałem tam we wrześniu z zamiarem zrobienia porządnych nagrań, spotkało mnie rozczarowanie – staw był cichy. Obsługa mówiła, że żaby tak koncertują tylko w wiosną, w porze godowej. Być może – ja jednak podejrzewałem, że po prostu spuścili calą wodę, aby wyczyścić dno, i było po żabach.

Komentarz do zdjęć:

1 i 2. Jardin Majorelle – posiadłość, gdzie Jacques Majorelle mieszkał i malował gdzieś od 1923 roku, kiedy to kupił pierwszą działkę, którą potem stopniowo powiększał, do 1961.  Dominuje ów słynny “bleu majorelle” – a w domu/studio mieści się w tej chwili przepiękne muzeum berberskie, butik, i mała księgarnia.  Niestety, żadnych obrazów.

3 i 4. Przykłady “klasycznych” obrazów Jacques’a Majorelle przedstawiających pejzaże marokańskie, zwłaszcza okolice Marrakech’u.

5, 6, 7. Zakątki w Club Med El Riad/La Palmeraie.

Posted in TRAVELS

Włoskie wędrówki 2014 – Amalfi Coast & Capri

IMG_6046-600   IMG_6047-600   IMG_6048-600   IMG_6062-600

Włoskie krajobrazy: nie jest prawdą – a tak do tej pory uważałem – że którąkolwiek drogę wybierzesz, zawsze będziesz zauroczony. Puglia na północ od Lecce była mało ciekawa, podobnie wschodnia Bazylikata aż do Matery. Za to na zachód od Matery, poprzez południowe Apeniny i w stronę Amalfi Coast, widoki zapierały dech w piersiach. Aż do Salerno, bo tam trzeba było jeszcze “trafić” w Costiera Amalfina, a to już była zabawa w ciuciubabkę: mapa pokazuje jedno, to my cię skołujemy mylnymi oznaczeniami, albo ich zupełnym brakiem, tak abyś krążył godzinami, przeklinając dzień, w którym postanowiłeś spędzić wakacje we Włoszech. Godzinami co prawda nie krążyłem, ale to chyba tylko dlatego, że podświadomie kierowałem się tam, gdzie jechało najwięcej aut, zakładając – jak się okazało, poprawnie – że większość Włochów pracujących w Salerno będzie po południu wracać do swoich wiosek, a jedyna droga do owych wiosek to Costiera Amalfina – nieprawdopodobnie wąska i kręta wyasfaltowana “ośla ścieżka” wzdłuż wybrzeża, na której dwa samochody wymijały się ocierając się, dosłownie, lusterkami. Zdarzało mi się w przeszłości jechać gorszymi – to znaczy, bardziej niebezpiecznymi – trasami, ale ta była niczego sobie. Dla turystów z “amerykańskiej” strony Atlantyku dodatkowym wyzwaniem była jazda wynajętym autem z nieodmiennie ręczną przekładnią – bo żaden, ale to żaden, szanujący się Włoch płci męskiej, a większość czarnookich donne była tego samego zdania, nigdy nie splamiłby się jazdą autem z automatyczną przekładnią – przecież to takie “niemęskie”, nieprawdaż?  W moim przypadku to było jeszcze pół biedy, bo i pierwsze prawo jazdy – w Polsce – zdawałem na ręcznej przekładni, i moje pierwsze własne auto, w Meksyku, nie tylko że miało ręczną przekładnię, choć auto było amerykańskie, ale jeszcze w dodatku tylko trzybiegową: one, two, three, czy też raczej, w tamtym kontekście, uno, dos, tres – i koniec zabawy. Ale to było wieki temu … Teraz przyglądałem się jadącej przede mną młodej turystce, dla której – na wiodącej pod góre, zatłoczonej i często zakorkowanej drodze –  każde zwolnienie hamulca i ruszenie z jedynki kończyło się najczęściej zgaśnięciem silnika. I znowu … hamulec, przerzucenie na luz, zapalenie silnika, sprzęgło, jedynka, zwolnienie hamulca, gaz, i … silnik gaśnie. Kolejna powtórka. Dziewczyna, której zdesperowane odbicie widziałem w jej retrowizorze, była u kresu wytrzymałości. Ale zacisnęła zęby, i twardo powtarzała sekwencję, aż ruch poszedł do przodu na tyle, że mogła rozpędzić swoje autko do dwójki. W pełni ją rozumiałem – pieprzeni Włosi, mogliby wreszcie przejść na ‘automatic’, jak reszta cywilizowanego świata.

 IMG_6079-600   IMG_6089-600

La dolce Capri

To był taki kaprys, decyzja z godziny na godzinę, aby popłynąć z Positano na Capri – tylko około 40 minut promem, który odpływał rano, a wracał późnym popołudniem. Wolałbym spędzić na Capri kilka dni, może nawet tydzień, aby zrobić trochę pieszych wycieczek, bo tylko w ten sposób można tę piękną wyspę naprawdę poznać, ale to już było na dzień przed powrotem do Rzymu, i na dzień przed końcem sezonu. Dosłownie – był 30 październik i sporo hoteli i restauracji zamykało się z końcem następnego dnia. Za to z biletami na prom nie było problemów, a na Capri dało się nawet chodzić bez ciągłego przepychania się przez zbitą masę turystów.

Dlaczego chciałbym tam spędzić kilka dni, i dokąd by mnie zawiodły te piesze wycieczki? Przede wszystkim do willi, w których swego czasu spędzali swój czas Somerset Maugham, Graham Greene, i cała plejada innych pisarzy i wszelkich artystów. Greene był przez kilka dziesięcioleci właścicielem Villa Rosario w Anacapri, i regularnie tam przyjeżdżał. Często też bywał tuż obok, w Villa Ceselle, gdzie zatrzymywali się regularnie artyści z całego kontynentu, jak Alberto Moravia, Norman Douglas, Malaparte, i inni. Maugham, co prawda, willi tam nie kupił (był za to właścicielem Villa Mauresque w Cap Ferrat na Lazurowym Wybrzeżu), ale często spędzał na Capri po kilka tygodni w Villa Valentino, albo w Villa Cercola. Nie dotarłem do żadnej – do Anacapri musiałbym albo pojechać małym lokalnym autobusikiem, albo przejś pieszo kilka kilometrów z Capri do Anacapri, co było by na pewno przyjemniejsze od autobusu. Villa Cercola była dużo bliżej – za to w przeciwnym kierunku. Czasu było zaledwie na wjechanie kolejką z Marina Grande, dokąd przypływały wszystkie promy, wysoko w górę do miasteczka Capri, powłóczenie się po cichych tonących w kwiatach zaułkach, znalezienie przytulnej knajpki na lunch, spacer po miasteczku, pogapienie się na wystawy boutique’ów, do których bezpieczniej było nie zaglądać, i to było prawie wszystko. Jedynie spacer od Piazzetta w stronę Ogrodów Augusta dał pojęcie o tym, jak urokliwe musiały być piesze wycieczki po wyspie. A przecież na wschód od Piazzetta, kilometr, dwa, było jeszcze Tiberio, a dalej w stronę wybrzeża wille tyberiańskie, ze słynną Villa Jovis i Salto di Tiberio, skałą, z której z wysokości 330 metrów strącani byli do morza ci, którzy stracili cesarską łaskę. Złośliwa legenda głosi, że Tyberiusz opuścił Rzym, aby uciec przed swoją matką, słynną Liwią Drusillą, przez kilka dziesięcioleci żoną Augusta, a po jego śmierci ciągle potęgą polityczną, z którą wszyscy musieli się liczyć. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, Tyberiusz ostatnich 12 lat swego panowania spędził na Capri, skąd kierował Cesarstwem Rzymskim, więc śladów na wyspie na pewno pozostawił dużo.

