↓
 

  • CONTACT
  • HOME
  • BRIEF BIO
  • PERSONAL PAGES:
  • (ARTS
  • TRAVELS
  • PHOTOGRAPHY
  • NOTES)
Home→Categories TRAVELS - Page 3 << 1 2 3

Category Archives: TRAVELS

Post navigation

Newer posts →

W co się bawić na pustyni? Abu Dhabi – Dubai, 2013 – 2014

 

 IMG_4644-600  IMG_4646-600

A pustynia jest wszędzie, już kilka mil za miastami, których nowe osiedla powstają na terenie wydzieranym jej siłą i przy użyciu najlepszych w świecie technologii. Najpierw widzi się płaskie obszary piasku z ubogą pustynną roślinnością, czasem kilka wielbłądów na “farmach”, gdzieniegdzie kilka palm. A potem zaczynają sie diuny – wydmy wysokości kilku pięter, które zmieniają kolor od blado-żółtego do miedzianego w zależności od pory dnia i intensywności słońca.

***

“Dune bashing”

IMG_4630-600  IMG_4628-600  IMG_4655-600

“Dune bashing” jest jedną z najbardziej popularnych wycieczek oferowanych turystom, ale też częstym hobby wielu stałych mieszkańców Emiratów – zwłaszcza tych, których stać na Land-Cruiser z potężnym silnikiem i napędem na wszystkie koła. Wiele z tych maszyn jest specjalnie dostosowanych do uprawiania tego sportu – bo jest to w końcu coś w rodzaju rajdu samochodowego, tyle że po piaskach pustyni – zawieszenie jest nieco obniżone, aby obniżyć środek ciężkości auta i zmniejszyć ryzyko rolowania przez dach. Nic mi to nie pomogło – przynajmniej, jeśli chodzi o wrażenia – kiedy sam doświadczyłem, na czym ta zabawa polega. Zupełnie od niechcenia zamówiłem któregoś dnia w recepcji hotelu w Abu Dhabi półdniową wycieczkę na pustynię. Nie miałem za dużo czasu, więc od 3 po południu do 9 wieczorem nawet mi pasowało. Gdy punktualnie o trzeciej zjechałem na dół, Land-Cruiser z kierowcą już czekał. Przywitaliśmy się, zająłem przednie miejsce przy kierowcy – zawsze to lepiej widać – ale nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, z kim mam do czynienia. Dopiero po godzinie, gdy już mieliśmy komplet w aucie, a za nami zobaczyłem sznur dziesięciu podobnych Land-Cruiser’ów, zorientowałem się, że jadę na przednim siedzeniu w pierwszym aucie karawany prowadzonym przez instruktora jazdy po pustyni – wszyscy kierowcy aut za nami, to byli jego uczniowie. Najpierw nic – płaskie piaski, zaczęło to wyglądać na stratę czasu i pieniędzy, tym bardziej, że instruktor żartował sobie od czasu do czasu, że to już właściwie cała wycieczka. Ale nagle, dosłownie z minuty na minutę, wszystko się zmieniło: na pełnej mocy 8-cylindrowego silnika zaczęliśmy wspinać się na kilkupiętrowe wydmy. To jeszcze nic, ale moment “przegięcia się” auta na samym szczycie diuny, i spadek w piaskową przepaść powodował, że serce podchodziło do gardła. Nie miałem ani czasu, ani siły, wydobyć z siebie głosu – tylko za sobą słyszałem piski z tylnich siedzeń. Takie prawdziwe “dune-bashing” trwało może pół godziny, ale wychodziłem potem z auta na zupełnie miękkich nogach i sprawdzałem, czy mam wszystkie kończyny na swoich miejscach. Kilkakrotnie miały miejsce sytuacje, że byłem w 100 procentach przekonany, że tym razem nie mamy już żadnych szans, będziemy rolować przez dach i nie wiadomo, czy wyjdziemy z tego żywi – a instruktor “ześlizgiwał” auto bokiem i skosem po diunie, zostawiając za sobą ogon pustynnego piasku, cały czas bezbłędnie panując nad maszyną wielkości czołgu. Po czym w następnej sekundzie osiągaliśmy szczyt kolejnej diuny, i … nie, nie, to już przesada, “stop right now” … i lecieliśmy w dół na zatracenie. Dopiero później dotarło do mnie, w jak uprzywilejowanej pozycji znalazłem się, jadąc w pierwszym aucie z instruktorem. Pozostałe jedynie naśladowały jego manewry, a i tak jedno czy dwa zakopały się w piasku (czym instruktor wcale się nie przejął – “muszą sobie radzić sami” – to był jego jedyny komentarz).

