Marrakech – czyli świat na beżowo
Świat cały na beżowo … z wyjątkiem Jardin Majorelle, gdzie dominował ów wspaniały głęboki “bleu Majorelle”. Sam Jacques Majorelle malował głównie plenery marokańskie, które z natury są beżowe, choć w kilkudziesięciu odcieniach. Chyba zdecydowana większość jego obrazów znajduje się w prywatnych kolekcjach, a jak któryś pojawi się na aukcji, to sprzedaje się za milion dolarów. W boutique’u Yves St. Laurent’a (który, razem ze swoim partnerem Pierre Bergé) nabył tę posiadłość gdzieś w latach 60-tych XX wieku, można nawet kupić małe puszki farby “bleu majorelle”, nie mówiąc już o wielu naprawdę pięknych wyrobach – na przykład z delikatnej skóry – w tym kolorze. No, ale ja jechałem do Club Med Le Riad/La Palmeraie, i Jardin Majorelle był tylko jednodniowym epizodem – pojechałem tam taksówką po długich, choć z mojej strony prowadzonych wyłącznie dla zasady i z przymrużeniem oka targach, wiedząc że przepłacam o 40% (ale przynajmniej wiedząc; w końcu były to dla mnie zaledwie trzy dolary różnicy, więc nie przesadzajmy), a wróciłem na Jamal-el-F’na (gdzie miałem navette z powrotem do klubu) … na piechotę. Długi spacer w morderczym 35-stopniowym upale przez sporą część “nowego” Marrakech’u, w dodatku tę najmniej ciekawą, bo w następnych dniach lubiłem włóczyć się po zaułkach starej Mediny.
Wracając do Yves St. Laurent’a – za drugim moim pobytem w Marrakech’u było już otwarte nowo zbudowane Musée Yve St. Laurent, zresztą położone zaledwie o 200 m od Jardin Majorelle. Bardzo nowoczesna, choć w beżowym marokańskim stylu konstrukcja. Niestety, nie pozwolili zrobić żadnych zdjęć w tej najciekawszej części muzeum, czyli tam gdzie były kolekcje przepięknych kreacji, i równie przepięknej biżuterii. Na dodatek cała ściana tej zupełnie zaciemnionej, niemal czarnej sali, z podświetlonymi kreacjami Yves St. Laurent’a oraz gablotami z biżuterią była jednym wielkim ekranem, na którym, z pełnym złudzeniem trójwymiarowości, przechadzały się, a raczej szły w stronę zwiedzających, modelki i wszelkie gwiazdy filmowe. W którymś momencie osłupiałem, bo w moją stronę pięknym krokiem modelki szła … Cate Blanchet, a w chwilę później Nicole Kidman, dosłownie mogłem zawołać ‘Hello’ i pomachać im ręką.
Takich warunków nie miałem jeszcze w żadnym Club Med, a jeżdżę tam już od ponad 30 lat. Le Riad jest wydzieloną 5-gwiazdkową częścią Club Med La Palmeraie, a suita jaką dostałem składała się, ni mniej ni więcej, tylko z sypialni, saloniku z fotelem i kanapą, odrębnego małego pokoju z szafami, stolikiem do pisania i lustrem, ogromnej łazienki z oddzielnym prysznicem i kiblem, kamiennego tarasu ze stolikiem i dwoma fotelami, i jeszcze otoczonego beżowym (jak wszystko tutaj) murem sporego ogródka z dwiema leżankami, drzewkiem pomarańczowym i paroma innymi krzewami. Miałem więc pełną “privacy”, a przez ów beżowy mur tylko okoliczne koty mogły się do mnie dostać, co też czasem robiły.
Atmosferą przypominało to trochę Jumeirah Etihad Towers w Abu Dhabi – inny rodzaj wakacji, inne miejsce, inny typ hotelu, ale koncepcja podobna: wydzielona część hotelu/klubu z odrębnym barem, odrębną restauracją, prywatnymi śniadaniami i lunch’ami. Tutaj jeszcze odrębny basen pływacki, 25-metrowy i głęboki, trochę za ciepła – jak na mój gust – woda, ale za to cicho, jeśli w ogóle coś czasem grało, to spokojna muzyka, cichy jazz, żadnego bębnienia, można było sobie usiąść w fotelu przy basenie, zamówić drinka lub kawę, i poczytać książkę lub po prostu popatrzeć na ludzi. A jeśli chodzi o owych ludzi, to 95% Francuzów – w recepcji jeszcze mogłem swobodnie porozumieć się po angielsku, z obsługą już rzadko, ale zdarzyło mi się to raz czy dwa, a wśród gości klubu to raz usłyszałem niemiecki, raz rosyjski, raz czy dwa angielski, raz nawet polski, a po za tym wyłącznie francuski.
