Małe ontaryjskie miasteczka
W czasie tego minionego już lata 2019 miałem w planie kilka wycieczek do “małych ontaryjskich miasteczek” – tak w granicach 1 – 3 godzin jazdy. Wyszła mi w końcu tylko jedna wycieczka – do St. Jacobs, kraju Menonitów. Te “małe ontaryjskie miasteczka” to jest klucz do zrozumienia takich pisarzy, jak np. Alice Munro, ale nie tylko jej twórczości, jest cały dział kanadyjskiej literatury, i to bardzo dobrej literatury, której akcja dzieje się w takich “zadupiach” w Saskatchewan, New Foundland, Albercie, czy innych prowincjach, nie mówiąc już o całej literaturze Quèbec’u. Sławna z wielu innych książek Margaret Atwood też ma w swoim dorobku szereg opowiadań z takich właśnie miejsc, może trochę bardziej na północ od Toronto, podczas kiedy akcja opowiadań Munro dzieje się bardziej na południe od miejsca, gdzie mieszkam. Te miasteczka mają bardzo specyficzną atmosferę – wtopiony w naturę cichy mieszczański dobrobyt, na którego tle dzieją się osobiste i rodzinne problemy, a czasem osobiste i rodzinne tragedie.
No, ale wracając do St. Jacobs. Rzeczywiście minęło mnie tam kilka tych ich czarnych budek na jednego lub dwa koniki, którymi Menonici poruszają się na codzień, a jeszcze w dodatku nie uznają elektryczności, ani innych “zdobyczy” cywilizacji, ale za to wyrabiają bardzo dobre naturalne mydło, świece, mnóstwo pożytecznych rzeczy z kutego żelaza, słomy, łodyg kukurydzy (np. miotły). Ja kupiłem szorstki pędzel, którego mam zamiar używać do moich obrazów. Trudno było mi jednak zatrzymać nagle auto na środku drogi, wyskoczyć z niego z aparatem, i ich fotografować – i niekulturalne to, i niebezpieczne.
To już była późna jesień, wiatr i trochę zimno. Dwa razy objechałem i obszedłem St. Jacobs, dwa razy przejechałem przez pobliskie Conestoga z urokliwymi domkami nad Grand River, i starym drewnianym mostem na jedno tylko auto. Potrzebowałem mocnej kawy przed drogą powrotną, zaszedłem więc do St. Jacobs’ ‘bakery’. Niby mała wioskowa piekarnia, tak? Ale to jest i piekarnia, i bardzo dobra kawiarnia (wyśmienite ‘double espresso’), i mały sklepik – powidła wiśniowe, i inne delicje, niestety strasznie przesłodzony ‘Dutch apple pie’, ale te przesłodzone ciasta podobno są typowe dla południowego Ontario, gdzie po 1-szej wojnie osiedliło się dużo Niemców – i takie lokalne miejsce do spotkań i plotek, na kilka stolików. A samą piekarnię widzę w głębi, Menonitki w długich bawełnianych sukniach po kostki i czarnych fikuśnych czepeczkach, i z ciepłym naturalnym uśmiechem na twarzy. Jak taka od ciebie przyjmuje pieniądze za tę kawę i ciastko, to czujesz tę całą dobroć i ciepło promieniujące od nich. To nie jest handel – to jest element ich życia, rzeczywistości, wpływania na świat i jego wartości.