 

IMG_4640-600  IMG_4658-600

***

“Desert resorts”

 

IMG_4885-600  IMG_4881-600

Nieco droższa – sporo droższa – zabawa na pustyni, to spędzenie kilku dni w tak zwanym “desert resort”. Takich prawdziwych “desert resorts” jest tylko kilka w UAE, w najdroższym Al-Maha (nie, tam nie byłem) trzeba być przygotowanym do wydania około USD 2,000 na dobę, inne są o połowę tańsze, ale to też przecież niezły wydatek. Jak się bardzo poszuka i pojedzie poza sezonem (czyli w środku lata, kiedy temperatury oscylują wokół 50 stopni Celsjusza), wystarczy tylko kilkaset dolarów na dobę. Emiraty nie są aż tak rozległe, można więc wszędzie dojechać, jeśli już nie wynajętym autem, to od biedy nawet taksówką (które są tam względnie tanie). Na pustynię Liwa, przy granicy z Arabią Saudyjską, trzeba liczyć około 2 godzin z Abu Dhabi. Opisany tutaj Bab-al-Shams jest jakieś 45 minut taksówką z Dubai.

IMG_4913-600  IMG_4908-600  IMG_4886-600  IMG_4891-600

Czym różni się “desert resort” od normalnego wysokiej klasy hotelu? Przede wszystkim sprawia wrażenie oazy, czegoś zagubionego w piaskach pustyni, odizolowanego od reszty świata. Najczęściej są to połączone wille tworzące razem małe pustynne miasteczko, przeplatane restauracjami i kawiarniami, basenami, innymi atrakcjami; czasem droższe suity są w formie beduińskich namiotów z prywatnymi Jacuzzi, a nawet prywatnymi niedużymi basenami. Spokój, cisza, niewielu – w stosunku do obszaru – ludzi, wokół pustynna przyroda. Piękna niewysoka architektura, w pokojach arabskie i afrykańskie antyki. Dzień płynie leniwie i spokojnie, po południu piękne zachody słońca, wieczorami romantycznie i tajemniczo, czemu sprzyja cicha arabska muzyka na otwartych tarasach, gdzie można zamówić kieliszek wina, czy coś przekąsić przed właściwym obiadem.

IMG_4849-600  IMG_4843-600  IMG_4888-600  IMG_4879-600

Mijamy bramę jak do pustynnej fortecy i wjeżdżamy na podjazd Bab-al-Shams – naszego “desert resort” na następne trzy dni. Musieli wiedzieć, że właśnie dojeżdżamy – bowiem przed wejściem stoi nasz, jak się później okazało, consierge – wysoki na ponad dwa metry Kenijczyk z plemienia Masai, jego niewiarygodny wzrost podkreślony jeszcze przez długi wąski chałat do samej ziemi i prostą, długą, hebanową laskę, którą trzymał w dłoni. Jeśli chodziło im o efekt, to na pewno osiągnęli swój cel – w czasie krótkiej rozmowy musimy dobrze zadzierać głowy, aby móc spojrzeć w jego twarz. Kolejna niespodzianka to istna rewia urody w recepcji – dziewczyny, niektóre wyraźnie o słowiańskich rysach, jak by żywcem przeniesione z konkursu piękności, na szczęście jednak równie profesjonalne co piękne, swobodnie posługujące się kilkoma językami, szybko i z uśmiechem odprawiające gości. Idziemy do naszego domku przez alejki, uliczki tak ciche, że zastanawiamy się, czy poza nami są tu jeszcze jacyś ludzie. Są – tylko większość przy basenach, na polu golfowym, lub w restauracjach, bo to akurat pora lunch’u.  Ale nawet tam cicho – gdzieś ktoś sobie pływa, trochę ludzi się opala, przy restauracyjnym bufecie zaledwie kilka osób próbujących sobie coś wybrać z oferty kilkudziesięciu dań. I tak przez całe trzy dni naszego tam pobytu – nigdy wrażenia tłoku, zawsze cicho, spokojnie, przestrzennie.

