↓
 

  • CONTACT
  • HOME
  • BRIEF BIO
  • PERSONAL PAGES:
  • (ARTS
  • TRAVELS
  • PHOTOGRAPHY
  • NOTES)
Home→Categories ARTS

Category Archives: ARTS

Julian Barnes’ Composed Emotions

Julian Barnes – thoughtful, smart, sarcastic, warm, ironic. I’ve been puzzled, and slightly amused, by some readers’ claim that The Only Story – his latest book at time of writing this – was ‘boring’. They probably never made it past part One, which – I admit – does not necessarily bode well, just another love story, in this case between a 19 year old student and a mature (being 48 – does that qualify as a mature age?) woman, and not a very original one for that. Ah, but then everything changes. Susan’s alcoholic disintegration of her relationship with her ‘Casey Paul’, despite his utmost resolve and attempts to save it (and her), is worthy of Malcolm’s Lowry’s Under the Volcano. Ever thought of that one while reading part Two of The Only Story?  And the fight, the terrible, and ultimately doomed, fight. Paraphrasing Barnes: love scribbled over a wild graffiti of booze. Yes – the last part, though the shortest of the three, can be momentarily overbearing. The vivisection of the failure and its consequences – but that’s precisely what I call ‘the quintessential Julian Barnes’. A powerful book – worthy of Booker, whichever list it makes.

Posted in ARTS

Pablo Neruda i jego erotyki

Ahora bien
si poco a poco dejas de quererme
dejaré de quererte poco a poco.
No dobrze więc,
jeśli po trochu przestaniesz mnie kochać,
przestanę cię kochać po trochu i ja.
Si de pronto
me olvidas
no me busques,
que ya te habré olvidado.
A jeśli nagle
zapomnisz o mnie,
nie szukaj mnie więcej,
bo już będziesz przeze mnie zapomniana.

. . .

(fragment wiersza Si tú me olvidas – Jeśli mnie zapomnisz, tłum. Chris Leowski)

A poniżej jeden z najbardziej dramatycznych erotyków Nerudy, i mój ulubiony, w nieznanym mi, niemal dosłownym, a tak poetyckim, i bardzo dobrym, tłumaczeniu na polski:

El Tigre Tygrys
Soy el tigre.
Te asecho entre las hojas
anchas como lingotes
de mineral mojado.
Jestem tygrys,
Czyham na ciebie w listowiu
szerokim niby sztaby
wilgotnego kruszcu.
El rio blanco crece
bajo la niebla. Llegas.
Biała rzeka wzbiera
pod mgłą. Już idzesz.
Desnuda te sumerges.
Espero.
Naga zanurzasz się.
Czekam.
Entonces en un salto
de fuego, sangre, dientes,
de un zarpazo derribo
tu pecho, tus caderas.
I wreszcie w skoku
z ognia, krwi, zębów,
ciosem szponiastej łapy drę
twoją pierś, biodra.
Bebo tu sangre, rompo
tus miembros uno a uno.
Piję twoją krew, kruszę
członki twe jeden po drugim.
Y me quedo velando
por años en la selva
tus huesos, tu ceniza,
inmóvil, lejos
del odio y de la cólera,
desarmado en tu muerte,
cruzado por las lianas,
inmóvil en la lluvia,
centinela implacable
de mi amor asesino.
I odtąd już czuwam
latami w dżungli
nad twoimi kośćmi, twym prochem,
nieruchomy, daleki
od gniewu i nienawiści,
w śmierci twej rozbrojony,
lianami pokrzyżowany,
bez ruchu, w ulewie,
nieubłagana straż
mojej morderczej miłości.

