Sycylia po raz trzeci – Palermo i Cefalu 2019
Moje poprzednie wyprawy na Sycylię jakoś umknęły tym zapiskom. Pierwsza z nich była może tygodniowym, może 10-dniowym, wyjazdem na konferencję w Taorminie, a więc Toronto – Mediolan – Catania, gdzie czekał już wynajęty samochód, i krótka jazda do Taorminy. To był rok 2004, a więc sporo lat temu. Późny październik, a mimo to było gorąco, wręcz upalnie, po Taorminie chodziło się ‘na letnio’, a tłum (bo to był tłum) podobnie ubranych turystów przewalał się w obu kierunkach wzdłuż Corso (chyba) Umberto, zresztą – co za różnica, czy Umberto, czy Vittorio Emanuele, czy też republikański Garibaldi, niewiele więcej – jeśli chodzi o nazwy głównych ulic – było do wyboru we wszystkich małych włoskich miastach, które udało mi się zobaczyć. Hotel – Grande Albergo Capo Taormina był nieco z boku, nad samym morzem, uczepiony skalistego urwiska. Kilkadziesiąt metrów w dół od poziomu recepcji widać było spory basen pływacki z zimną morską wodą, i małą, pokrytą grubym szorstkim piaskiem plażę. Dotrzeć tam można było długimi wykutymi w skale grotami. Sam hotel nie był przytulny – duży, nastawiony na konferencje, z równie dużą i nieciekawą restauracją, oferował jednak wygodne pokoje z pięknymi kamiennymi tarasami i widokiem na Etnę, na której zboczach można było obserwować nocą czerwone języki spływającej lawy.
Drugi pobyt na Sycylii miał miejsce w ostatnim tygodniu maja 2016 roku – udane, w sensie wypoczynku, jak i zwiedzania, wakacje w Club Med Kamarina. I znowu lot do Catanii, odebranie auta na lotnisku, i dwugodzinna jazda do Kamariny ze źle działającym GPS, który “pokierował mnie” aż na Vittorię i Scoglitti, skąd dopiero miejscowi wyprowadzili mnie na właściwą drogę. Z lekką obawą, czy zdążę przed zmrokiem, ale jednak dojechałem. A było się czego obawiać, bo lokalne włoskie, a tym bardziej sycylijskie, drogi nie są dla turystów, a sam znak ze strzałką do Club Med był tak mały, że w ciemności na pewno bym go minął.
Palermo, późne popołudnie. Autobus z położonego o 30 km od miasta lotniska potrzebuje około godziny na dojechanie do centrum, przebijając się przez popołudniowe korki. Laura Mollica, właścicielka Santa Caterina B&B, gdzie miałem rezerwację na 3 noce, wysłała mi wcześniej email z informacją, gdzie mam wysiąść, żeby było najbliżej. Rzeczywiście – od przystanku tylko kilka minut do Corso Vittorio Emanuele i do miejsca, gdzie powinna znajdować się moja B&B. Tylko że jej nie ma. Ciągnę walizkę od rogu do rogu, znajduję w końcu cortile Santa Caterina, ale dalej żadnego szyldu ani innego oznaczenia. I dopiero przy jednej ciężkiej bramie z kutego żelaza dwa czy trzy malutkie guziczki dzwonków z nazwiskami, na jednym z nich jeszcze mniejszymi literkami “B&B Santa Caterina”. Dalej już poszło jak z płatka. Typowe włoskie palazzo – sufity na 5 metrów, długie korytarze z kilkoma pokojami po bokach, jest nawet mały domowy teatr, bo właścicielka i jej mąż są artystami, ona śpiewa, on gra na kilku instrumentach. Kiedyś prowadziła “company”, która odbywała tournees po wielu krajach. Na starsze lata postanowili spróbować szczęścia w małym rodzinnym hotelarstwie.
