Nicea i Marc Chagall
Najpierw zamierzałem napisać cykl pod tytułem “Najciekawsze muzea świata”. Najciekawsze oczywiście dla mnie, z czego również wynikało, że miałem pisać tylko o muzeach, albo po prostu miejscach – bo sztuka nie musi być zawsze eksponowana w muzeum, może to być, na przykład, kościół, wystawa w mieście, prywatna galeria, albo stodoła za wsią – w których byłem, i które wywarły na mnie szczególne wrażenie. I nie miały to być, z nielicznymi wyjątkami, „wielkie” muzea świata. Paryskie Musée d’Orsay (Louvre w ogóle pomijam), czy madryckie Museo Nacional del Prado, to na pewno wielkie muzea, ale – nie oszukujmy się – idzie się tam najczęściej, bo nie wypada nie pójść, skoro już jest się w Paryżu czy Madrycie. Po pierwsze, są za duże, przeładowane, niemożliwe do ogarnięcia – a co dopiero prawdziwego obejrzenia i zrozumienia za jednym razem, a nawet za kilkoma powrotami. Za dużo też tam zwiedzających (no bo „wypada” tam pójść), za dużo wspaniałych obrazów, bo tak jak nie można wchłonąć w jeden tydzień kilkudziesięciu powieści wielkiej literatury światowej, tak też nie można w jedno przed- lub popołudnie wchłonąć kilkuset wspaniałych obrazów i rysunków największych artystów, jakich wydał świat. Dużo bardziej odpowiadają mi więc małe muzea, gdzie eksponuje się prace jednego artysty, albo jednego kierunku w malarstwie, rzeźbie, grafice, czy innej formie sztuki.
Ale później okazało się, że równie dużo, albo i więcej, miałem do powiedzenia o samych miejscach – miastach i miasteczkach, gdzie znalazłem owe najciekawsze dla mnie muzea świata. Wrażenia, ciekawostki, czasem kilka zdjęć. Wybrałem więc ten format.
Nicea – Musée National Marc Chagall
Nicea nie jest „najłatwiejszym” dla turysty miastem, a już na pewno nim nie jest, jeśli jest się tam autem. Praktyczna rada w tym ostatnim przypadku: trzeba nauczyć się nazw i lokalizacji wszystkich ważniejszych podziemnych parkingów w centrum, a zwłaszcza – na jakie ulice się wtedy wyjedzie i w jakim kierunku (większość bowiem ulic jest jednokierunkowa) – wszystkie znaki drogowe będą bowiem tylko tam kierować. Nie ma co natomiast liczyć na to, że – jadąc autem – doszuka się łatwo nazwy ulicy, w którą chce się skręcić. Bez auta natomiast „jakoś idzie” – zwłaszcza jeśli hotel jest w „bulwarowym” pasie wzdłuż Baie des Anges, ze słynną Promenade des Anglais, lub w ścisłym Vieux Nice, tak mniej więcej od nabrzeża w górę do Place Massena po lewej i Place Garibaldi po prawej. Tam jeszcze wszędzie (mniej więcej) można dojść pieszo. Dalej na północ zaczynają się – dosłownie i w przenośni – „schody”. Poruszać się tam pieszo jest już znacznie trudniej – trzeba albo brać taksówkę, albo dobrze znać trasy lokalnej komunikacji autobusowej i tramwajowej.
Pierwszy raz zobaczyłem witraże Chagall’a – był to zresztą chyba tylko jeden witraż – gdzieś w końcu lat 80-tych XX wieku w jakimś małym kościółku w Szwajcarii romańskiej przy okazji jednej z wizyt u moich rodziców, mieszkających wtedy w Genewie. Drugi raz, dużo później, we Fraumünsterkirche w Zürichu. Wszystkiego pięć witraży, za to pięknie wyeksponowanych w naturalnym dla siebie miejscu, bo w kościele. A kościół prosty, choć strzelisty, wewnątrz skromny, jak przystało na protestancki (od 1524 roku) kościół, po usunięciu z niego wszelkich rzymsko-katolickich relikwii, malowideł i innych ozdób. Ale nawet jego rzymsko-katolicka historia jest bardzo ciekawa – ufundowany w 9-tym wieku (pamiętam malutki romański kościółek w Bevagni, w Umbrii, z 12-go wieku – do tej pory, choć minęło już ponad 20 lat od tamtej podróży, żaden inny nie zrobił na mnie większego wrażenia) jako konwent dla arystokratycznych panien, miał lata, wieki, świetności, zanim nie zmiotła go fala szwajcarskiej Reformacji.