***

I alternatywne tłumaczenie, tym razem już moje własne.  Niewielkie różnice, bo niektórych zwrotów nie da się inaczej przetłumaczyć z hiszpańskiego na polski.  Można jedynie odejść nieco od literalności.  Nie uważam nawet, że moje tłumaczenie jest lepsze, choć jest trochę inne …

El Tigre Tygrys
Soy el tigre.
Te asecho entre las hojas
nchas como lingotes
de mineral mojado.
Jestem tygrys,
Zaczajam się na ciebie wśród liści
szerokich jak płaty
mokrego metalu.
El rio blanco crece
bajo la niebla. Llegas.
Biała rzeka wzbiera
pod mgłą. Nadchodzisz.
Desnuda te sumerges.
Espero.
Naga zanurzasz się.
Czekam.
Entonces en un salto
de fuego, sangre, dientes,
de un zarpazo derribo
tu pecho, tus caderas.
I wtedy w jednym skoku
ognia, krwi, zębów,
jednym ciosem pazurów rozrywam
twoją pierś, biodra.
Bebo tu sangre, rompo
tus miembros uno a uno.
Piję twoją krew, łamię
twe kończyny jedną po drugiej.
Y me quedo velando
por años en la selva
tus huesos, tu ceniza,
inmóvil, lejos
del odio y de la cólera,
desarmado en tu muerte,
cruzado por las lianas,
inmóvil en la lluvia,
centinela implacable
de mi amor asesino.
I odtąd już czuwam
latami w dżungli
nad twoimi kośćmi, twymi prochami,
nieruchomy, daleki
od nienawiści i gniewu,
rozbrojony twoją śmiercią,
splątany lianami,
bez ruchu, w deszczu,
nieubłagany strażnik
mojej morderczej miłości.

(tłum. Chris Leowski)

Posted in ARTS

Malowanie uspokaja

Czy zawsze uspokaja? Nie, nie zawsze. Pamiętam moje mizerne próby sprzed kilkunastu lat, kiedy to po zamalowaniu jakiegoś powleczonego cieńką warstwą białego gesso kartonika czułem się wyczerpany fizycznie i psychicznie. Teraz jest znacznie lepiej. Kupuję sporej wielkości obramowane płótna, maluję dwa, trzy obrazy naraz, tygodniami, tu dodając, tam ujmując, nakładając warstwę za warstwą akryliku, raz bardziej przejrzystą, innym razem bardziej opakową, nauczyłem się, która farba ma jakie właściwości, i rzeczywiście zajęcie to mnie uspokaja, i to pomimo mojego częstego niezadowolenia z wyników. A dlaczego akrylik? Bo jest znacznie łatwiejszy, szczególnie na początku. Szybko wysycha, pędzle czyści się łatwo w wodzie, no i nie śmierdzi nigdzie terpentyną. Raz użyłem farb olejnych, ale z dużą ilością linseed oil i mineral spirits, te ostatnie rzekomo miały być bezwonne – guzik prawda, śmierdziało na cały pokój, a olejny obraz, czy też raczej jego początki, musiał być wystawiony na zewnątrz, i dopiero jak farba wyschła, mogłem go z powrotem umieścić w domu. Zresztą, do akryliku przekonałem się dopiero po zrobieniu internetowego kursu MoMA “Postwar American Abstract Painting”. Był to bardzo dobrze poprowadzony cykl wykładów na temat takich artystów jak Barnett Newman, Jackson Pollock, Willem de Kooning, Agnes Martin, Ad Reinhardt, itd., oprowadzających po ich obrazach, ale też analizujących poszczególne techniki malowania, a wszystko poprzedzone trzema wykładami na temat przygotowywania płótna, farb akrylikowych, i farb olejnych. Wtedy właśnie zacząłem eksperymentować z farbami akrylowymi, i szybko na nich oparłem większość moich własnych obrazów. Nie wykluczało to, oczywiście, technik mieszanych. W mojej pierwszej pracy, opartej o technikę taśmy maskującej, tak powszechnie używanej przez Barnetta Newman’a, użyłem farb akrylikowych i … srebrnej emalii samochodowej, którą zamalowywałem rdzę na mojej Lexus. Zaś w mojej imitacji stylu Jacksona Pollock’a użyłem kilku różnych komercyjnych emalii olejnych – prawdę mówiąc, czarnej, czerwonej, i zielonej farby do malowania zardzewiałego metalu – na płótnie przygotowanym wcześniej w oparciu o farby akrylikowe. Takie mieszane techniki są często bardzo inspirujące, a efekty nie zawsze łatwe do przewidzenia.