B&B zawsze jest loterią – niby “przy rodzinie”, a trochę obco, choć właściciele starają się jak mogą. Niemniej pokój wygodny, a lokalizacja trudna do pobicia. Zaledwie jedna przecznica od Quatro Canti, czyli samego “serca” Palermo. Parę kroków dalej Piazza Bellini ze swoimi trzema kościołami, od normańskiego po barok, wieczorami pięknie podświetlonymi ciepłym żółtym światłem. Chociaż ja “odkryłem” Piazza Bellini z bardziej prozaicznego powodu – po prostu chciałem coś zjeść przed nocą, zapytałem więc właściciela mojej B&B, gdzie w pobliżu znajdę dobrą pizzerię, i on właśnie tam mnie skierował.
Piękny ciepły wieczór i Antica Pizzeria Bellini “wyszła” na zewnątrz – 20-30 stolików w naturalnym otoczeniu Piazza Bellini. Mniej więcej co pół godziny zmieniają się uliczni grajkowie, śpiewają włoskie piosenki, grają na gitarach, flecie. Nie są jednak nachalni, ich występy mają miejsce na umownym “obrzeżu” restauracji, i jedynie pod koniec przechodzą z kapeluszem lub puszką między stolikami, z uśmiechem i godnością. Mam wrażenie, że tak samo dobrze się bawią jak restauracyjni goście, i są tu mniej dla zarobku, a więcej dla miłego spędzenia wieczoru. No i wreszcie moja pizza di Napoli i karafka czerwonego wina. Pizza lepsza niż w Neapolu, a przecież tamta też była bardzo dobra.
Palermo nie jest małe, na dobre zwiedzenie samego tylko “centro storico” potrzeba trzech dni. Na osi wschód – zachód, od Lungomare do Palazzo dei re Normani to dobre dwa kilometry, to samo od stacji Palermo Centrale do Teatro Massimo na osi północ – południe. A to przecież tylko ścisłe centrum. Biegałem więc przez owe trzy dni we wszystkich kierunkach “wchłaniając” miasto tak, jak ja to lubię – włócząc się po ulicach, tych znanych, i tych mniej znanych, odwiedzając co ciekawsze zabytki, ale bez przesady – nie przerabiałem tras wycieczek turystycznych: od jednego kościoła do drugiego, trzeciego, itd., najlepiej w różnych stylach, czy od palazzo do innego palazzo. Słynne Palazzo dei re Normani jednak zwiedziłem. Raczej eklektyczne, ileś warstw jedna na drugiej, trochę jak nasz Wawel, nawet pewne fragmenty bardzo podobne. I Wawel byłby nawet ciekawszy gdyby … no właśnie, gdyby nie owa przepiękna Capella Palatina, w której oczu nie można było oderwać od kompozycji i bizantyjskiego przepychu. Miałem ze sobą mój najnowszy (wtedy) super szerokoogniskowy obiektyw fotograficzny (tzw. fish-eye), i zarówno poniższe zdjęcie z Capella Palatina, jak i to wcześniejsze z Piazza Bellini, nim były robione.
Niestety, właśnie w Palermo zgubiłem okulary, futerał musiał wysunąć mi się z kieszeni na Lungomare, kiedy przysiadłem na ławce, aby sprawdzić coś na planie miasta. Miałem, co prawda, korekcyjne przeciwsłoneczne, więc w dzień sobie jakoś radziłem, wieczorami było jednak znacznie trudniej. Wzrok w tamtym roku pogarszał mi się szybko, i kilka miesięcy później musiałem poddać się chirurgii ocznej i dać sobie wszczepić nowe soczewki. Z bliska jako tako widziałem, mogłem też czytać bez problemów, ale zwiedzanie bez okularów było już męczące. Gdy po kolejnych 10 dniach wróciłem do Warszawy w pierwszej kolejności poszedłem do optyka i zrobiłem nowe okulary.
Na razie jednak wsiadłem w pociąg na Palermo Centrale i pojechałem do Cefalu, gdzie miałem zabukowany 9-dniowy pobyt w Club Med, a w samym Cefalu czekało jeszcze na mnie auto – mały Fiacik, no bo niczym większym jeździć się tam nie da. W dodatku – przez te okulary – musiałem uważać, żeby zdążyć przed zmrokiem, więc dalsze wycieczki odpadały. W gruncie rzeczy mogłem sobie darować to autko, bo z Club Med do Cefalu można było przejść pieszo (choć już raczej nie z walizką). Tylko raz pojechałem do miasteczka autem, potem już robiłem długie spacery wzdłuż wybrzeża.