IMG_6116-600   IMG_6120-600  IMG_6054-900

Komentarz do zdjęć (od góry, od lewej strony w prawo):

1 – 4. Positano i okolice. Jedno z najpiękniejszych (ale też najbardziej turystycznych) miasteczek na Amalfi Coast. Stąd odchodziły częste promy na Capri.

5 – 6. W galeriach sporo zupełnie dobrych obrazów – głównie, choć nie tylko, widoki Positano. No, ale z takimi widokami trudno malować coś innego …

7 – 9. Capri i widok na Zatokę Neapolitańską.

Posted in TRAVELS

Moje wielkie i małe hotele

Zacznijmy od tego, że lubię zatrzymywać się w hotelach.  Zawsze czułem przyjemny dreszczyk oczekiwania, kiedy rejestrowałem się w recepcji, odbierałem klucze i jechałem windą lub szedłem schodami do mojego pokoju.  Niemal nigdy nie bukowałem w ciemno, więc miałem dość dobre pojęcie o standardzie, wystroju, okolicy – choć czasami nie było wyboru, ale to były rzadkie przypadki.  Dziesiątki razy spędzałem po dwa, trzy dni, czasem cały tydzień w “konferencyjnych hotelach”, no bo tam miały miejsce konferencje, na które jeździłem, więc tak mi było najwygodniej.  Niektóre z owych hoteli były całkiem dobre, ale na ogół duże i bez wyrazu, o nich więc nie będę pisać.  Najbardziej lubię małe butikowe hoteliki, takie z charakterem, z duszą, a przynajmniej z czymś ciekawym, co potem wyciąga się z przyjemnością z zakamarków pamięci.  Ale zdarzyło mi się też kilka razy zatrzymać w dużych sieciowych hotelach, które – pomimo swoich rozmiarów – potrafiły oczarować stylem, komfortem, położeniem, widokiem.  Jumeirah Etihad Towers w Abu Dhabi był takim przykładem bogactwa, które nie raziło, bo było umiejętnie stonowane i odpowiednio wyeksponowane.  Ale i berliński Eurostar przy Friedrichstrasse zostawił miłe wspomnienia, podobnie jak Pan Pacific w Marina District w Singapurze, Langham Place w Hong Kongu, czy “W” w Nowym Jorku. Te wielkie hotele dawały złudzenie kupionego na kilka dni luksusu dostępnego na codzień tylko osobom bardzo bogatym.  Rzecz jednak w tym, że przez ów krótki czas ja również czułem się bardzo bogaty, pomimo że nic przecież nie zmieniło się w moim statusie majątkowym.  Czyż nie korzystałem z takiej samej suity, jak milioner obok? No, może jego była większa, ale wystrój był przecież podobny, a na piętrach klubowych miałem dostęp do takich samych posiłków w odrębnych dla nas salach, wieczorami zaś do nielimitowanych drinków i zakąsek w klubowym barze.  Z kolei, w malutkich butikowych hotelikach było milusińsko i przytulnie, czasem artystycznie, choć często bardzo skromnie i prosto.  Wychodziłem na stare uliczki, zwiedzałem okoliczne muzea, jadałem w równie przytulnych co hotel małych knajpkach, których atmosfera, a i kuchnia, były nie do podrobienia przez duże hotele z ich wykwintnymi, ale często “sztywnymi” i pozbawionymi “personal touch” restauracjami.

Langham Place (now under the Cordis name), Mongkok, Hong Kong. Far from the tourists-filled Tsim-Sha-Tsui, surrounded by authentic Chinese neighbourhoods and famous markets. The swimming pool on its rooftop was one of the bests I knew.

Tych kilka wielkich, ale jakże ciekawych, i tych kilka małych, przytulnych, często butikowych hoteli, to było moje milieu i przedmiot tych notatek.  A między tymi dwiema skrajnościami były dziesiątki odcieni nieciekawej szarości.  Czasem ta szarość była akceptowalna, a nawet przyjemna, jak Sofitel w Atenach – kiedy chodziło przecież tylko o przenocowanie obok lotniska, w obrębie terminalu, i lot dalej wczesnym rankiem.  W swojej masie były to jednak miejsca nie zostawiające żadnych śladów we wspomnieniach – te wszystkie Hiltony, Sheratony, NH’s, Holiday Inns, itd.

Plinio au Lac  – Laglio, Lake District, Italia

No tak, to było już bardzo dawno temu – może 2004 rok?  I chyba był to mój pierwszy “uroczy mały hotelik” – w wiosce Laglio nad Lago Como. Dlaczego akurat tam pojechałem? Leciałem na konferencję do szwajcarskiego Lugano, gdzie miałem też spotkać się z moją Mamą, a więc lot z Toronto do Mediolanu – Alitalia miała wtedy business class zwaną Magnifica, i rzeczywiście, jak na ówczesne standardy latania, komfort lotu dobrze oddawał nazwę klasy – wynajęcie auta na lotnisku Malpensa i niespieszne zwiedzanie okolic włoskich jezior, potem przekroczenie ledwie oznakowanej i niestrzeżonej granicy włosko-szwajcarskiej i krótka jazda do Lugano.  Ale o pojechaniu do Lago Como zaważyło jeszcze Bellagio, bo akurat rok czy dwa wcześniej byłem w Bellagio w Las Vegas, hotelu którego fasadę zrobiono na wzór owej wioski znad Lago Como.  Prawdziwe Bellagio okazało się zresztą nieco mniej ciekawe niż to sztuczne z Las Vegas, ze swoimi ekskluzywnymi restauracjami Picasso i Le Cirque, gdzie kieliszek rosyjskiej wódki i kanapka z rosyjskim czarnym kawiorem kosztowały $90, ale też z innymi, choć równie drogimi, przysmakami, i gdzie do każdej potrawy pięciodaniowego obiadu serwowano inne, specjalnie dobrane wino.  Ale to było w Las Vegas.  W wiosce Laglio nad Lago Como było prosto, skromnie, przytulnie i bardzo urokliwie.  Hotelik miał zaledwie kilka pokoi i był tak prosty, że niewiele z jego wystroju pamiętam – ot pojedyncze łóżko, drewniany stolik, krzesło, mała łazienka, no i … okno z widokiem na jezioro.  Ale jakim widokiem!  Rankiem nad spokojnymi wodami jeziora leżała gęsta szara mgła i drugi brzeg, całkiem rzecież blisko, był prawie niewidoczny.  Ta mgła, i kompletna cisza, sprawiały niesamowite wrażenie.  Dzień powoli wstawał i mgła z każdą minutą robiła się trochę rzadsza, pojawiały się w niej białawe pasma, na drugim brzegu wyłaniały się nagle zarysy jakiegoś domu, potem drugiego, od góry, od nieba, robiło się coraz jaśniej …

Hotelik miał wtenczas – tamtego lata –  przytulną restauracyjkę z domową włoską kuchnią.  Piszę “wtenczas”, bo kiedy ostatnio wyszukałem go na Internecie, hotelik owszem był, ale po restauracyjce ani śladu.  Ale przecież już kilkanaście lat temu właściciel, który wtedy własnoręcznie serwował posiłki, wydawał mi się w wieku mocno emerytalnym, więc pewnie następne pokolenie zrezygnowało z restauracji, bo to przecież dużo pracy, a w wiosce i tak była jeszcze jedna.  A może mi się to wszystko pomieszało, pamięć zawiodła, i w hoteliku nie było żadnej restauracyjki?  Ale ten widok z okna na zamglone o poranku Lago Como był na pewno.