Posted in TRAVELS

Barcelona – Gaudi i Picasso

Z lotniska biorę taksówkę do mojego hotelu w dzielnicy El Raval. Hotel, jak się później okazało, marzenie – super nowoczesny 5-gwiazdkowy Barceló Raval, przypominający „W” w Montrealu, czy w Nowym Jorku. Taksówkarz jednak kręci głową, mamrocząc coś pod nosem na temat El Raval, a ponieważ mówię dobrze po hiszpańsku – choć to Katalonia, ale dla turysty zrobią jednak wyjątek – szybko dowiaduję się, co ma na myśli. To czerwona strefa – mówi – i nie chodzi mu bynajmniej o polityczną skrajną lewicę, ale o dziewczynki. Chyba niemożliwe – myślę – coś mu się “popieprzyło” (to właściwe w tym kontekście słowo), albo nasz wspólny katalońsko-hiszpański szwankuje – przecież ten hotel jest w odległości zaledwie 5-10 minut pieszego spaceru od Las Ramblas, najsłynniejszej (i najdłuższej) promenady Barcelony. Hotel spełnia wszelkie oczekiwania – piękny, czysty, nowoczesny pokój, dobre restauracje, ciekawy bar, nowoczesna sztuka, i nie muszę nigdzie, ani niczym jeździć, bo jestem parę minut od najpiękniejszych i najciekawszych miejsc Barcelony. To wszystko prawda – ale taksówkarz miał jednak rację: El Raval to dawna szemrana dzielnica, choć może już nie teraz, albo przynajmniej nie w takim stopniu jak dawniej – nowoczesne hotele i biznesy, skuszone bliskością starej Barcelony, wyparły w dużym stopniu poprzedni „główny biznes”, czyli prostytucję, ale mimo to sporo dawnego „czaru” pozostało. Tylko, czy rzeczywiście „czaru”? Przechodząc codziennie, i to po kilka razy, krętymi, wąskimi, podejrzanymi uliczkami między moim hotelem a Las Ramblas, z ich małymi sklepikami oferującymi wino, chipsy i coca-colę, 4-rzędnymi tanimi barami, widziałem wiele zniszczonych istnień ludzkich, i to już od 10-ej rano, ale ani jednej ładnej dziewczyny. Miałem jedynie zabawę, kiedy ładne turystki z mojego hotelu, same lub z partnerami, przemierzały tę samą trasę zaciskając dłonie na przewieszonych przez ramię torebkach, patrząc niepewnie prosto przed siebie i starając się nie dostrzegać “czaru” dawnej starej Bracelony.

  

Nie udało mi się trafić na nic ciekawego do obejrzenia w Operze w Barcelonie, Gran Teatre del Liceu, pięknym, tradycyjnym, barokowo-klasycystycznym budynku, łatwo dostępnym z mojego hotelu, bo tuż obok, na Las Ramblas, ale kupiłem bilet na La Traviata w równie ciekawym miejscu, bo w Palau de la Música Catalana – nieprawdopodobnym dziwadle architektonicznym, jak wiele budynków w Barcelonie, z Gaudiego Casa Batlló na czele. W dodatku, Palau de la Música Catalana został dezygnowany przez UNESCO jako światowe dziedzictwo kulturowe – ale w Barcelonie wiele miejsc mogło by pretendować do tego miana. Nie zmienia to faktu, że Palau jest dziwadłem, i jako miejsce w ogóle, i jako sala koncertowa w szczególności. Jest tak eklektyczno-barokowe, że nie wiedziałem nawet, jak zareagować – nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Tym niemniej, La Traviata jest urzekająca, choć nie jest to przedstawienie operowe, a jedynie najsłynniejsze arie z tej opery, wykonane przez czworo śpiewaków – format, który później spotkałem w wielu innych miejscach. Wystawienie opery to wieloletnia praca ogromnego zespołu, dlaczego więc nie zaoferować przyjemnego wieczoru arii operowych, w takim samym operowym otoczeniu, ale znacznie mniejszym nakładem pracy i kosztów, a z równie przyjemnym wrażeniem słuchaczy.

 

Za to następnego dnia La Sagrada Familia rozczarowuje, czemu sprzyja fakt, że słynna katedra jest budowana – właśnie, ciągle jest to wielka budowa – w niezbyt ciekawej dzielnicy. Strzeliste wieże są architektonicznie czymś przepięknym – zwariowany gotyk – jeśli tylko zapomnieć o otoczeniu.

A najlepsze momenty w Barcelonie? Miałem za mało czasu – wszystkiego tylko cztery dni – no i byłem mocno przeziębiony, przez dwa z tamtych dni wręcz chory. Niewątpliwie Museu Picasso, i oczywiście spacery po Las Ramblas, no i knajpy w starej Barcelonie. „Museu” (to po katalońsku) dokładnie takie, jak lubię – małe, kameralne, nie zatłoczone, poszczególne prace pięknie wyeksponowane w jasnych salach i na tle białych ścian. Dużo przepięknej picassowskiej ceramiki w kolorach Lazurowego Wybrzeża, trochę rysunków, nie pamiętam już, czy były też jakieś znane obrazy, pamiętam właśnie głównie tę ceramikę.

 

 

Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):

1. Casa Batlló – jedno z najbardziej znanych dzieł Gaudiego. W środku miasta, a nagle czujesz się jak u wejścia do jakiejś bajki – bardzo kolorowej, choć niekoniecznie przyjemnej bajki.

