Athens – 2013
Ateny – październik 2013. Krótki lot z Warszawy. Lubię latać po Europie, bo w porównaniu z moimi częstymi lotami przez Atlantyk, nie wspominając już o kilku morderczych kilkunastogodzinnych lotach do Azji, wszystko jest tam w zasięgu 2-3 godzin. Więcej czasu zajmują lotniska, niż same loty.
Pierwsza rzecz po przylocie – jak ominąć mafię taksówkową. Czasem nie ma żadnych możliwości – w Abu Dhabi dyspozytor wsadził mnie w limuzynę i nie bylo dyskusji. “Same price, same price …” – a licznik zaczyna od 50 dirhamów, zamiast od 3.5. Ale Ateny mają metro do samego lotniska – jedna z pozostałości po Olimpiadzie 2004.
Wysiadam na Syntagma – to centralna stacja ateńskiego metra i zarazem jeden z centralnych placów Aten. Po kilku chwilach orientuję się już w kierunkach i zaczynam iść w stronę mojego hotelu. To zaledwie 200-300 metrów. Na szczęście, mam ze sobą tylko podręczną walizkę i plecak, no i to już październik, więc popołudniowy gorąc, pomimo słonecznej pogody, jest zupełnie znośny. Wrażenia, jak na razie, nijakie – miasto jak miasto, ani specjalnie slumsowate, ani specjalnie ciekawe. Ale przecież widzę zaledwie dwie ulice. Idę od budynków parlamentu równolegle do National Gardens, potem skręcam w boczną uliczkę, aby przeskoczyć na Filellionon Ave., gdzie znajduje się mój hotel. Jakiś przysadzisty Grek z okrągłą ogoloną głową zbliża sie z naprzeciwka i szeroko usmiecha na mój widok, jakby spotkał krewnego. “Good day, my friend, how are you? You are going to the hotel. The New Hotel? Let me show you the way”. Rzeczywiście, mój hotel ma taką głupią nazwę – New Hotel. Ale ma też bardzo wysokie “rating” i jest bardzo polecany, co okazało się w pełni uzasadnione – choć o tym przekonałem się dopiero później. Nawet nie jestem specjalnie zdziwiony, że facet wie, do jakiego hotelu idę – w końcu jest to jedyny porządny hotel w zasięgu stu metrów, a ja też nie wyglądam na hippisa szukającego “youth hostel”. Pyta się skąd jestem, a kiedy odpowiadam, że z Kanady, rozpromienia się cały. Okazuje się, że ma dwóch kuzynów w Kanadzie – jednego w Toronto, drugiego w Vancouver. Próbuję się dopytać, gdzie w Toronto mieszka ów jego kuzyn, rzucam ze dwie, trzy nazwy ulic w greckiej dzielnicy, ale odpowiada jakoś wymigująco. Potem próbuje wziąć moją walizkę – aby mi “pomóc”, ale na to już protestuję, więc idzie dalej koło mnie, cały czas trzepiąc po angielsku. Widzimy już hotel, wskazuje go palcem, i dodaje, że jest tam managerem baru i zaprasza mnie na drinka. Ale gdy ja kieruję się do drzwi wejściowych hotelu, on ciągnie mnie na drugą stronę ulicy, do dość podejrzanego lokalu. Ładne rzeczy – myślę sobie – bar hotelowy nie w hotelu, ale naprzeciwko, i w dodatku jakiś taki “shabby”? No nic – wchodzimy. Już na pierwszy rzut oka widzę, gdzie jestem. Dwie nawet niebrzydkie, choć o nieco zmęczonych twarzach, dziewczyny siedzą przy stoliku. Za barem Azjatka, która natychmiast obdarza mnie szerokim uśmiechem. “Daj mu kieliszek ouzo” – mówi do niej Grek. Dziewczyna sięga po butelkę, ale w tym momencie postanawiam położyć kres tej “zabawie w ciuciubabkę”. Raz, że nie mam ochoty na żadnego drinka; dwa – że nie wiem, co mi tam doleją, i czy potem obudzę się z moimi pieniędzmi i paszportem; a poza tym, chcę rozpakować się i umyć po podróży. Wymawiam się, że jestem zmęczony po całonocnym locie – facet nie wie, że lecę tylko z Warszawy – ale że wpadnę później. Grek jest wyraźnie zawiedziony, odprowadza mnie do drzwi, ale przez caly czas namawia, żebym koniecznie wpadł wieczorem. Tak, oczywiście.