No, Club Med mi zaimponował. Inny rodzaj “prostego luksusu” niż np. w Marrakech’u, niemniej willowe domki były bardzo wygodne, i pięknie udekorowane, sam klub rozległy, pięknie położony, o ciekawej linii wybrzeża, i jeszcze z widokiem poprzez zatokę na oświetlone popołudniowym słońcem Cefalu, z jego katedrą i dominującą nad miasteczkiem skałą (La Rocca), na której szczycie znajdowały się pozostałości normańskich zamków Rogera II.
La Rocca wyglądała na nieco trudną do wspinaczki, w końcu mam te swoje lata, ale fortece Rogera II z 12-go wieku okazały się za dużą pokusą. Dobrze, że zabrałem ze sobą butelkę wody. Odbyta o sezon wcześniej wspinaczka na Wezuwiusz była przysłowiową ‘bułką z masłem’ w porównaniu z wejściem na La Rocca. Najpierw ostro w górę uliczkami i schodami miasteczka, potem jeszcze bardziej ostro, ale dobrze utrzymaną drogą, choć też sporo schodów. No ale potem była już tylko wijąca się w górę zygzakami ośla ścieżka, rumowisko, na którym trzeba było dobrze uważać, gdzie stawia się stopę. Na wysuszonych łąkach pokrywających zbocza góry widać było gdzieniegdzie owce pilnowane przez owczarki, które wspinały się po tych skałach jak kozice górskie. Kilkakrotnie chciałem zrezygnować, zapasowe koszulki, jakie miałem w plecaku, bardzo szybko się skończyły, a te na mnie można było wyżymać. Ambicja była jednak silniejsza. Skoro kilka starszych chyba ode mnie brytyjskich turystek dawało radę, to ja też muszę. Te panie miały w dodatku poczucie humoru. Gdy dochodziłem do kamiennej pseudo-ławeczki w połowie drogi, gdzie właśnie sobie przysiadły, żeby chwilę odsapnąć, jedna z nich zwróciła się do mnie: ‘a sixpence if you want to sit here’. Nie byłem dłużny i zapytałem: ‘do you know which way is up?’. Na samej górze spędziłem trochę czasu nie tylko z powodu widoków, ale po prostu musiałem zebrać siły na powrót. Sama mieszkalna część zamku była już właściwie ruiną – zaledwie zarysem komnat, ale mury obronne jeszcze stały, a całość była przemyślnie skonstruowanym systemem obronnym z kilkoma liniami fortów i pełną kontrolą nad zatoką – nikt nie mógł dopłynąć niezauważony, a zdobycie tej twierdzy od lądu było prawie niemożliwe. Jak oni zrobili to w 12-tym wieku?
Zejście z La Rocca było tylko trochę łatwiejsze. Kiedy dotarłem do miasteczka, byłem już na ostatnich nogach i mocno odwodniony. W restauracji najpierw wypiłem trzy piwa jedno po drugim (czyli litr piwa), a potem dopiero spojrzałem w kartę.
Komentarz do zdjęć:
- Antica Pizzeria na Piazza Bellini. Przepięknie podświetlone okoliczne kościoły, upalny wieczór, ciekawi uliczni grajkowie, i bardzo dobra pizza di Napoli.
- Capella Palatina w Palazzo dei re normani w Palermo – wystrojem i nastrojem biła niemal wszystkie, jakie do tej pory widziałem.
- Ruiny zamku Rogera II na szczycie La Rocca, Cefalu. Mury zachowały się bardzo dobrze, sam zamek zupełnie zniszczony, ale na podejściu kilka doskonale zachowanych warowni. Widok na Cefalu.
- I takie same mury po drugiej stronie, z widokiem na wschód od Cefalu.
- Wspinaczka na La Rocca była mordercza, ale widoki z góry przepiękne.
- Osty jakoś wytrzymywały spieczone słońcem rumowisko La Rocca.