Jestem z natury samotnikiem i mogę spędzić tygodniowe wakacje nie odzywając się do nikogo z wyjątkiem obsługi recepcji, restauracji, itp. – ale w Club Med nigdy się nie nudzę. W końcu, jeśli zechcę, mogę zawsze dosiąść się do jakiegokolwiek “table de convivialité” podczas obiadu, pójść na wieczorny “show”, czy nawet tak po prostu porozmawiać sobie z ładną dziewczyną w recepcji, czy z szefem lub szefową klubu, co czasem robię. Jednak na ogół wolę być sam, szczególnie przy posiłkach, a już zupełnie nie akceptuję prób “dokooptowania” mi towarzysza (niemal zawsze towarzyszki) lunch’u lub obiadu. Zawsze staram się zająć dwuosobowy stolik, i na drugim krześle zostawić mój plecak, i w 99.5% to działa, no ale pozostaje jeszcze te 0.5%. Kiedy ostatnim razem – właśnie w Marrakesh – jakaś dziumdzia z recepcji chciała dosiąść się do mnie przy obiedzie, po prostu wskazałem ów plecak na drugim krześle i powiedziałem: ” j’attends pour mon amie”. Szybko się zmyła. To mogą być całkiem fajne dziewczyny, ale nie raz już byłem w takich sytuacjach – nie mam z nimi absolutnie żadnych wspólnych tematów przy obiedzie. Niestety, nie jestem autorytetem w ostatnich rankingach “pop stars”, różnica wieku jest za duża na jakiekolwiek inne wspólne tematy, więc po co psuć sobie wieczór. Natomiast raz czy dwa zdarzyły mi się ciekawe obiadowe konwersacje z paniami w moim wieku, lub trochę młodszymi, ale … samotnymi, tak jak ja, turystkami. Raz po niemiecku – no wtedy, niezależnie od upału, aż spociłem się z wysiłku. Drugi raz, po francusku, poszło już łatwiej, choć też nie bez problemów. Pomny tych doświadczeń staram się być przy stoliku sam.
Po śniadaniu pływałem i opalałem się – rano basen był praktycznie pusty, najwyżej jedna osoba, a jak już ludzie zaczynali się schodzić (choć tłoku tam nie było nigdy), to ja wracałem do siebie, potem szedłem na lunch, a po południu często korzystałem z navette do Jamal-el-F’na, centralnego placu od którego zaczyna się Medina i wszystkie “souks”. Wieczorami zaś piłem drinka lub dwa w Le Riad, ale na obiad szedłem do La Palmeraie, bo tam był bufet, a więc większy wybór, a przy tym gwarnie i wesoło. Po dwóch-trzech dniach kelnerka już rezerwowała dla mnie “mój” stolik i stawiała na nim butelkę doskonałego marokańskiego czerwonego wina. To ostatnie było miłą niespodzianką, bo jeśli chodzi o wino do posiłków, to Club Med mocno zjechał w dół – w Gregolimano w Grecji w ogóle musiałem przerzucić się na piwo i Metaxę, a w Kamarinie na Sycylii też wino było słabe. Zawsze, oczywiście, można było zamówić sobie dobre markowe wina po kilkadziesiąt euro za butelkę, tylko po co? Byłem przyzwyczajony do przyzwoitej jakości win obiadowych w każdym Club Med w poprzednich latach, a wcześniej jeszcze pamiętam lata, kiedy był nawet wybór. Co ciekawe, o ile warunki lokalowe zdecydowanie uległy poprawie, łącznie z dostępnością owych 5-gwiazdkowych “suites” – oryginalny Club Med zaczął się przecież od namiotów, pamiętam jeszcze prościutkie pokoiki bez radia i telewizora – o tyle wyżywienie, kiedyś właśnie na najwyższym poziomie, z produktami sprowadzanymi bezpośrednio z Francji, zdecydowanie uległo pogorszeniu. Ciągle jest jeszcze dostępne do każdego posiłku różnorodne i świeżutkie pieczywo z własnej piekarni, wybór dań też nie jest jeszcze zły, ale to już nie te minione dekady, kiedy jednego dnia była kuchnia francuska z żabimi udkami, serami, itp., innego kuchnia włoska, następnego wszelkie frutti di mare (te zapiekane ośmiorniczki, krewetki na kilka sposobów, langusty), itd.
Wspomniałem, że jedynie okoliczne koty mogły odwiedzać mnie w ogródku i na tarasie. Któregoś dnia zostawiłem drzwi na taras otwarte i poszedłem do łazienki. Gdy wróciłem, zauważyłem jakiś biało-szary podłużny kształt zaglądający mi pod łóżko. “Kształt” okazał się kotem, który szybko zrejterował na taras, a potem do ogródka. Żaden z tych, co mnie odwiedzały, nie dał się dotknąć, ale też nie wyglądały na zabiedzone.
A skoro mowa o faunie, to na koniec mały rarytas: nocne (no, powiedzmy poźno-wieczorne) nagranie kumkających żab, zaledwie 20 metrów od mojej suity. A drugie nagranie to to samo miejsce za dnia.
Niestety, miałem tylko podstawowy sprzęt fotograficzny, w dodatku bez żadnych źródeł światła,i wszystko robiłem “z ręki”. Tę scenę równie dobrze można było nakręcić wyłącznie z audio. Żaby dawały ów koncert każdego wieczoru o tej samej porze, i zawsze zatrzymywałem się tam w drodze do mojej suity, aby go posłuchać. To było w maju, a kiedy następnego roku przyleciałem tam we wrześniu z zamiarem zrobienia porządnych nagrań, spotkało mnie rozczarowanie – staw był cichy. Obsługa mówiła, że żaby tak koncertują tylko w wiosną, w porze godowej. Być może – ja jednak podejrzewałem, że po prostu spuścili calą wodę, aby wyczyścić dno, i było po żabach.
Komentarz do zdjęć:
1 i 2. Jardin Majorelle – posiadłość, gdzie Jacques Majorelle mieszkał i malował gdzieś od 1923 roku, kiedy to kupił pierwszą działkę, którą potem stopniowo powiększał, do 1961. Dominuje ów słynny “bleu majorelle” – a w domu/studio mieści się w tej chwili przepiękne muzeum berberskie, butik, i mała księgarnia. Niestety, żadnych obrazów.
3 i 4. Przykłady “klasycznych” obrazów Jacques’a Majorelle przedstawiających pejzaże marokańskie, zwłaszcza okolice Marrakech’u.
5, 6, 7. Zakątki w Club Med El Riad/La Palmeraie.