U Zlatych Nużek – Praha

Chciałem coś małego, butikowego, nie wariacko drogiego, blisko Mostu Karola i centrum Pragi, i jeszcze z restauracją i barem na miejscu.  No i znalazłem – Na Kempe, która jest czymś w rodzaju wyspy bliżej hradczańskiej strony Pragi, ale dosłownie obok Mostu Karola, bo jednak nie ‘pod mostem’, choć z daleka tak to może wyglądać. A te “złote nóżki” …  – no tak, przyznam, że nazwa hotelu zwróciła moją uwagę, i dopiero jakiś czas potem zorientowałem się, że to nie żadne nóżki, przez zwykłe czy kreskowane “u”, ale nożyczki. Brr … Czeski język ma dla nas dużo takich pułapek.  Tym niemniej hotelik był dokładnie taki, jaki chciałem – czysty, przytulny, prosty, nawet skromny, ale za to z bardzo dobrą restauracją, no i położeniem trudnym do przebicia.  Kilka minut schodami w górę i było się na Moście Karola, skąd kolejne kilku minut zajmowało dojście do uroczych uliczek pod hradczańskim zamkiem.  Na praskie stare miasto było trochę dalej, ale tylko w tym sensie, że trzeba było przejść niemal całą długość Mostu Karola, no i sama stara Praha jest dość rozległa.

Hotelik był tak prosty, że nawet nie pamiętam wystroju pokoju.  Za to pamiętam restaurację, w której zjadłem trzy lub cztery niezapomniane posiłki.  Najbardziej smakowało mi danie, na które składało się pieczone udo gęsi z czerwoną kapustą i ziemniaczano-chlebowymi pyzami, robionymi trochę tak, jak owe wielkie drożdżowe kluchy u moich dziadków w Pabianicach, wszystko polane gęstym sosem.  Do tego czerwone wino – no cóż, ja pijam głównie czerwone wino, i nawet dali mi zupełnie przyzwoity lokalny Merlot, ale przynajmniej raz zamówiłem czeskie piwo.  O ile czerwone wino nie jest mocną stroną Czechów (choć, jak powiedziałem, to moje było zupełnie pijalne), to w piwach można już było przebierać do woli, a każde dobre i z charakterem.

Co jeszcze pamiętam, poza wycieczkami do Muzeum Muchy, Muzeum Kafki – oba bardzo ciekawe – i włóczeniem się po Pradze?  Głównie okolice mojego hoteliku, czyli ową wyspę Na Kempe, i urocze uliczki hradczańskiej strony miasta.  Włóczyłem się po nich godzinami – najpierw głównymi trasami, potem bocznymi, a na koniec już takimi zaułkami, że z trudem odnajdywałem drogę powrotną.

HOTEL NILES – Istanbul

Istanbul – wielkie miasto, które narastało warstwami przez stulecia.  Kultury zmieniały się, mieszały, przychodziły i ginęły.  Podboje na ogół nie niszczyły miasta, co najwyżej je plądrowały, bardziej niszczące były pożary.  Ale na fundamentach starych domów powstawały nowe, wciskając się w każdą wolną szparę i zagospodarowując każdy metr kwadratowy, a jak już i tego zabrakło, pnąc się do góry i zabudowując dachy.  Uliczki Sultanahmed, starej muzułmańskiej części Istanbul, z Hagia Sofia, Błękitnym Meczetem, i wieloma innymi starymi budowlami, to właśnie takie nawarstwienie stuleci rozwoju.  Stare drewniane domy już w większości nie istnieją, z wyjątkiem kilku uliczek, zastąpiono je kamienicami zbudowanymi w dziewiętnastym, czy na początku dwudziestego wieku, ale wewnątrz owych kamienic zachowano często czar owych starych drewnianych domostw – te wszystkie saloniki, wnęki, półpięterka, zakamarki, ukryte podwórka, ogródki, nikt by się tego nie domyślił patrząc na fasadę domu od strony ulicy.  I taki właśnie jest Hotel Niles – a przynajmniej był.  Przy wejściu, po prawej stronie, recepcja – to w końcu jest hotel.  Ale dalej i o stopień niżej prawdziwy turecki salonik, gdzie można było napić się dobrej herbaty lub kawy.  Szafki, stoliki, fotele, wnęki, dywany, kobierce, gdzieś jakieś wyjście do małego ogrodu, schody na górę, stara mała winda.  Każdy pokój inny – inna wielkość, kształt, umeblowanie, widok.  Nasz był bardzo eklektyczny – duży, w oknach na całą wysokość pokoju koronkowe firanki, ottomanka w okiennej wnęce, wielkie łoże, ściany wytapetowane na wiktoriańsko, sufit ze wschodnimi szlaczkami i żyrandolem, na podłodze jakieś dywany, a jeszcze biurko z okrągłym lustrem i fotel ze skórzanym obiciem.  Najlepszy był jednak widok, którego na pozór w ogóle nie było, bo okna wychodziły na wewnętrze podwórze między sąsiednimi kamienicami.  A w tej sąsiedniej kamienicy, piętro niżej – widzieliśmy więc dobrze – była … fabryczka torebek, taka manufaktura, może nie zaraz podrabiana Prada albo Gucci, niemniej przez cały dzień pracowali tam pochyleni nad swoimi maszynami i stołami mężczyźni  – dlaczego tylko mężczyźni? – wyrabiający damskie torebki.  Nie przeszkadzało nam to, bo nie było głośne, no i wieczorem było już tam ciemno, wszystko jednak trochę dziwne i niesamowite.

Hotel był o kilka minut spaceru, uliczkami pod górę, do Yeniçeriler i Divan Yolu, którymi to arteriami można było dotrzeć pieszo, lub wygodnym kanadyjskim tramwajem (Bombardier), do samego serca Sultanahmed.  Wychodząc na Yeniçeriler wystarczyło przejść na drugą stronę, aby wtopić się w uliczki, a potem wielkie kryte hale Wielkiego Bazaru.  W przeciwnym zaś kierunku schodziło się ostro w dół w labirynt uliczek i knajpek Kumkapi, jednej z najbardziej malowniczych, choć nieco turystycznych dzielnic, aż do dużych rybnych restauracji nad brzegami Morza Marmara.

Stately and ornate, but not grand nor overwhelming from the outside, Hotel Niles was unusually cosy inside, with hidden patios, small gardens, tea and coffee rooms, and an eclecting though charming restaurant on its rooftop. Rooms were “ottoman” in their character, very spacious and comfortable, though somewhat outdated.

Ale wróćmy do hotelu i owym pnięciu się w górę z braku innego miejsca. Restauracja i bar były właśnie na dachu domu, a jeszcze w dodatku i ogród, i coś w rodzaju patio ze stolikami.  Restauracja i bar były oczywiście “pod dachem”, ale z panoramicznym widokiem na dachy Istanbul’u i – daleko – chyba w stronę Kumkapi na Morze Marmara.  W cieplejsze dni można było wyjść na owe okalające restaurację z dwóch stron patio i zjeść śniadanie czy lunch na świeżym powietrzu; w największe upały wiała tam zawsze przyjemna bryza od morza.  Nie była to haute cuisine, restauracja służyła głównie do śniadań, gdyż niemal wszyscy jadali na mieście, ale nawet wieczorem można było wypić drinka i zamówić w barze jakąś przekąskę.

La Residencia, Deia, Mallorca

Jeśli przeciąć Majorkę niemal prostą linią z południowego-zachodu na północny-wschód, mniej więcej od La Palma do Alcudii, to zostawimy tłumy turystów na piaszczystych plażach nizinnej części wyspy, bo na północny-zachód od owej linii są już góry – Sierra Tramuntana.  I to wysokie góry, w które niedoświadczony kierowca raczej nie powinien się zapuszczać. Oczywiście, turystów jest tam też sporo, ale to zupełnie inny rodzaj turystów.  Nie są to tłumy żłopiących piwo, wygrzewających się na plażach, poupychanych w nadmorskich hotelach, dowożonych wszędzie autokarami amatorów tanich wakacji w ramach pakietów turystycznych oferowanych przez niezliczone biura podróży w całej Europie i poza nią.