Zacząłem – to moje pierwsze płótno – od imitacji Barnetta Newman’a, a raczej od inspiracji jego czarnymi obrazami z cyklu Cantos, bo nie malowałem w końcu żadnej kopii, a jedynie kierowałem się techniką i nastrojem. No więc, najpierw tło – akrylik, Mars Black, czyli matowy czarny, ale troche rozcieńczony, a po wyschnięciu potraktowany papierem ściernym. W efekcie wyszło zupełnie ciekawe “porysowane” czarno-matowe tło. Mniej więcej pośrodku dałem dwa paski taśmy maskującej, zostawiając około 2 cm przestrzeni między nimi, i w tę przestrzeń nałożyłem pędzlem srebrną emalię do karoserii mojego samochodu. Nie byle jaki samochód, i nie byle jaka emalia, skrzyło się to srebro pięknie na matowym czarnym tle. Ale najciekawszy był, jak zwykle, efekt niezamierzony: otóż taśmy maskujące nie przylegały zbyt mocno do płótna, więc ta nałożona pomiędzy nie srebrna emalia “przeciekała” pod nimi, i kiedy zerwałem obie taśmy wyszedł bardzo nieregularny, ale właśnie ciekawy, postrzępiony wzór po obu stronach widocznego ciągle, jeśli się dobrze przypatrzeć, paska głównego wytyczonego przez owe taśmy maskujące. Potem dodałem jeszcze jeden wąski pasek po lewej stronie obrazu, ale już beżowy akrylik (właściwie: Unbleached Titanium). Całość – gdyby namalował to Barnett Newman gdzieś w latach 1940-ych, na płótnie o kilka skal większym – byłaby dzisiaj arcydziełem, a przynajmniej takie myśli mnie nachodzą, kiedy na ten obraz patrzę.  Niestety, na fotografi nie tak zupełnie wychodzi owa srebrzystość na tle matowej i porysowanej czerni – ale wierzcie mi, że jest.

Potem był ‘Jackson Pollock’, ale “w etapach” – a więc o nim będzie jeszcze później. Namalowałem beżowe tło (znowu Unbleached Titanium z różną domieszką wody), a po wyschnięciu, trochę Zinc White, czy też Titanium White w wąskich nieregularnych pionowych paskach szorstkim 1-calowym pędzlem, a potem zostawiłem płótno na 2-3 tygodnie, zajmując się czymś innym. 

To “coś innego” to były dwie prace – zacząłem od “drugiego” “Newman’a”, dla którego inspiracją był jego obraz Concord.  No, nie całkiem mi to wyszło, ale efekty były dość ciekawe, przynajmniej dla mnie w trakcie malowania.  I znowu – wyciszone i porysowane tło, na które nałożyłem trzy (u Newman’a są dwa) pionowe paski używając Cadmium Orange – nawiasem mówiąc, jednej z najdroższych farb, przynajmniej w mojej kolekcji. 

A potem przeszedłem do abstrakcji w tonacji niebieskiej i biało-beżowej, dodając co dzień, co dwa, warstwę akryliku w różnych “komplementarnych” kombinacjach kolorowych.  Inspiracją była stara wycięta z jakiegoś pisma fotografia, którą umieściełem wiele lat temu “pod szkłem” (bo tak naprawdę plastikiem) na blacie mojego biurka.  Czego zresztą tam nie ma, jakieś rysunki/kopie Matisse’a, zdjęcia żaglowców na Morzu Śródziemnym, notatki, telefony, a nawet 1-dolarowy banknot kanadyjski z młodziutką Elżbietą II – jak najbardziej jeszcze w obiegu w połowie lat 80-tych, a kiedy miały być zastąpione monetami (słynnymi “loonies”) to jeden zachowałem sobie na pamiątkę.  Ale ten obraz też powstawał etapami, a nawet miał różne wersje, więc o nim będzie później.