2. Wejście do Museu Picasso w Barcelonie. Przepiękna picassowska ceramika w jasnych, pełnych światła salach.

3-4. Fragmenty ceramicznych mozajek Gaudiego w parku jego imienia. Było tego naprawdę dużo – pojedyncze elementy bardzo ciekawe, ale cały park sprawiał wrażenie dziwadła, jeśli nie wręcz kiczu.

5. Las Ramblas. Ta dziewczyna weszła mi w kadr zupełnie przypadkiem, ale nie protestowałem.

6. Jedna z setek małych familijnych restauracji w Barcelonie. Ta akurat była w dzielnicy portowej, a trafiłem tam zanim jeszcze zapełniła się ludźmi. Na przystawkę serwowali morskie ślimaki na zimno – brr…jakoś poszło, obyło się bez partii ping-ponga z moim własnym żołądkiem.

 

 

Posted in TRAVELS

Włoskie wędrówki 2014 – Rzym: Octavian Augustus i Livia Drusilla

Początek drugiej połowy października, a w Rzymie ciągle upał – w dzień dochodzi do 30 stopni, choć ranki i wieczory już chłodne. To co będzie później, na dalekim południu Włoch? Na dalekim południu było zimno – jedna z tych włoskich anomalii pogodowych – ale to dopiero za kilka dni. Na razie biorę prysznic po 3-4 razy dziennie, to znaczy za każdym nawrotem do hotelu, i przebieram wszystko, co mam na sobie. Hałas i spaliny takie, że nieprędko wrócę do tego miasta, chciałem jednak zobaczyć jeszcze kilka miejsc, które ominąłem podczas moich poprzednich tam pobytów. No i wrócić do knajpek w okolicach Piazza Navona, Spagna, czy pójść na Campo dei Fiori, powłóczyć się po zaułkach Trastevere. Przede wszystkim jednak zwiedzić Wzgórze Palatyńskie. Za dużo naczytałem się ostatnio o politycznych rozgrywkach między Oktawianem a Markiem Antoniuszem, mniej więcej w latach 30tych BC, a na Wzgórzu jest zrekonstruowany dom Oktawiana, a zaraz obok Liwii Drusilli, jego żony, przyjaciela i doradcy przez 50 lat – swoisty ewenement na tamte lata, mam na myśli długotrwałość i charakter tamtego związku, nie dom. To, że Liwia była matką (z jej pierwszego małżeństwa) późniejszego cesarza Tyberiusza, nie dziwi, ale czytając o jej charakterze, mądrości, rozwadze trudno pojąć, że ta piękna i mądra kobieta była również pra-prababką i pra-pra-prababką takich zboczonych osobników z późniejszego pocztu cesarzy rzymskich, jak Kaligula czy Nero. Na razie jednak jesteśmy w Rzymie Oktawiana Augusta, to znaczy – tych nielicznych ruin, jakie z tamtych lat na Wzgórzu Palatyńskim jeszcze pozostały. Bo leżące nieco niżej Forum Romanum daje już wrażenie starożytnego Rzymu, ale Palatyn to w większości pustkowie, z zaznaczonymi miejscami po wielkich budowlach. Oktawian August żył bardzo skromnie jak na cesarza, którym zresztą nigdy formalnie nie został; ten nieprawdopodobny mąż stanu umiał zachować pozory demokracji i kontrolować własne ego będąc, de facto, władcą absolutnym, i to przez kilka dziesięcioleci. No, ale nie każdy jest synem – nawet jeśli tylko adoptowanym – i dziedzicem Juliusza Cezara. Na pewno odziedziczył po boskim Juliuszu jego zmysł polityczny, którego zabrakło wszystkim przeciwnikom Oktawiana, z Markiem Antoniuszem na czele. Temu ostatniemu nie zdołała pomóc nawet piękna Kleopatra, z jej bajecznymi skarbami Egiptu i Azji Mniejszej – w ostatecznej rozgrywce legiony rzymskie, ze wschodu i z zachodu Imperium, murem stanęły za Oktawianem. Pomóc mu nie zdołała, ale legenda ich szaleńczych ambicji i równie szaleńczej miłości przetrwała następne 20 stuleci.