Kiedy jeden jedyny raz, gdzieś około roku dwutysięcznego, odwiedziłem położoną w głębi owych gór wioskę Deia, dokąd przyjechałem z uroczej skalistej nadmorskiej wioski Banyabulfar, właścicielem hotelu La Residencia (w sieci Relaix & Chateaux) był brytyjski miliarder Richard Branson. Nie był to wówczas hotel na moją kieszeń, choć w późniejszych latach zdarzało mi się zatrzymywać w droższych miejscach.  Spędziłem więc w La Residencia tylko jedną dobę, bo na tyle było mnie stać, ale do znajdującej się na miejscu słynnej restauracji Olive (podobno najlepszej na wyspie) już nie dotarłem – po zapoznaniu się z menu, a raczej z cenami owego menu. Co zresztą na dobre mi wyszło, bo uczynna dziewczyna z recepcji poleciła mi położoną dalej w wiosce prostą chłopską gospodę, która okazała się kulinarną perłą, i gdzie za dużo mniejsze pieniądze zjadłem pysznego pieczonego prosiaka z chrupiącą skórką i wypiłem butelkę jednego z najlepszych win, jakie mi się trafiły w moich podróżach.  Był to przypadek, a zarazem życiowa lekcja, jak to pozory często potrafią mylić.  Przy sąsiednim stoliku siedziało sobie czterech lokalnych chłopów – przynajmniej na takich wyglądali – i pili sobie ze szklaneczek wino, a nawet degustowali różne wina.  Moją uwagę zwrócił jednak głównie fakt, że rozmawiali w kilku językach. Po hiszpańsku – rzecz jasna, ale przy tym wtrącali zdania francuskie, a nawet wydawało mi się, że słyszę niemiecki.  W retrospekcji mogła to być po prostu lokalna odmiana katalońskiego, czyli mallorquino, kataloński przecież sporo słów czerpie z francuskiego.  Tym niemniej ich zachowanie i charakter rozmowy nie bardzo pasowały mi do lokalnych wieśniaków, a ponieważ siedziałem od nich na wyciągnięcie ręki, zwróciłem się po hiszpańsku z prośbą o doradzenie mi dobrego lokalnego wina do mojego pieczonego prosiaka.  I wtedy jeden z owych “wieśniaków” wstał, poszedł na zaplecze i przyniósł mi butelkę – nie pamiętam, czy nawet za nią zapłaciłem, a jeśli tak, to na pewno mniej, niż była warta – przysiadł się na kilkanaście minut do mojego stolika, porozmawialiśmy, i okazało się, że był właścicielem tej knajpy, a kelnerka, która chwilę później przyniosła mi zamówione przeze mnie danie była jego córką.  Był przy tym bardzo ciekawym rozmówcą, wyedukował mnie nieco w materii lokalnych i ogólnie hiszpańskich win, nie był jednak natrętny i po kilku chwilach miłej pogawędki zostawił mnie z moim pieczonym prosiakiem i butelką wina i wrócił do swoich kompanów. Nie muszę dodawać, że nieco chwiejnym krokiem i późno w nocy dotarłem do mojego hotelu.

A sam hotelik – no cóż, po przyjeździe nawet nie zdążyłem zarejestrować się w recepcji, jak na podjazd wjechał ciemno-zielony Rolls-Royce, z którego wysiadł jakiś angielski lord ze wszystkimi parafernaliami swego stanu – marynarką w szkocką kratkę, pumpami do konnej jazdy, fajką, i laską o srebrnej gałce.  Wcale nie zmyślam – tak naprawdę było.  Z recepcji natychmiast wybiegła dystyngowana pani w średnim wieku, pewnie szefowa, i zaczęła go wylewnie witać, jak starego znajomego, którym pewnie był. Na korzyść hotelu można jedynie dodać to, że chociaż nie witali mnie tak wylewnie jak owego lorda, niczym nie dali mi odczuć mojego niskiego stanu i znacznie skromniejszego konta bankowego.

La Residencia była unikalna, nawet wykwintna, ale w żadnym wypadku nie był to luksusowy hotel w stylu nowoczesnych wielkomiejskich luksusowych hoteli.  Baseny pływackie były ot, takie sobie, choć tarasowe ogrody obiecywały spokój i ciszę na leżaku; pokoje stylowe, niepowtarzalne, ciekawie umeblowane, z pięknymi widokami przez wtulone w attykowe belki okna. Tym niemniej był tam czar minionych czasów w otoczeniu pięknej starej wioski z kamiennymi domostwami, brukowanymi uliczkami, szyldami, ogródkami, i widokiem gór w prześwitach między domami.  A jeśli ktoś pragnął bardziej hałaśliwego wieczoru, z dziesięć knajp i barów do wyboru, choć głośno tam nie było – nie ten rodzaj przyjezdnych.  Wieczorem była cicha rozmowa, dobre – choć nie tanie – drinki, spacer urokliwymi uliczkami z kocimi łbami i w świetle żółtych latarni, książka przed spaniem, plany na dzień następny.

ME – Madrid

Plaza Santa Ana, Madrid – centrum starego Madrytu; stąd schodzi się prosto w dół roległą Calle del Prado do Fontanny Neptuna i w lewo do Museo del Prado.  Albo bocznymi uliczkami – Calle de Cervantes, gdzie podobno był jego dom, albo Calle de las Huertas – tędy ciekawiej, bardziej autentycznie, imperialny Madryd został z boku, a i turystów mniej.  A przy placu Santa Ana hotel ME, dawniej znany jako Reina Victoria, imponujący na zewnątrz, ale – ma szczęście – bardzo zmodernizowany, wręcz hip, wewnątrz.  Gdyby nie owa trasa do Museo del Prado, byłoby tu spokojnie, staro, i swojsko, wszystko co zatłoczone i turystyczne zostałoby wyżej – Sol, Plaza Mayor, i dalej aż do Opery, ogrodów królewskich i Pałacu.  No, ale Prado wszyscy chcą “zaliczyć” – tym bardziej, że Złoty Trójkąt obejmuje jeszcze takie muzealne cuda, jak Tyssen-Bornemisza i Reina Sofia.  Nie radzę nikomu “zaliczania” wszystkich trzech w jeden dzień.  Nie radzę nikomu nawet “zaliczenia” Prado w jeden dzień – dużo lepiej wybrać sobie kilka sal, na przykład te z Boschem i Dürerem, albo pasaż główny z Murillo, albo sale z Velazquezem, albo – ale to zupełnie odrębny cup of tea – piękną kolekcję antycznej rzeźby greckiej, jaką posiada Prado.  Ta sama rada dotyczy, zresztą, Tyssen-Bornemisza.  Albo oglądamy kolekcję Carmen Tyssen-Bornemisza, albo tylko impresjonistów, albo tylko sale z obrazami Picassa, Braque’a i innych kubistów, albo starych XVII-wiecznych mistrzów, wyborów jest dużo.  Jedynie Museo Reina Sofia, w całości poświęcone sztuce nowoczesnej, można zobaczyć, i cieszyć się nim, w jeden dzień.

Tak więc Plaza Santa Ana, stary targowy plac w starej części Madrytu, gdzie każda uliczka idzie pod innym kątem i zgubisz się łatwo, nawet nie wiedząc kiedy, jest niestety na trasie owych pielgrzymek turystycznych zmierzających do El Prado i pozostałych dwóch muzeów Złotego Trójkąta.  Ale i tak jest urokliwy, zwłaszcza wczesnym rankiem, kiedy jest niemal pusty, albo późnym wieczorem, kiedy z kolei jest gwarny, pełen ludzi obsiadujących sam plac i wszelkie kawiarenki i restauracje wokół, lub zmierzających do Teatro Español, dokładnie naprzeciwko hotelu ME. Do owego teatru też się wybrałem, na El Burlador de Sevilla, XVII-wieczną farsę Tirso de Molina, hiszpańską “wersję” Don Juana.  Hiszpański znam, a przynajmniej znałem, dobrze, ale to trochę tak jak z angielskim w sztukach Szekspira.  Język zmienia się, i mój współczesny hiszpański ledwie sobie radził z rozumieniem XVII-wiecznego wersetu hiszpańskiego, miejscami umykały mi całe partie, ale i tak miałem dobrą zabawę.