Kurs MoMA o amerykańskim malarstwie abstrakcyjnym, jakkolwiek bardzo ciekawy, to jedno, a namalowany przeze mnie obraz, który dał mi najwięcej w ostatnim czasie radości, zupełnie zresztą nieabstrakcyjny, to drugie.  I tu już mamy bezpośrednie powiązania między fotografią a malarstwem, bo inspiracją była moja własna fotografia Doliny Salzburskiej, zrobiona w Bad Reichenhall chyba w 2011 roku.  Piszę o tej fotografii na innej stronie: “The World in Black and White”. Inspiracja nie oznacza bezpośredniego kopiowania, tylko właśnie inspirację, a więc ogólną ideę, atmosferę, koloryt.

I tutaj ciekawa rzecz – fragmenty tego obrazu, bo to przecież są zdjęcia robione moją lustrzanką Canon, ze statywu, i nie tyle z lampą błyskową, to by nie wyszło, ile ze specjalnym oświetleniem o temperaturze około 5200 stopni Kelvina, są ciekawsze niż całość, a przy tym pokazują technikę malowania i “strukturę” płótna.

       

Po tych początkach – bo to były naprawdę początki – nadszedł czas na abstrakcje, czyli coś, co mnie zawsze interesowało – czysta gra kolorów i form, bo nawet nie kształtów. Trafiłem na krótki, kilkunastominutowy, wykład techniki malowania mieszanymi technikami, ale głównie nożykiem paletowym, lub też kilmoma o różnych kształtach. Tło, czyli podkład, robiło się wręcz gałgankiem. Najczęściej chodziło o w miarę neutralny podkład a to szarości, a to beżu, choć kropla innego koloru tu czy tam, rozmazana następnie owym gałgankiem, dawały ciekawe efekty na płotnie. Na to nakładało się impasto nożykiem paletowym, a potem to już była czysta gra imaginacji.

Pierwsze dwie próby – jedna farbami olejnymi, druga akrylikiem – były nieudane, ale potem te abstrakcyjne formy zaczęły mi się układać w coś, co już wyrażało pewien nastrój.  Obraz powyżej – akrylik na płótnie – nazwałem “Jealousy”.  Prawda, że kolorystyką i dynamiką oddaje uczucie zazdrośći?  Pomimo że malując go, sam o nic nie byłem specjalnie zazdrosny. Ot, po prostu, układ form i kolorów odpowiadał mi wtedy, odsuwałem się, oglądałem, poprawiałem, ale bardzo szybko byłem usatysfakcjonowany z efektu, więc podpisałem, aby już więcej nie poprawiać.

No a w międzyczasie namalowałem też coś realistycznego, chociaż w zamyśle miałem zupełnie coś innego. Realistyczne malarstwo nie jest moją mocną stroną, szczególnie kiedy chodzi o grę światła i cienia, ale chciałem namalować amforę z kwiatami, jedną z tych, co stały wokół basenu w Club Med El Riad w Marrakesh’u. Na zdjęciach wyglądało to przepięknie, więc myślałem, że uda mi się to oddać na płótnie. Ale nic z tego – nie wyszło to całkiem źle, ale zabrakło tej radości światła słonecznego na ścianie, jak i na płatkach kwiatów. Niemniej zostawiłem, z myślą, że w krótkim czasie zrobię z tego prawdziwą abstrakcję, gdzie tylko ja będę mógł domyślić się pierwowzoru.

 

 

 

 

 

Posted in ARTS

Wybitni Australijczycy “z buszu”

No, może nie całkiem “z buszu” – wystarczy, że z Sidney, Australia – niemniej wybitni na pewno. Ja chcę pisać tylko o dwóch, bo dzieła tych akurat znam: eseista, poeta, i tłumacz Clive James, i powieściopisarz Peter Carey. Mój przyjaciel Leszek Keller, obywatel australijski, choć chyba bardziej uważa się za obywatela świata, zawsze w swoich listach dawał mi do zrozumienia, że cała Australia jest na poziomie bywalców pub’u – a i to późnym wieczorem, już po 10 piwach. Okazuje się jednak, że tych kilku czy kilkunastu, jak już się wybiją, potrafią zadziwić świat.