     

Jedyne, co pozostało z domów Oktawiana i Liwii, to fragmenty malowideł ściennych, pieczołowicie odrestaurowanych na gipsowym podłożu ścian w zrekonstruowanych pokojach dających jedynie pojęcie o wielkości owych pomieszczeń, bo niczego więcej w nich nie ma, żadnych mebli, żadnych przedmiotów; wszystko pochłonął czas, kolejne najazdy na Rzym, i do ostatnich dziesięcioleci małe zainteresowanie władz ratowaniem i rekonstrukcją zabytków. Pomieszczenia rzeczywiście – jak na władców Rzymu – nieduże. U Oktawiana studio do pracy, sypialnia, trochę wieksze sale, gdzie przyjmował innych; dominują przepiękne spłowiałe karmazyny. U Liwii kolory bardziej stonowane – więcej oliwkowych zieleni, beżu, no i komnaty nieco większe niż w domu jej męża. Musiało to przepięknie wyglądać, gdy kwitło tam normalne codzienne życie – rzymskie togi, ludzki gwar, wieczorne biesiady z winem, ale ostentacji w tym nie było. Niektóre z pomieszczeń za grubą szybą – widocznie malowidła bardziej narażone na zniszczenie. Ale nawet w pozostałych – a w każdym momencie może tam przebywać równocześnie nie więcej niż pięcioro zwiedzających – jest się przez cały czas pod obserwacją kustoszy, nie mówiąc o wszelkiej aparaturze monitorującej. Gdy w którymś momencie obróciłem się i mój plecak znalazł się o 2-3 cale od ściany z owymi bezcennymi malowidłami, włączył się cały system alarmowy.

Posted in TRAVELS

Istanbul 2012 – 2013

 

IMG_4402-600  IMG_4390-600  IMG_4447-600

Urok Stambułu polega w dużym stopniu na tym, że jest to kilka zupełnie różnych miast w jednym. Właśnie kilka, a nie tylko dwa, jak się zwyczajowo podaje, czyli stary muzułmański Sultanahmed i nowoczesne europejskie Beyoglu. Bo przecież Eminönü po południowej stronie Złotego Rogu, ze swoim Krytym Bazarem i targiem korzennym, starymi stylizowanymi statkami-restauracjami oferującymi najświeższe ryby i inne lokalne przysmaki „na szybko”, a czasem nawet „na stojąco”, przystaniami promowymi, ogromnymi placami, imponującymi meczetami w tle, do których trzeba wspinać się krętymi starymi uliczkami, gdzie życie chyba niewiele zmieniło się przez ostatnie stulecie – to zupełnie coś innego niż „właściwy” Sultanahmed wzdłuż głównej ulicy Divan Yolu, pomiędzy Wielkim Bazarem a Ayasofya i Błękitnym Meczetem, i jeszcze dalej na wschód położonym Pałacem Topkapi. A okolice Wzgórza Galata, po północnej stronie Złotego Rogu, z krętymi starymi uliczkami zamieszkałymi (czy jeszcze?) przez Greków, Ormian, białych Rosjan, to przecież strona europejska, ale jak inna od przecinającej Beyoglu i prowadzącej do słynnego Taksim Square ulicy Istiklal, najbardziej chyba zatłoczonej ulicy świata, z jej dyskotekami, klubami, nowoczesnymi sklepami reprezentującymi wszelkie światowe marki handlowe, tłumami studentów, częstymi demonstracjami na przemian z popisami sztukmistrzów i ulicznych muzyków, i ciągłym, zwartym, gęstym tłumem przechodniów. Przejście całej długości Istiklal w piątkowy lub sobotni wieczór to nie lada wyczyn, oferujący nie wiem czy przyjemne, ale na pewno niezapomniane wrażenia. A przez to wszystko przeciska się jeszcze, co prawda bardzo powoli, malutki wąskotorowy stary tramwaj. Dopiero jak zejdziesz ostro w dół, starymi mieszkalnymi uliczkami po drugiej stronie Taksim Square i Gezi Park, nad Bosfor do Kabatas, możesz złapać nowoczesne (wyprodukowane w Kanadzie) tramwaje, którymi dojedziesz, mostem Galata przez Złoty Róg, z powrotem do centrum Sultanahmed. Zresztą, samo Sultanahmed to też przecież, w sensie geograficznym, strona europejska Bosforu, pomimo że za taką uważa się powszechnie dzielnice leżące po północnej stronie Złotego Rogu. Bo jest przecież jeszcze ta prawdziwa strona azjatycka, po drugiej stronie Bosforu, o której nawet mieszkańcy Sultanahmed wypowiadają się jak o czymś zupełnie, ale to zupełnie innym i dalekim – dzika Azja. Dotarłem tam kiedyś zupełnie przez przypadek, pomyliwszy kierunki promów na którejś z Princes Islands. Płynę i płynę, i jakoś nie rozpoznaję wybrzeża. „Dzika Azja” okazała się normalnie zabudowaną przystanią, z handlowymi i mieszkalnymi dzielnicami w tle, tyle że … było tu jakoś obco, to już nie był ten znany mi Istanbul. Musiałem czekać chyba ze dwie godziny na prom, który w końcu, już o zmierzchu, przeprawił mnie w najszerszym chyba miejscu Bosforu „do Europy”.