No a sam hotel ME? Coś im tam szwankowało z organizacją i musieliśmy o to, czy o tamto, upomnieć się.  Ale wystrój był ciekawy, a restauracja z barem – Ana la Santa – wręcz wystrzałowa, tyle że właśnie w stylu hip, czyli głośna, z niekonwencjonalnym menu, i nieco wysokimi cenami.

Posted in TRAVELS

CHANIA – czyli wybierz swoje H

Bo to może być HANIA, albo CHANIA, albo – już po grecku – XANIÁ (Χανιά). I tylko w tej ostatniej wersji wychodzi, że poprawnie wymawia się nazwę tego greckiego (kreteńskiego) miasta akcentując ostatnią głoskę.

   

   

Jeździć po Krecie w pierwszej połowie maja jeszczę się dało – turystów ot tylu, aby nie czuć się samotnie na drogach, ale wystarczająco niewielu, aby można było popatrzeć spokojnie na kozy i barany (nie mówiąc już o widokach), których to kóz i baranów było zdecydowanie więcej niż owych turystów. A niektóre kozy, zwłaszcza w górach, to były istne modelki, każda inna – tu zawadiacki loczek, tam capia bródka, cała gama kolorów – pozowały do zdjęć nad przepaściami, wspinały się po urwiskach tak stromych, że zastanawiałem się, jakim cudem ich kopytka łapią jakąkolwiek trakcję. W przeciwieństwie do kóz, barany po prostu pojawiały się nagle wielkim stadem na drodze. Na szczęście to góry, i to wysokie, więc szybko jechać nie sposób, a więc i kolizje nie groziły.

   

No, w samym mieście Chania kóz ani baranów nie było, a szkoda, za to turystów bez liku, nawet w pierwszej połowie maja. “Bez liku” przynajmniej jak na mój gust, bo właściciele lokalnych knajpek i innych biznesów narzekali, że jeszcze sezon na dobre się nie zaczął. A skoro dla mnie było ich już zdecydowanie za dużo, to wyobrażam sobie, co tam się dzieje w tak zwanej “pełni sezonu”. Co prawda, pomimo że wokół weneckiej przystani i na głównych uliczkach starego miasta kłębiło się już po południu i wieczorem, to w każdej knajpce, nawet w tych najlepszych, można było bez trudu znaleźć miejsce. W przeciwieństwie do owych uliczek, tam (czyli w knajpkach) przynajmniej nie czuło się tłoku, można było dobrze zjeść, dobrze wypić, i jeszcze posłuchać autentycznej greckiej muzyki na żywo, a grać i śpiewać to oni lubią i potrafią. Wina, jak to w Grecji, czasem trafisz, czasem nie, wersji “Greek salad” było kilka, a czasem kilkanaście, w tym “Cretan salad”, i wszystkie dobre, a jadłem tam głównie świeżutkie ryby, czasem kotleciki jagnięce, więc na temat szerszego menu nie mogę się wypowiadać.

Wenecjanie rządzili tam gdzieś od 13-go do (chyba) 17-go wieku, i owa piękna przystań wenecka, z oryginalną latarnią morską, starymi domami półkolem otaczającymi zatokę, dobrze zachowanymi murami weneckich fortyfikacji, są naprawdę piękne, a w samym środku owego starego miasta można jeszcze dostrzec pozostałości dawniejszych, bizantyjskich murów, które z czasem wykorzystano jako elementy nowszych budowli. Właśnie mój hotelik, sam na bazie starego klasztoru, był przyklejony do takich starych murów, a w kilku jeszcze miejscach widziałem małe restauracyjki wtopione w owe starocie, i były to najpiękniejsze miejsca i do zwiedzania, i do zjedzenia dobrego posiłku.

A jednak – mimo że nie miałem takiego zamiaru – poniosło mnie do Knossos. Toż to 2.5 godziny w jedną stronę, czyli 5 godzin czystej jazdy na dwie godziny zwiedzania. Kreta nie jest mała – owszem, można ją przejechać z zachodu na wschód (lub odwrotnie) w jeden dzień, tylko trzeba mieć nocleg po drugiej stronie. A większość dróg i tak prowadzi z północy na południe, i to przez wysokie góry. Piękne góry, widoki zapierające dech w piersiach, tylko nie próbuj jechać tam szybciej niż 30-40 km/h, bo inaczej dołączysz do tych wszystkich krzyżyków i małych kapliczek ku pamięci tych, co pojechali szybciej i nie zmieścili się w zakrętach.

Z pałacu Minosa w Knossos zostało całkiem sporo, w tym dwa czy trzy piękne malowidła ścienne, jak ów książę powielany na milionach pocztówek i magnesów ściennych. Ale przecież to samo dzieje się ze skarbami Akropolu, Delfi, Efezu, Rzymu, piramid egipskich, azteckich, czy innych miejsc. Piękno powielane w milionach egzemplarzy nie przestaje być pięknem, szczególnie w swoim oryginalnym otoczeniu. W samej podróży niespodzianką było to, że nadmorska “autostrada” z Chania do Iraklionu (obok którego znajduje się Knossos) była wyjątkowo ciekawa, pełna widoków, a przy tym niezatłoczona. Niestety, do Knossos dotarłem około południa, czyli wszystkie “grupy autokarowe” jeszcze się tam kręciły, a jest to plaga wszelkich miejsc archeologicznych. Gdybym przyjechał dwie godziny później, chodziłbym po pustych ruinach. Kiedy odjeżdżałem, na parkingu nie było już ani jednego autokaru.

W moich podróżach jestem samotnikiem, mógłbym powiedzieć, że nawet ekstremalnym samotnikiem, podczas tygodnia czy dwóch wakacji mogę nie odezwać się do innych wczasowiczów, choć czasem porozmawiam chętnie z kimś z obsługi. Jedynie z moim dawnym przyjacielem z lat studiów czułem się w pełni na luzie – zawsze lokowaliśmy się w różnych hotelach, albo przynajmniej różnych pokojach tego samego hotelu, spotykaliśmy się, albo nie, podczas śniadania, a potem uzgadnialiśmy program dnia, znowu na pełnym luzie – chcesz – dobrze, nie chcesz – do zobaczenia wieczorem na drinka lub obiad, albo następnego dnia rano przy śniadaniu. I to mi w pełni odpowiadało, a nawet były to najciekawsze z moich podróży w ostatnich latach.

Tym razem byłem zupełnie sam, i postanowiłem przeznaczyć dwa z pięciu dni na Krecie na miasto Chania, a pozostałe trzy na zwiedzanie tej pięknej wyspy. Szybko przekonałem się, że geografia Krety sprawia niemałe trudności. Bo albo jedziesz wzdłuż wyspy jej północnym brzegiem całkiem niezłą i szybką autostradą – tak pojechałem z Chania do Knossos, albo przecinasz ją z północy na południe (lub odwrotnie) jedną z kilku tras przez piękne góry. Problem w tym, że nie jest łatwo przeskoczyć z jednej takiej trasy do drugiej. Przykładowo – mogłem pojechać przez Topolia Gorge w kierunku Elafonisi Lagoon, ale wracać też musiałem tą samą trasą, bo “przeskok” do Samaria Gorge, choć nie niemożliwy, był bardzo trudny i po niepewnych drogach. Podobnie z każdym innym “przeskokiem” między owymi górskimi trasami północ-południe. Czyli – jednego dnia jedną trasą, następnego dnia drugą, zamiast w tym samym dniu pojechać jedną, a wrócić drugą. Tym niemniej, owe górskie trasy były tak piękne, że nie żałowałem powrotu tą samą drogą, a widoki “w odwrotnym kierunku” są przecież często zupełnie inne.