Muzeum Chagall’a w Nicei to oczywiście nie kościół. Nowoczesny, funkcjonalny budynek, podzielony na łączące się ze sobą pawilony – jeden z nich mieszczący piękną kameralną salę koncertową z witrażami, przepięknymi witrażami, oczu nie można było oderwać od ich abstrakcyjnej kolorystyki. Główny pawilon eksponował wielkie płótna „biblijne”, których fragmenty zamieszczam na poniższych zdjęciach. I one właśnie robiły ogromne wrażenie – nigdy wcześniej nie znałem Chagall’a jako twórcy tak wielkich, i tak urzekających, obrazów.
No i witraże w sali koncertowej! -fragmenty pomiżej. Wyobraźcie teraz sobie, jak one wyglądają podświetlone naturalnym światłem. A sala piękna – nie za duża, ale ze sto osób spokojnie pomieści. Widać, że zadbano o akustykę, bo dużo paneli z drewna, choć z akustyką to nigdy nie wiadomo – pamiętam, co przez lata wyprawiano z Roy Thompson Hall w Toronto. Bardzo żałowałem, że akurat w tych dniach, kiedy tam byłem, nie dawano żadnych koncertów.
Vieux Nice to, oczywiście, również stare uliczki i małe rodzinne bary i restauracje. Nie udało mi się, niestety, dostać do Bistro D’Antoine, bardzo polecanego miejsca na Rue de la Préfecture – którą to uliczkę przemierzałem “wte i wefte” (według potocznej polskiej pisowni) czasami dwa, trzy razy na dzień. Wszystkiego 6 stolików, a jeszcze specjalnie się nie przepracowują. Ale zaraz obok był typowy nicejski bar. Akurat był zimny dzień – ja już mam takie szczęście, że jak jestem gdzieś na dalekim południu, to trafiam na anomalię pogodową. Choć czasem działa to również w przeciwną stronę, np. w Rzymie w połowie października musiałem brać prysznic po kilka razy na dzień, aby czuć się jako tako świeżo. No więc jest chłodno (“zimno” było by przesadą), siadam przy stoliku na zewnątrz (nie było aż tak zimno) i proszę o “un petit cognac” na rozgrzewkę. O ile mój francuski jest jako taki, to mój prowansalski żaden – z kelnerkami zawsze się dogadam, ale już z bywalcami sąsiednich stolików (o ile to nie turyści) to raczej nie. Koniak to dawano przyzwoitej wielkości (tak mniej więcej pół szklanki) tylko w Hiszpanii – tutaj zwyczajowa jedna uncja (czyli jeden łyk) za kilka euro. No nic, uliczka fajna, ludzie jeszcze fajniejsi, jest na co i na kogo popatrzeć – same oryginały – zamawiam więc kolejny “un petit cognac”. Mam zwyczaj od razu płacić, bo nie chcę potem czekać pół godziny, aż dorwę kelnerkę i dostanę rachunek. A tu dziewczyna coś do mnie mówi bardzo szybko, z czego tylko zrozumiałem: “déjà payé”. Ledwie zauważyłem, że moment wcześniej jakiś młody facet latał od stolika do stolika, z każdym zamienił kilka słów i każdemu ściskał rękę. Również mnie – choć i tak nie zrozumiałem, co do mnie mówił. Okazało się, że właśnie został ojcem, i wszystkim w barze stawiał kolejnego drinka, cokolwiek akurat ludzie zamawiali. Dotarło to do mnie dopiero po trzecim “un petit cognac” – już na mój koszt i z pomocą kelnerki – i wtedy uświadomiłem sobie, jaka to frajda być w lokalnym miejscu, gdzie byłem chyba jedynym turystą; wszyscy inni się znali, mówili sobie po imieniu, przeżywali swoje miejscowe dole i niedole.
Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):
1. widok z okna mojego pokoju hotelowego w Nicei – prosto na Baie des Anges i Promenade des Anglais …
2. … i ten sam widok ze wzgórza, na które wjeżdżało się windą przez skalny pionowy tunel. Dla wytrwałych była, oczywiście, piesza wspinaczka.
3. główna sala w Muzeum Chagall’a w Nicei, z jego cyklem płócien biblijnych.
4-7. i fragmenty owych wielkich obrazów biblijnych Chagall’a.
8-10 fragmenty witraży Chagall’a w sali koncertowej muzeum jego imienia.