Pierwszy pobyt w Stambule – Sultanahmed, niedaleko Wielkiego Bazaru, ale już stromo w dół w stronę Kumkapi. Z tarasu-restauracji na 7-mym piętrze można było zobaczyć Morze Marmara i dziesiątki cumujących statków. Jeden z najlepszych starych hoteli w Stambule, małe lobby zrobione na 19-wieczną herbaciarnię (gdzie naprawdę podawano mocną turecką herbatę albo kawę), każdy pokój inny, i każdy małym dziełem sztuki. Ale to stary Stambuł, więc wszędzie małe businessy, restauracyjki, no i meczety.  Chyba każda ulica miała swój malutki meczet, niepozorny, ledwie dostrzegalny, do którego kilka razy dziennie udawali się właściciele pobliskich warsztacików, fabryczek, kafejek. Okna hotelowego pokoju wychodziły na jakieś podwórko, gdzie naprzeciwko znajdowała się mała wytwórnia torebek – pewnie podrabiana Prada, Gucci, itd. Od wczesnego ranka do zmierzchu widziało się tam mężczyzn pochylonych nad swoimi warsztatami i pracowicie produkującymi torebki ze skóry. Nie przeszkadzało to specjalnie, bo nie było głośne, a hotel był tak unikalny, ciekawy, i autentycznie turecki, zwłaszcza w porównaniu z „normalnymi” międzynarodowymi hotelami w Beyoglu, gdzie przeniosłem się kilka dni później, że pozostawił niezatarte wrażenie. No i było to serce autentycznego starego Sultanahmed – nawet dotarcie do turystycznych atrakcji, jak Ayasofya, Błekitny Meczet, Topkapi, i inne, wymagało z pół godziny szybkiego marszu (choć można było wsiąść w ów „kanadyjski” tramwaj, żeby dostać się tam szybciej). A już piesza wyprawa w stronę Złotego Rogu to było przebijanie się przez gąszcz starych krętych uliczek, schodzących stromo w dół, gdzie turystów widziało się rzadko, za to gdzie lokalny koloryt aż zaćmiewał.

IMG_4479-Corrected-600  IMG_4469-600  IMG_4471-600   IMG_4464-600

Ayasofya i Błękitny Meczet – ten ostatni przepiękny z zewnątrz, jednak nieco rozczarowujący wewnątrz. Każdy meczet – a tych „wielkich” widziałem kilka, łącznie z najbogatszym chyba w całym świecie, Sheikh Zayed Mosque w Abu Dhabi, w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – wygląda w środku podobnie, wielkie „pole” wyłożone miękkim dywanem, tylko że dywan może być zwykły, bądź za kilka milionów dolarów, kolumny mogą być wyłożone złoceniami, a żyrandole z bezcennych „kryształów” Svarowskiego – ale poza tym nie takie duże różnice. Za to na zewnątrz to już architektoniczny splendor, unikalny dla każdego z owych „wielkich” meczetów, lekkość i finezja wschodu. Odwrotnie z Ayasofya – wielka bizantyjska bazylika jest na zewnątrz ciężką bryłą (zapomnijmy o czterech dołączonych po muzułmańskim podboju minaretach), ale wewnątrz jest to ciągle bizantyjskie cacko, pomimo przerobienia kościoła na meczet, i pomimo wielkich czarnych arabskich napisów chwalących Allaha i wiszących w czterech rogach poniżej kopuły. Wystarczą te nieziemsko oświetlone boczne nawy z wyblakłymi mozaikami, a nawet ich fragmentami, te stare mury, i te stulecia historii dawnego Konstantynopola.