   

No tak, ale ja miałem tylko trzy dni – czyli, pierwszego dnia Topolia Gorge i Elafonisi Lagoon; drugiego dnia Knossos; a trzeciego – Samaria Gorge, czyli dzikie góry, z kozami i stadami baranów. I to by było wszystko. Tak – Samaria Gorge robi wrażenie, turystyczne przewodniki w niczym nie przesadzają, a idąc na trasę, lepiej zarejestrować się w punkcie wyjścia, i mieć komórkę z naładowaną baterią i ‘emergency number’ w pogotowiu, bo to jednak nigdy nic nie wiadomo, a to są naprawdę dzikie góry.  Ale to mogłem jedynie stwierdzić u wejścia do wąwozu, bo przecież tam nie poszedłem, nie miałbym na to siły.  Byłem zmęczony nie tyle samą jazdą do Elafonisi Lagoon, ile dojściem do owych lagun, auto bowiem zostawiłem o kilkaset metrów wcześniej, bojąc się tłuc wertepami do samej plaży, aby nie uszkodzić podwozia, przed czym ostrzegali w agencji wynajmu.  Wiedziałem, że Grecy prowadzący owe małe, ale przynajmniej bardzo tanie, agencje tylko czekają na okazję, aby oskubać cudzoziemca, jeśli tylko da im się pretekst, auto więc dostali z powrotem w stanie idealnym.  No, ale wskutek tego miałem kilometrowy marsz przez wydmy, i wzdłuż lagun, z plecakiem i aparatem fotograficznym, i pomimo że wiatr, który mnie przewiał, był gorący, byłem tak spocony, że następnego dnia rozwinęło się zapalenie gardła i zatok.  Stłumiłem to ibuprofenem popijanym winem, bo przecież miałem jeszcze dwa dni zwiedzania, a powinienem był po prostu gwizdnąć na skrupuły i potelepać się moim autkiem na samą plażę, co robili wszyscy lokalni.

Komentarz do zdjęć:

1 i 3. Półkolisty bulwar wokół dawnego weneckiego portu.

2 i 4. Stara wenecka latarnia morska czarowała tak samo w dzień, jak i w nocy.

5. Trasa – jedyna chyba na Krecie “autostrada”, a cudzysłów nie jest tu przypadkowy – wzdłuż północnego wybrzeża, z Chania do Iraklionu (i Knossos) okazała się wyjątkowo malownicza …

6. … zwłaszcza, kiedy trafiało się na takie zalotne modelki po drodze.

7, 8, 9. To co jest zachowane, lub zostało odkopane w Knossos, jest nie mniej interesujące i imponujące, co ruiny Akropolu – toutes proporcions gardées, bo Akropol jest jednak znacznie większy i zachowany w lepszym stanie.  Niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że tylko część Knossos została wydobyta na światło dzienne.

10. Slynne – choć nie wiem czemu – Elafonisi Lagoons na południowo-zachodnim krańcu wyspy.  Owszem, ładne, choć raczej zatłoczone, ale gdzie im tam do niektórych plaż na co bardziej odludnych karaibskich wyspach.

11. Za to góry w okolicy Samaria Gorge – a i w wielu innych miejscach – zachwycały swoim majestatem i dzikością.

Posted in TRAVELS

Włoskie wędrówki 2019 – Zobaczyć Neapol i …

… i na pewno nie umrzeć. Aż tak dużo nie jest wart. Być może 100 – 150 lat temu piękno Zatoki Neapolitańskiej i uroki samego miasta i jego okolic mogły wywołać w przybyszach takie odczucia. Celowo mówię “przybyszach”, a nie turystach, bowiem ci, co przybywali w tamtych, a nawet późniejszych czasach do Neapolu mieszkali tam tygodniami, miesiącami, a nawet latami, a przecież trzeba czasu, aby wchłonąć w siebie to miasto, całą Campanię, Wybrzeże Amalfi, okoliczne góry.  Jeszcze po drugiej wojnie światowej osiągnął ten status ‘przybysza’ wielki węgierski pisarz Sándor Márai, który mieszkał przez jakiś czas w Pozzuoli tuż pod Neapolem, i dobrze znał tę ‘tubylczą’ stronę miasta; a z polskich pisarzy, oczywiście, Gustaw Herling-Grudziński.

W XXI. wieku Neapol ciągle jest ładny – to znaczy, byłby ładny, gdyby nie tłumy turystów, setki tysięcy aut, przebudowy różnych ulic i arterii komunikacyjnych, hałas i spaliny, te ostatnie łagodzone na szczęście przez bliskość zatoki. Największym problemem, tak jak i w wielu innych miejscach we Włoszech, są turyści, bo gdyby nie oni, to nie byłoby tego nadmiaru ludzi, a i aut, i hałasu, i spalin byłoby mniej. Co jest warte zwiedzanie miasta, nawet pięknego, skoro co chwila trafiasz na wycieczkę szkolną, w większości zresztą z innych regionów Włoch, albo południowo-koreańskie grupy fotografujące powietrze naokoło siebie, z nieodłączną przewodniczką trzymającą uniesioną w górę parasolkę lub chorągiewkę.

 

Ale za to widok z okien mojego hotelowego pokoju miałem niezrównany. Celowo zabukowałem pokój na wysokim, bo aż 29-tym, piętrze NH Panorama, o rzut kamieniem zarówno od portu, jak i Centro Storico. Wiem, wiem – mała cicha B&B w starej kamieniczce, z właścicielami podającymi rano aromatyczną kawę do śniadania, a wieczorem oferującymi kieliszek wina lub brandy przed spaniem, miałoby na pewno więcej uroku. Ale byłaby to również czysta loteria, podczas kiedy w NH wiedziałem, czego się spodziewać. No i ten widok, safe w pokoju, w miarę bezpiecznie, biała jak śnieg pościel, sterylna czystość zamiast – dajmy na to – cuchnącego kocimi szczynami podwóreczka i niepewności, czy aby w pokoju zastanę moje rzeczy po powrocie z miasta. Za dużo nasłuchałem się o kradzieżach w Neapolu.

Przyjechałem z Rzymu zaledwie w godzinę szybkim Frecciarosa – pociąg jechał gładko i cicho 290-300 km/h. Jeszcze tego samego wieczoru wybrałem się z moim akademickim kolegą, który zatrzymał się właśnie w takim małym hoteliku B&B typu “porca miseria” o kilka minut od mojego, na krótkie zwiedzanie miasta i jakąś kolację. Przypadkiem trafiliśmy na całkiem dobrą, mimo że turystyczną, restaurację w okolicy Santa Maria la Nova. Co zamówić jako pierwszy posiłek w Neapolu? – oczywiście pizza napoletana. Do tego butelka dobrego czerwonego aglianico i od razu pierwsze wrażenia bardzo pozytywne. Napoletana była naprawdę pyszna, może dlatego że w Neapolu, bo ta sama pizza zamówiona przeze mnie kilka dni później w Rzymie była już zupełnie inna i nie tak smaczna. Było raczej chłodno i pochmurno, ale mimo to Neapol wieczorem zachwycał urokami starych zaułków, które następnego dnia, w świetle dziennym, okazywały się zazwyczaj brudne i opuszczone.