Możecie sobie wyobrazić Australijczyka “z buszu” – okey, z Sidney – będącego jednym z największych erudytów literackich, i to nie bynajmniej ograniczonego do literatury anglojęzycznej, ale równie dobrze czytającego po francusku, hiszpańsku, niemiecku, włosku, cytującego Wittgensteina i innych filozofów, ale tylko wtedy, kiedy taki cytat jest potrzebny do właściwej ekspozycji myśli. A możecie sobie jeszcze wyobrazić, że ten człowiek, pracując nad tym 40 lat, dokonał fenomenalnego wręcz tłumaczenia “Boskiej komedii” Dantego z włoskiego na angielski? Sztuka polegała na zachowaniu składni i rytmu oryginalnego wersetu włoskiego w języku, który z włoską składnią i z włoskim rytmem nie ma nic wspólnego. Jak tego dokonać? Poprzez rozlożenie rymów angielskich w środku kolejnych wersetów. A mimo to, rytm wiersza jest pięknie zachowany. Porównajcie, na przykład, włoski oryginał i angielskie tłumaczenie James’a pierwszych kilku wersów z pierwszego Canto (w oryginale, jak i w angielskim tłumaczeniu, zaznaczyłem tłustym drukiem koniec każdego wersetu włoskiego):

Nel mezzo del cammin di nostra vita
mi ritrovai per una selva oscura
ché la diritta via era smarrita.

Ahi quanto a dir qual era è cosa dura
esta selva salvaggia e aspra e forte
che nel pensier rinova la paura!

Tant’é amara che poco è più morte;
ma per trattar del ben chi’ vi trovai,
dirò de l’altre cose ch’i’ v’ho scorte.

***

At the mid-point of the path through life, I found
Myself lost in a wood so dark, the way
Ahead was blotted out The keening sound
I still make shows how hard it is to say
How harsh and bitter that place felt for me –
Merely to think of it renews the fear –
So bad that death by only a degree
Could possibly be worse. As you shall hear …

***

Dla porównania, przytoczmy jeszcze ten sam fragment w polskim tłumaczeniu Edwarda Porębowicza (wydanie 1922):

W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głebi ciemnego znalazłem się lasu.
Jak ciężko słowem opisać ten srogi
Bór, owe stromych puszcz pustynne dzicze,
Co mię dziś jeszcze nabawiają trwogi,
Gorzko – śmierć chyba większe zna gorycze …

Brzmi ładnie, prawda? – ale ani składnia, ani rymy, nie mają wiele wspólnego z oryginałem, choć oczywiście oddają, w nieco barokowy sposób, późno-średniowieczny werset Dantego.

Nie wiem, czy o wiek starsze tłumaczenie Juliana Korsaka nie jest ciekawsze. Bardziej toporne, ale chyba lepiej oddające “ducha” oryginału:

Z prostego toru w naszych dni połowie
Wszedłem w las ciemny; jaka gęstwa dzika,
Jakie w tym lesie okropne pustkowie,
Żyjący język tego nie wypowie;
Wspomnienie gorzkie i zgrozą przenika,
Śmierć odeń gorzką nie więcej być może …

Nie zapominajmy, że język polski wywodzi się w dużej mierze, tak jak włoski, z łaciny. Sam James zauważa w jednym ze swoich komentarzy, że rymować po włosku można na każdy temat i o każdej porze – ale spóbuj tego samego po angielsku …

No dobrze, dla ścisłości dodajmy jednak, że żona Clive’a James’a jest światowej sławy ekspertem od Dantego – miał więc na kim się oprzeć, kiedy już zupełnie opadła go literacka wena. Rola kobiety w życiu poety …