IMG_5032-Tungsten-600  IMG_4538-600  IMG_4539-600

O dywan potargować się warto … chociaż, sztuka kupowania czy to dywanów, czy innych przedmiotów, to nie tylko targowanie się o cenę. Oczywiście, każdy kupujący chce kupić taniej, ale ordynarne wykłócanie się o cenę jest tak samo źle przyjęte, jak przystanie na pierwszą cenę podaną przez sprzedawcę. W tym pierwszym przypadku kupujący jest tylko źle wychowany, w tym ostatnim – jeszcze w dodatku głupi. No, ale jeśli nie ma się tej żyłki kupieckiej we krwi, to trzeba się długo uczyć, i tak było w moim przypadku. Najpierw nie lubiłem się targować, uważałem, że to „poniżej mojej godności” – czyli byłem po prostu głupi. Później próbowałem już zbijać cenę, ale robiłem to w sposób mający mało wspólnego z prawdziwym „targowaniem się”. Bo to ostatnie, to jest przede wszystkim rozmowa, czasem kilka wizyt i kilka rozmów, wspólne wypicie kilku małych szklaneczek herbaty lub kawy, wzajemne zainteresowanie sprzedawcy i kupującego jego życiem, losami, rodziną. Pamiętajmy, że kupców i ich sklepików są na Wschodzie miliony, i że do większości z nich klient zajdzie od czasu do czasu, w najlepszym wypadku raz na parę godzin. Nawet na turystycznych bazarach, gdzie przewija się tłum zwiedzających (z których tylko niektórzy są również kupującymi), najczęściej widzi się sprzedawcę stojącego u wejścia, lub siedzącego w głębi sklepiku, i zachęcającego do wejścia … bo klient wewnątrz sklepu to już potencjalny interes, a ci na zewnątrz po prostu przechodzą dalej. Dlatego każdy prawdziwy klient to wręcz wizyta towarzyska, próba nawiązania kontaktu, który może zaowocuje zakupem, poleceniem danego sklepu i jego właściciela znajomym, a przynajmniej ciekawą rozmową.

Wróćmy jednak do dywanów. Prawdziwy kupiec dywanowy naprawdę zna się na swoim towarze, i nie będzie próbował wcisnąć klientowi kupującemu z zamiłowania i zainteresowania – tzn. nie przechodniemu turyście szukającemu niepotrzebnej pamiątki – tandety. Poza tym, ma fenomenalną wręcz pamięć do takich klientów i do ich gustów. Pamiętam, jak jednego roku kupowałem u pewnego Afgańczyka średniej wielkości dywan, który chciałem zawieźć do mojego mieszkanka w Warszawie. Kupiec był autentycznym Afgańczykiem z Heratu, który przez Khandahar i zieloną granicę uciekł z całą rodziną, gdy bojówki Talibanu już jechały do jego domu, i po wielu perypetiach otworzył sklep w Ontario, chyba najlepszy sklep tego typu w całej Kanadzie. Po kilku godzinach zdecydowałem się w końcu na jeden (kupiłem go i potem zawiozłem do Warszawy), ale w głowie miałem ciągle inny dywan, który swego czasu widziałem w Istanbule . Opisałem go – kolory, wzór, dotyk, jakość. Afgańczyk wyciągnął spod lady jakiś stary katalog, szybko przekartkował, i pokazał mi „mój” dywan. Po roku, tak z czystej ciekawości, odwiedzamy naszego Afgańczyka, rozmawiamy przez chwilę, po czym kupiec prowadzi mnie do drugiego pokoju (jego sklep, w dwupiętrowym starym domu w Oakville składał się z wielu pokoi i „magazynów” na obu piętrach), odsłania jeden z dywanów na wierzchu, a pod nim widzę … „mój” istanbulski dywan, za – bagatelka – cztery i pół tysiąca dolarów. Pamiętał, i sprowadził mi taki sam, choć i tak go nie kupiłem, bo był dla mnie za drogi. Ale kupiliśmy inne, mniejsze, i wtedy już umiałem się targować, w owym dobrym „kupieckim” znaczeniu tego słowa. Wybraliśmy dwa egzemplarze – należało by raczej powiedzieć: dwa małe dzieła sztuki, kupiec podał cenę, po czym … usiedliśmy do herbaty i prażonych w cukrze owoców mulberry. Interesowała mnie „logistyka” jego businessu – jak zdobywa towar, jak często jeździ na Wschód, jak tam jest teraz, na ile jest niebezpiecznie, gdzie kupuje swoje dywany, jak je transportuje do Kanady. Tłumaczyłem to moje zainteresowanie i pytania moim wykształceniem ekonomicznym. Afgańczyk musiał przed naszym przyjściem nudzić się jak mops, byliśmy jedynymi klientami w jego sklepie (specjalnie wybrałem poniedziałek), rozgadał się więc szeroko, bardzo ciekawie opowiadał o swoich trasach przez Pakistan, o wspólnikach, jakich tam ma, o wizytach w dalekich wioskach, nawet nieopatrznie (i właśnie o to mi chodziło) zahaczył o ceny, koszty transportu, brak opłat celnych do Kanady, itp. Po drugiej szklaneczce herbaty i dodatkowej miseczce mulberries mogłem już zaoferować mu cenę, za jaką byłem gotów kupić wybrane przez nas dywaniki. Widziałem, że połapał się w mojej „taktyce” – szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy, kiedy mu „wyliczyłem”, w oparciu o jego własne informacje, ile te dywaniki są naprawdę warte. Podałem przy tym moją cenę tak, aby pozwolić mu wyjść z tego „z twarzą” i zaokrąglić cenę każdego do najbliższej setki. Trwało to długo, ale nasze spotkanie, i „targowanie się”, były bardzo ciekawe, i obaj byliśmy zadowoleni z dokonanej transakcji. Co roku na Boże Narodzenie nasz Afgańczyk (w końcu Muzułmanin) przysyła nam kartki z życzeniami, kartki … z jednym z jego pięknych dywanów.