Następnego dnia od samego rana zwiedzanie, choć pogoda taka sobie. Co za różnica, od czego zaczniemy, skoro i tak niczego nie znamy. Kierujemy się więc w stronę Teatro di San Carlo. Pierwotnie zamierzałem kupić bilety na jakieś przedstawienie, ale do wyboru było tylko Brahmsa ‘Das Deutsche Requiem’, albo – już ostatniego dnia – 4-godzinna opera Wagnera. Daliśmy więc spokój, a godzinna tura po teatrze była też ciekawa. Przy okazji zwiedziliśmy też pałac królewski hiszpańskich Bourbonów, połączony zresztą specjalnym przejściem z teatrem. Oni wszyscy byli tam nieźle uczuleni na osobiste bezpieczeństwo – król nie mógł wchodzić razem ze wszystkimi wejściem glównym. Zresztą, te wszystkie fortece w Neapolu wskazywały na to, że nie zawsze było tu bezpiecznie i sielsko.

   

 

Dalej nadmorskim bulwarem w stronę Castello dell’ovo. Zamek jak zamek, z góry widoki na miasto – choć dużo piękniejsze widoki mieliśmy trzeciego dnia z Castel Sant’Elmo. Za to pobliska przystań przyciągała i atmosferą, i knajpkami. Wylądowaliśmy w dość ekskluzywnej knajpie ‘La scialuppa’, z ładnym tarasem i doskonałą kuchnią o przewadze potraw z frutti di mare – w końcu byliśmy na przystani, za którą rozciągała się zatoka Neapolitańska. I znowu butelka doskonałego aglianico, choć dużo droższa niż poprzedniego dnia. Ale to w ogóle była droga knajpa. Nasze potrawy były dość skromne, ale tam naprawdę można było wydać dużo pieniędzy.

     

Następnego dnia wyprawa na krater Wezuwiusza i do pobliskiego Ercolano, czyli zasypanego razem z Pompeją Herkulanum. Najpierw długi spacer wzdłuż portu do podrzędnej stacyjki Porta Nolana, skąd kursowała kolejka zwana Circumvesuviana, którą można było dojechać w 20 minut do Ercolano (i dalej). Na stacyjce w Ercolano kupiliśmy za kilkanaście euro bilety na autobus, który podwoził turystów gdzieś do połowy wysokości wulkanu. Potem była powolna wspinaczka wygodną ścieżką, częściowo we mgle, częściowo w mżawce, ale zawsze w tłumie turystów. Jeden ciągły rządek ludzi szedł do góry, drugi schodził w dół do parkingu autobusów. Nie muszę chyba dodawać, że nie jest to mój ideał zwiedzania cudów natury, czy zwiedzania czegokolwiek, ale nie było na to rady. Sam krater robił wrażenie, z chmurami częściowo pod nami, częściowo nad nami, poszarpanymi skałami, z których gdzieniegdzie wyrastała dzika górska roślinność.

         

     

Ruiny Ercolano były o dwadzieścia minut spacerem od stacyjki do parku archeologicznego. I rzeczywiście były to niemal same ruiny, choć rozkład ulic, placyków, i domów tego rzymskiego miasteczka był dobrze zachowany. Nie dotarłem do Pompei, ale zdjęcia tej ostatniej wskazywały na znacznie lepiej zachowane zabytki. W Ercolano zostało trochę ładnych kolumn, a w tym co pozostało ze starych domostw ‘polowałem’, jak zwykle w takich miejscach, na malowidła ścienne – te naturalne barwniki, którymi ozdabiano domostwa zawsze mnie urzekały swoją niepowtarzalnością i pięknem. Był też cały rząd domostw bez dachów i przednich ścian z całymi rodzinami pokrytych pyłem wulkanicznym szkieletów ludzkich, ale tych nie fotografowałem. Poza tym, wyglądało to trochę na aranżację dla turystów.

 

     

Dwa wieczory pod rząd – trattoria San Ferdinando na via Nardones, blisko Teatro di San Carlo. Cenią się tam bardzo – otwarci tylko wieczorem, i to późno, bo dopiero od 7:30 PM. Pierwsze pytanie do nas: “do you have reservation?”. Patrzę trochę zdziwiony poprzez kelnera w głąb salki, która jest pusta, no może jeden stolik zajęty. Nie, nie mamy rezerwacji, ale coś tam poszeptali, pozmieniali, i w końcu dali nam stolik. Najśmieszniejsze, że to samo powtórzyło się następnego dnia, a na moją uwagę, że nie, nie mamy rezerwacji, ale byliśmy tu wczoraj, kelner (chyba jeden z synów właściciela – ten ostatni miał swoje stałe miejsce za kasą, i w ogóle wyglądało to na familijną firmę) odpowiedział, że oczywiście, pamięta nas z wczorajszego wieczora, ale dlaczego nie mamy rezerwacj?  Niby nas to bawiło, ale nie długo – bowiem knajpka rzeczywiście zapełniła się w kilkanaście minut, a obsługa poświęciła się w całości zapewnieniu gościom uczty kulinarnej. Bo to była uczta kulinarna – niby proste włoskie potrawy, ale jaki smak! i jak podane! I jeszcze z dobrym winem, chociaż tylko pierwszy raz dostaliśmy wyśmienite aglianico, drugiego wieczoru uparli się, że do naszych potraw z mariscos muszą podać coś innego i lżejszego – no, Lacrima Cristi dała się pić, ale to już nie było to. Odbiliśmy to sobie ostatniego już wieczoru przed wyjazdem – poszliśmy bowiem tam, gdzie zaczęliśmy nasze neapolitańskie spotkania kulinarne, na pizza napoletana i aglianico.

Posted in TRAVELS

Nicea i Marc Chagall

Najpierw zamierzałem napisać cykl pod tytułem “Najciekawsze muzea świata”. Najciekawsze oczywiście dla mnie, z czego również wynikało, że miałem pisać tylko o muzeach, albo po prostu miejscach – bo sztuka nie musi być zawsze eksponowana w muzeum, może to być, na przykład, kościół, wystawa w mieście, prywatna galeria, albo stodoła za wsią – w których byłem, i które wywarły na mnie szczególne wrażenie. I nie miały to być, z nielicznymi wyjątkami, „wielkie” muzea świata. Paryskie Musée d’Orsay (Louvre w ogóle pomijam), czy madryckie Museo Nacional del Prado, to na pewno wielkie muzea, ale – nie oszukujmy się – idzie się tam najczęściej, bo nie wypada nie pójść, skoro już jest się w Paryżu czy Madrycie. Po pierwsze, są za duże, przeładowane, niemożliwe do ogarnięcia – a co dopiero prawdziwego obejrzenia i zrozumienia za jednym razem, a nawet za kilkoma powrotami. Za dużo też tam zwiedzających (no bo „wypada” tam pójść), za dużo wspaniałych obrazów, bo tak jak nie można wchłonąć w jeden tydzień kilkudziesięciu powieści wielkiej literatury światowej, tak też nie można w jedno przed- lub popołudnie wchłonąć kilkuset wspaniałych obrazów i rysunków największych artystów, jakich wydał świat. Dużo bardziej odpowiadają mi więc małe muzea, gdzie eksponuje się prace jednego artysty, albo jednego kierunku w malarstwie, rzeźbie, grafice, czy innej formie sztuki.

Ale później okazało się, że równie dużo, albo i więcej, miałem do powiedzenia o samych miejscach – miastach i miasteczkach, gdzie znalazłem owe najciekawsze dla mnie muzea świata. Wrażenia, ciekawostki, czasem kilka zdjęć. Wybrałem więc ten format.