* * *

Ale jak odczytać Australijczyka Petera Carey’a? Z jednej strony, to zupełnie inny rodzaj pisarstwa, bardziej intelektualny, i najczęściej oparty o historie, które naprawdę miały miejsce. Ale wczytajcie się, na przykład, w “My Life as a Fake”. Przeczytałem tę książkę dwa razy w odstępie ca. dwóch lat – i do tej pory nie wiem, czy Christopher Chubb i Bob McCorkle to dwie odrębne postacie, czy tylko dwie strony rozdwojonej wyobraźni Chubb’a. I w końcu który z nich napisał tę wspanialą poezję, za którą Sarah Wode-Douglass, edytorka “The Modern Review”, przemierzała kontynenty, wydając ostatnie swoje pieniądze i ryzykując istnienie pisma, które było nie tyle jej ostoją, bo ciągle przynosiło straty, ile wręcz formą jej własnej egzystencji. “Magiczny realizm” Carey’a jest podstępny, bo wszystko jest tam w pełni prawdopodobne, ale też wszystko może być urojeniem. Fabuła powieści wzięła się z żartu literackiego – perfidnego, ale też prawdziwego żartu.

[ … dalszy ciąg wkrótce …]

Posted in ARTS

Homo Faber

“Homo Faber”, Maxa Frisch’a, przeczytałem pierwszy raz w polskim wydaniu wiele lat temu. “Lat” to mało powiedziane – chyba ze dwie dekady temu. Może nawet jeszcze więcej. Nie pamiętając już dokładnie treści wiedziałem, że jest to wyjątkowa książka. Tak już ze mną często jest – zapominam treść, akcję, ale pamiętam atmosferę, literacki poziom, to “coś” co zmusza, że po latach sięga się po tę samą książkę jeszcze raz. No więc tym razem sięgnąlem po oryginalne niemieckie wydanie. Nie obyło się bez niespodzianek – “przebiłem się” ze słownikiem przez pierwszych kilka stron na amazon.de, po czym kupiłem książkę jedynie po to, aby ją odłożyc. Druk był tak mikroskopijny, że nie dało się czytać. Dopiero kiedy na jesieni 2011 roku byłem w Berlinie, znalazłem w Dussmann na Friedrichstrasse wydanie, które mi odpowiadało. Możecie się śmiać, ale czytanie literatury, dobrej literatury, w obcym języku, który się zaledwie jako tako zna od 2-3 lat, to nie to samo, co czytanie anglojęzycznych książek (mieszkam i pracuję w Kanadzie od ponad 30 lat), hiszpańskich opowiadań i powieści (mieszkałem i wykładałem w Meksyku przez 4 lata), nie mówiąc już o polskiej, czy nawet (z biedą) francuskiej literaturze. Wcześniej przeczytałem tylko jedną książkę po niemiecku – taki typowy, znaleziony w recepcji hotelu gdzieś w Hiszpanii, choć dobrze napisany, “Frauenroman”. Miał tę zaletę, że był w miarę łatwy, więc “przeszedłem” przez niego w kilka tygodni, z czego byłem wówczas bardzo dumny. Tym razem było – i ciągle jest – o wiele trudniej. Continue reading →

Posted in ARTS

Harakiri z Murakamim

W moich literackich wędrówkach spotkałem dwie szkoły pisarskie z gatunku “magicznego realizmu” – różne, jak różni byli pisarze, którzy je utożsamiali. Garcia Márquez i jego “Sto lat samotności” – a potem “Miłość w czasach zarazy” i kilka innych tytułów – był, oczywiście, nie tylko pierwszym, ale też, według słów Salmana Rushdie’go “największym z nas wszystkich”. Ale też trzeba było kilku moich lat w Meksyku, abym całkowicie zrozumiał, i “wchłonąl” tę literaturę, i mógł cieszyć się jej każdym zdaniem. W ostatnich latach 20-go i pierwszych 21-go wieku “wybuchła” sława Haruki Murakami, japońskiego pisarza o nieprawdopodobnym wręcz darze mieszania fantazji z realiami. W takich powieściach jak “Kafka nad morzem”, “Przygoda z owcą”, czy trzytomowe “1Q84”, pokazał, że Latyno-Ameryka nie ma monopolu na ten rodzaj literatury. Inna to magia, tak jak i inny realizm, niemniej obaj – choć każdy na swój sposób – są mistrzami gatunku.