IMG_4506-600  IMG_4595-600

Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):

1.Pięknie podświetlony Błekitny Meczet, późnym wieczorem – zdjęcie robione z Sultanahmed Square, i …

2. … w przeciwnym kierunku – wielka, imponująca bryła AyaSofya (Hagia Sofia)

3. To zdjęcie – już za dnia – bardzo mi się podobało, bo uchwyciło cały majestat Ayasofya, łącznie z dobudowanymi po XV-wiecznym muzułmańskim podboju minaretami,  a zrobiłem je, jakby przez historyczną przekorę,  z głownej bramy wejściowej na ogromny teren okalający Błekitny Meczet.

4 – 6. Bezcenne bizantyjskie mozaiki w Ayasofya, i …

7. … owe nieziemsko oświetlone boczne nawy, z pięknymi sklepieniami i mozaikami.

8. Targ Korzenny w Eminönü, po południwej stronie Złotego Rogu.  Dopiero po kilku rundach nasyciłem się kolorami i zapachami, ale mógłbym tam wrócić w każdym momencie.

9. Tego dywanu – w najciekawszym chyba, a przynajmniej jednym z dwóch najciekawszych, sklepów w Arasta Market w Sultanahmed, nie kupiłem, bo był za drogi – kilka tysięcy dolarów –  choć serce bolało.  O jego jakości, i wartości, można było przekonać się dopiero wziąwszy go w ręce – płynąl lekko przez palce, a dotyk jego wręcz pieścił dłonie, …

10. … ale tę torbę na wielbłąda – (prawda, że niełatwo zgadnąć) – już kupiłem, po długich targach opisanych powyżej.  Zresztą, kupiłem ją jako dywan, to znaczy, poprosiłem, żeby obcięli spodnią warstwę, ale zostawili ów widoczny na zdjęciu prawy brzeg świadczący, że to jednak była torba podróżna.  W końcu, nie mam wielbłąda, więc nie potrzebowałem podróżnej torby, ale potrzebowałem dywan, który teraz zdobi wejście do mojego małego mieszkanka w Warszawie.  Przerobili mi to w ciągu godziny …

11. Takich starych drewnianych domów jest w Stambule coraz mniej – ten akurat zachował się na jednej z krętych uliczek prowadzących od Arasta Market w dół w stronę Morza Marmara.  Kiedyś była to podstawowa dla tego miasta forma budownictwa, a wzdłuż Bosforu można było podziwiać prawdziwe drewniane pałace, wielopiętrowe, pięknie zdobione, z przystaniami dla łodzi, skąd wieczorami, przy świetle księżyca, można było popłynąć na romantyczną przejażdżkę po Bosforze.  Teraz popłynąć łodzią na wiosła to niemal samobójstwo – setki szybkich stateczków, promów, motorówek, itd., przecinają ten przesmyk pozornie chaotycznie (choć ruch jest jakoś tam regulowany, przynajmniej ten większy, mniejsi niech pilnują się sami).

12. Most nad Bosforem, widziany z okien pokoju w Gezi Hotel przy Taksim Square.

 

 

Posted in TRAVELS

Post navigation

Newer posts →

List of all posts:

  • CONTENTS

Newest posts:

  • Moje wielkie i małe hotele 18 Jul 2020
  • Dyrdymałki językowe 08 Apr 2020
  • Sycylia po raz trzeci – Palermo i Cefalu 2019 10 Feb 2020
  • Małe ontaryjskie miasteczka 11 Nov 2019
  • Toronto Islands 2019 07 Aug 2019
  • Włoskie wędrówki 2019 – Zobaczyć Neapol i … 15 Jun 2019

Personal pages:

  • TRAVELS – all posts
  • ARTS – all posts
  • PHOTOGRAPHY – all posts
  • NOTES/ZAPISKI – all posts

Professional info:

  • Brief Bio
  • Professional Career

Selected Papers & Presentations:

  • Canons, Controversies and Evolution of E-Business Architecture
  • E-Business Metrics and Capacity Planning
  • Multidimensional Vector Coordinates – Organization of Large Social and Economic Databases
  • National and International Economic and Social Data in Teaching and Learning – 4th QS-MAPLE Conference – Abu Dhabi, UAE, May 2014
  • The Changing Face of Academic Information Services – 5th QS MAPLE Conference, Doha, Qatar, May 2015
© Chris Leowski 2012-2026
↑