Nicea – Musée National Marc Chagall

Nicea nie jest „najłatwiejszym” dla turysty miastem, a już na pewno nim nie jest, jeśli jest się tam autem. Praktyczna rada w tym ostatnim przypadku: trzeba nauczyć się nazw i lokalizacji wszystkich ważniejszych podziemnych parkingów w centrum, a zwłaszcza – na jakie ulice się wtedy wyjedzie i w jakim kierunku (większość bowiem ulic jest jednokierunkowa) – wszystkie znaki drogowe będą bowiem tylko tam kierować. Nie ma co natomiast liczyć na to, że – jadąc autem – doszuka się łatwo nazwy ulicy, w którą chce się skręcić. Bez auta natomiast „jakoś idzie” – zwłaszcza jeśli hotel jest w „bulwarowym” pasie wzdłuż Baie des Anges, ze słynną Promenade des Anglais, lub w ścisłym Vieux Nice, tak mniej więcej od nabrzeża w górę do Place Massena po lewej i Place Garibaldi po prawej. Tam jeszcze wszędzie (mniej więcej) można dojść pieszo. Dalej na północ zaczynają się – dosłownie i w przenośni – „schody”. Poruszać się tam pieszo jest już znacznie trudniej – trzeba albo brać taksówkę, albo dobrze znać trasy lokalnej komunikacji autobusowej i tramwajowej.

 

Pierwszy raz zobaczyłem witraże Chagall’a – był to zresztą chyba tylko jeden witraż – gdzieś w końcu lat 80-tych XX wieku w jakimś małym kościółku w Szwajcarii romańskiej przy okazji jednej z wizyt u moich rodziców, mieszkających wtedy w Genewie. Drugi raz, dużo później, we Fraumünsterkirche w Zürichu. Wszystkiego pięć witraży, za to pięknie wyeksponowanych w naturalnym dla siebie miejscu, bo w kościele. A kościół prosty, choć strzelisty, wewnątrz skromny, jak przystało na protestancki (od 1524 roku) kościół, po usunięciu z niego wszelkich rzymsko-katolickich relikwii, malowideł i innych ozdób. Ale nawet jego rzymsko-katolicka historia jest bardzo ciekawa – ufundowany w 9-tym wieku (pamiętam malutki romański kościółek w Bevagni, w Umbrii, z 12-go wieku – do tej pory, choć minęło już ponad 20 lat od tamtej podróży, żaden inny nie zrobił na mnie większego wrażenia) jako konwent dla arystokratycznych panien, miał lata, wieki, świetności, zanim nie zmiotła go fala szwajcarskiej Reformacji.

Muzeum Chagall’a w Nicei to oczywiście nie kościół. Nowoczesny, funkcjonalny budynek, podzielony na łączące się ze sobą pawilony – jeden z nich mieszczący piękną kameralną salę koncertową z witrażami, przepięknymi witrażami, oczu nie można było oderwać od ich abstrakcyjnej kolorystyki. Główny pawilon eksponował wielkie płótna „biblijne”, których fragmenty zamieszczam na poniższych zdjęciach. I one właśnie robiły ogromne wrażenie – nigdy wcześniej nie znałem Chagall’a jako twórcy tak wielkich, i tak urzekających, obrazów.

IMG_5696-600    IMG_5718-600

    

No i witraże w sali koncertowej! -fragmenty pomiżej. Wyobraźcie teraz sobie, jak one wyglądają podświetlone naturalnym światłem. A sala piękna – nie za duża, ale ze sto osób spokojnie pomieści. Widać, że zadbano o akustykę, bo dużo paneli z drewna, choć z akustyką to nigdy nie wiadomo – pamiętam, co przez lata wyprawiano z Roy Thompson Hall w Toronto. Bardzo żałowałem, że akurat w tych dniach, kiedy tam byłem, nie dawano żadnych koncertów.

      

Vieux Nice to, oczywiście, również stare uliczki i małe rodzinne bary i restauracje. Nie udało mi się, niestety, dostać do Bistro D’Antoine, bardzo polecanego miejsca na Rue de la Préfecture – którą to uliczkę przemierzałem “wte i wefte” (według potocznej polskiej pisowni) czasami dwa, trzy razy na dzień. Wszystkiego 6 stolików, a jeszcze specjalnie się nie przepracowują. Ale zaraz obok był typowy nicejski bar. Akurat był zimny dzień – ja już mam takie szczęście, że jak jestem gdzieś na dalekim południu, to trafiam na anomalię pogodową. Choć czasem działa to również w przeciwną stronę, np. w Rzymie w połowie października musiałem brać prysznic po kilka razy na dzień, aby czuć się jako tako świeżo. No więc jest chłodno (“zimno” było by przesadą), siadam przy stoliku na zewnątrz (nie było aż tak zimno) i proszę o “un petit cognac” na rozgrzewkę. O ile mój francuski jest jako taki, to mój prowansalski żaden – z kelnerkami zawsze się dogadam, ale już z bywalcami sąsiednich stolików (o ile to nie turyści) to raczej nie. Koniak to dawano przyzwoitej wielkości (tak mniej więcej pół szklanki) tylko w Hiszpanii – tutaj zwyczajowa jedna uncja (czyli jeden łyk) za kilka euro. No nic, uliczka fajna, ludzie jeszcze fajniejsi, jest na co i na kogo popatrzeć – same oryginały – zamawiam więc kolejny “un petit cognac”. Mam zwyczaj od razu płacić, bo nie chcę potem czekać pół godziny, aż dorwę kelnerkę i dostanę rachunek. A tu dziewczyna coś do mnie mówi bardzo szybko, z czego tylko zrozumiałem: “déjà payé”. Ledwie zauważyłem, że moment wcześniej jakiś młody facet latał od stolika do stolika, z każdym zamienił kilka słów i każdemu ściskał rękę. Również mnie – choć i tak nie zrozumiałem, co do mnie mówił. Okazało się, że właśnie został ojcem, i wszystkim w barze stawiał kolejnego drinka, cokolwiek akurat ludzie zamawiali. Dotarło to do mnie dopiero po trzecim “un petit cognac” – już na mój koszt i z pomocą kelnerki – i wtedy uświadomiłem sobie, jaka to frajda być w lokalnym miejscu, gdzie byłem chyba jedynym turystą; wszyscy inni się znali, mówili sobie po imieniu, przeżywali swoje miejscowe dole i niedole.

Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):

1. widok z okna mojego pokoju hotelowego w Nicei – prosto na Baie des Anges i Promenade des Anglais …

2. … i ten sam widok ze wzgórza, na które wjeżdżało się windą przez skalny pionowy tunel. Dla wytrwałych była, oczywiście, piesza wspinaczka.

3. główna sala w Muzeum Chagall’a w Nicei, z jego cyklem płócien biblijnych.

4-7. i fragmenty owych wielkich obrazów biblijnych Chagall’a.

8-10 fragmenty witraży Chagall’a w sali koncertowej muzeum jego imienia.

Posted in TRAVELS

Post navigation

← Older posts

List of all posts:

  • CONTENTS

Newest posts:

  • Moje wielkie i małe hotele 18 Jul 2020
  • Dyrdymałki językowe 08 Apr 2020
  • Sycylia po raz trzeci – Palermo i Cefalu 2019 10 Feb 2020
  • Małe ontaryjskie miasteczka 11 Nov 2019
  • Toronto Islands 2019 07 Aug 2019
  • Włoskie wędrówki 2019 – Zobaczyć Neapol i … 15 Jun 2019

Personal pages:

  • TRAVELS – all posts
  • ARTS – all posts
  • PHOTOGRAPHY – all posts
  • NOTES/ZAPISKI – all posts

Professional info:

  • Brief Bio
  • Professional Career

Selected Papers & Presentations:

  • Canons, Controversies and Evolution of E-Business Architecture
  • E-Business Metrics and Capacity Planning
  • Multidimensional Vector Coordinates – Organization of Large Social and Economic Databases
  • National and International Economic and Social Data in Teaching and Learning – 4th QS-MAPLE Conference – Abu Dhabi, UAE, May 2014
  • The Changing Face of Academic Information Services – 5th QS MAPLE Conference, Doha, Qatar, May 2015
© Chris Leowski 2012-2026
↑