Haruki Murakami nie ma akurat nic wspólnego z harakiri – nie wiem więc, dlaczego zawsze nazywam go Harakiri Murakami. Pewnie zwykła gra slów, albo europejskie stereotypy o Japończykach. Natomiast czytam go z zapamiętaniem kogoś, kto postanowił popełnić harakiri, i świat zewnętrzny przestał dla niego istnieć. Najzabawniejsze było to, że pierwszą jego ksiażką, jaką przeczytałem, bylo “After Dark”, po angielsku. Okey, nawet dobra, ale nic rewelacyjnego. A jeszcze zabawniejszy był fakt, że tak się zlożyło, że dyskutowałem o tej książce po niemiecku z innymi uczestnikami kursu w Goethe Institut w Toronto. Dopiero potem odkryłem polskie tłumaczenia pani Zielińskiej-Elliott, i już tylko tych szukałem. No, tłumaczenia literatury pięknej to oddzielny temat, ale tłumaczenia z japońskiego pani Zielińskiej-Elliott zawsze wciągały. “Kafka nad morzem” – można było noc zarwać. “Kronika ptaka nakręcacza”, “Przygoda z owcą” – tę ostatnią przeczytałem i po angielsku, i po polsku, za każdym razem, jak bym czytał coś nowego. Kilka z jego książek czytałem po dwa razy – wspomnianą już “Przygodę z owcą”, “Tańcz, tańcz, tańcz …”, “Na poludnie od granicy, na zachód od słońca”. No i trylogia “1Q84” – jego ostatnia wielka książka, bo wydana w 2013 “Bezbarwny Tsukuru Tazaki … “, choć całkiem dobra, jak już się w nią wczytasz, nie dorównywała jego wielkim powieściom. A jeszcze jest kilka tomów bardzo dobrych opowiadań, nie mówiąc już o tym ewenemencie literackim, jakim jest jego tom “O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” – bo tak się składa, że Murakami jest biegaczem długodystansowym.

Murakami był przynajmniej dwukrotnie, w ostatnich latach, nominowany do literackiego Nobla. Osobiście nie sądzę – choć chciałbym się mylić – aby jego pisarstwo przypadło do gustu szwedzkim akademikom. Podobnie było dwie, trzy dekady wcześniej z kandydaturą Grahama Greene’a. Po drodze, ci sami zresztą akademicy, przyznali Nobla kilku tuzinkowym pisarzom. A przecież zarówno Greene wtedy – pomijając, oczywiście, jego całkiem zresztą dobrą “entertainment fiction”, i koncentrując się na jego wielkich książkach, jak “The Power and the Glory”, “The Heart of the Matter”, “The Quiet American” – jak i Murakami teraz, tworzyli nowy gatunek literacki, każdy z nich swój, ale w obu przypadkach jest to wielkie pisarstwo.

Murakami-dcg

Posted in ARTS

Sartre według Gombrowicza

sartre-photo    Sartre

Egzystencjalizm zrobił furorę we Francji – i w całej Europie – w latach 40-tych i 50-tych XX wieku.  Na pewno przyczynił się do tego typowy dla okresu wojennego i powojennego “Zeitgeist”, ale także sposób w jaki Sartre prezentował i propagował swoje tezy – nie z wyżyn uniwersyteckich katedr, nie pseudonaukowym językiem zamkniętych dla zwykłych śmiertelników traktatów filozoficznych, ale za pośrednictwem setek prelekcji, spotkań, wykładów, artykułów, a nawet powieści i sztuk teatralnych.  Większość głównych tez Sartre’a nie była w końcu nowa – u Heideggera, a jeszcze wcześniej u Kirkegaarda, można znaleźć wiele “egzystencjalnych” elementów, niemniej to właśnie Sartre zdołał przekształcić ten kierunek filozofii w nurt kulturowy epoki. Czy zmiana świadomości całego pokolenia młodych ludzi była wynikiem egzystencjalizmu, czy też egzystencjalizm był tylko literackim i kulturowym wyrazem tych zmian w świadomości, zachodzących samoistnie pod wpływem rzeczywistości pierwszej połowy XX wieku, może być niezłym tematem sporów i dyskusji.