Przechodzę na drugą stronę ulicy i wchodzę do hotelu. Inny świat. W recepcji komentuję moją “przygodę” i pytam się, czy wszyscy Grecy są tacy przyjacielscy, jak ten facet z naprzeciwka, który podaje się za managera hotelowego baru. Recepcjonista patrzy na mnie przez długą chwilę, jakby zastanawiał się nad moją poczytalnością, po czym mówi: “Niech się pan trzyma z daleka od tamtego miejsca. To przecież burdel, a jego właściciel nie ma z nami nic wspólnego.” Sprytny Grek zwyczajnie polował na samotnych mężczyzn idących do hotelu, i próbował werbować w ten sposób klientelę dla swoich “panienek”. Na szczęście New Hotel zasługuje nie tylko na swoje cztery gwiazdki, ale również na “superb” rating (9.2 na 10) i rekomendację tablethotels.com, a ci ostatni są bardzo wybredni i polecają zaledwie kilka wyszukanych hoteli w każdym mieście. Położony na południowej granicy Plaka, najpiękniejszej dzielnicy Aten, oferuje łatwy dostęp i do Akropolu, i do uroczych krętych uliczek Plaki, z ich dziesiątkami knajpek, ukrytych zaułków, turystycznej tandety, wieczornego gwaru, wesołych tlumów, gdzie można bylo do późna w nocy pić wino i patrzeć na oświetlony w górze Akropol.
Ateńskie tawerny i greckie wino: “hit and miss”. Za dużo turystów, więc knajpy nie muszą dbać o klientów, stąd mało jest tych naprawdę wysokiej klasy restauracji – za to, jak już taką znajdziesz … Zresztą, niektóre z tych obliczonych na turystów też są bardzo ciekawe. I choć wino jest tam średniej jakości, zawsze można zjeść coś dobrego, a przy tym jest gwarno i wesoło do późna w nocy, jak w tawernie Psara, rozłożonej na trzech czy czterech poziomach stromych schodów tuż pod wzgórzem akropolskim. A niespodzianka? Mój drugi hotel w Atenach, boutikowy O&B, w Monastiraki, trochę na północ od Plaki. I znowu: hotel – pięć gwiazdek, okolica – dwie, ale za to kolorowo. No i mała hotelowa restauracyjka w O&B, kilka stolików na krzyż, miły bar. Jedna z niewielu, które dostały się na listy najlepszych w Atenach. Tam właśnie piłem najlepsze greckie wino, a to co wymyślał szef kuchni mogło zadowolić wybrednego smakosza. Akurat trafiłem przy sąsiednim stoliku na starsze małżeństwo z Anglii, chyba bardzo bogate, bo za bazę mieli swój dom w Prowansji i po prostu spędzali czas na podróżach. A że byli już po kilku drinkach przy barze, a ja wlaśnie kończyłem mój drugi kieliszek doskonałego wina, więc szybko nawiązaliśmy kontakt. Nie, żaden “small talk” – czy byłeś tu, czy widziałeś tamto. Przez większą część wieczoru rozmawialiśmy o książkach Christopher’a Hitchens’a, z których ja przeczytałem niemal wszystkie, a oni chyba też. Zwłaszcza o jego esejach zebranych w “Arguably”, no i oczywiście, jakże by inaczej, o “God is not great”. Chociaż – o ateńskich muzeach również.
Ateńskie muzea – widziałem tylko dwa, i to zupełnie celowo tylko dwa. Będąc w Atenach zaledwie tydzień, nie chciałem niczego “zaliczać”. Chciałem, oczywiście, zobaczyć Acropolis – dla mnie, kończącego tradycyjne europejskie liceum, to zawsze początek naszej europejskiej cywilizacji. A z wielu muzeów wybrałem dwa: nowo zbudowane, zapierające dech w piersiach, New Acropolis Museum, i Museum of the Cycladic Art. To ostatnie z nieco mylącą nazwą, bo tylko jedno piętro było poświęcone Cykladom, pozostałe dwa lub trzy – kontynentalnej Grecji oraz Cyprowi. W obu z nich można było krążyć po wszystkich salach po kilka razy – i nie miało się dosyć.
Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):
1. widok na Ateny od strony Akropolu (zdjęcie robione na Akropolu) w kierunku najwyższego wzgórza Aten (Lykavittos Hill) …
2. … i w odwrotnym kierunku, z Lykavittos Hill na Akropol, i dalej, aż do Pireusu.
3. pięknie oświetlony nocą Akropol, widoczny z tarasu mojego hotelu, i …
4. Oryginalne starożytne Kariatydy przechodzące czyszczenie laserowe w New Acropolis Museum.
5. Erechteion i słynne Kariatydy na Akropolu. Jednak mało turystów wie, że Kariatydy na Akropolu są kopiami, zresztą doskonałymi kopiami, natomiast te prawdziwe znajdują się w New Acropolis Museum.
6. Jeszcze raz oryginalne starożytne Kariatydy z New Acropolis Museum.
7. i 8. Ruiny świątyni Zeusa, na samym południu Plaki, zaledwie 100-200 metrów od mojego hotelu. Jedna z największych świątyń Zeusa w starożytnej Grecji – nawet teraz, kiedy zostało już tylko kilka kolumn, robi niesamowite wrażenie. Teren jest tak ogromny, że trudno sobie wyobrazić, jak majestatyczna musiała być oryginalna świątynia po jej zbudowaniu.
9. Ostatni rząd zdjęć: eksponaty w Museum of Cycladic Art. Tylko ostatnie zdjęcie pokazuje typową figurkę z Cykladów.