A skąd w tym wszystkim Gombrowicz, i dlaczego Gombrowicz jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie pisarzy? Przecież nie przepadam specjalnie za Ferdydurke, mimo że ta właśnie jego wczesna powieść (z 1937 roku) stała się podstawą i nośnikiem jego późniejszej sławy, szczególnie tej międzynarodowej. Chociaż … dla “koneserów” jego pisarstwa takim nośnikiem są przede wszystkim Dzienniki (wszystkie, a było ich sporo, łącznie z Kronos wydanym ostatnio (w 2014 roku) przez Ritę Gombrowicz. No, Rita Labrosse – Kanadyjka – to odrębne zjawisko. Pojawiła się – jako młodziutka piękna doktorantka (pisała o Colette) – w życiu Gombrowicza późno, bo dopiero w roku 1964, została jego żoną w 1968, czyli na mniej niż rok przed jego śmiercią, a odegrała niemożliwą do przecenienia rolę nie tylko w jego ostatnich latach w Vence, ale i w późniejszych dekadach, aż do dnia dzisiejszego. To Ricie zawdzięczamy bogactwo materiałów publikowanych w jej: “Gombrowicz w Argentynie” i “Gombrowicz w Europie”. Cierpliwie docierała do wszystkich, którzy Gombrowicza znali, cenili lub nie, ale mogli o nim coś ciekawego powiedzieć – przypomnieć fakty, okrasić je anegdotami, powspominać …

No więc, dlaczego tak cenię Gombrowicza?  Mniej dla jego powieści, więcej dla Dzienników, ale przede wszystkim dla postawy pisarza na wygnaniu (i to nawet nie w Europie, z wyjątkiem ostatnich 5 lat jego życia, ale w dalekiej Argentynie), pozostającego wiernym swej twórczości pomimo wszelkich możliwych przeciwności losu.

Na Zachodzie Europy – głównie we Francji i w Niemczech – Gombrowicz jest znany przede wszystkim jako dramaturg, autor Iwony, księżniczki Burgunda , Ślubu i Operetki.  Tych ostatnich jeszcze nie widziałem, ale Iwonę … zobaczyłem w kwietniu 2015 w Warszawie, wystawioną przez Teatr Narodowy, i sztuka ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie.  Czy bez sztuk Gombrowicza możliwy byłby Mrożek?

Jedną z ciekawszych interpretacji filozofii Sartre’a można przeczytać w Dzienniku 1961-1966 Witolda Gombrowicza, na stronach 52-53 (Wydawnictwo Literackie).  Gombrowicz “dorabiał” w Argentynie organizując prywatne kursy filozoficzne dla – jak byśmy to teraz powiedzieli – “pań i panien z dobrych domów”. Nie pamiętam, czy pomysł wyszedł od niego, czy też jego polsko-argentyńscy przyjaciele, chcąc mu pomóc finansowo, byli jego autorami.  Dość, że kursów takich odbyło się przynajmniej kilka.  Jak pisze Rita Gombrowicz, ostatnie wykłady z filozofii miały miejsce nawet na krótko przed śmiercią Gombrowicza w Vence, choć ten ostatni okres nie miał już nic wspólnego z Argentyną.

Gombrowicz zawsze interesował się filozofią, choć zapewne w sposób amatorski, dla siebie samego.  Nie mogę tego udowodnić, bo musiałbym mieć dostęp do jakichś notatek jego słuchaczy, lub notatek samego Gombrowicza – jeśli takie istnieją, mogą być jedynie w posiadaniu Rity Gombrowicz.  Musiał jednak mieć dobrze rozpracowany, przynajmniej dla swoich potrzeb, cykl głównych problemów filozofii – inaczej nie byłby w stanie prowadzić owych “kursów”.  Dużo też czytał Sartre’a, o czym świadczy wiele odniesień i komentarzy do tych lektur w jego dziennikach.

Gombrowicz-portrait    Gombrowicz1

Zacznijmy jednak od kilku “tez głównych” egzystencjalizmu – “signature statements” tej filozofii.  Dobrym punktem wyjścia jest stwierdzenie samego Sartre’a: “absurdem jest, żeśmy się urodzili, i absurdem, że umrzemy”. A Bóg?  A religia? A sama istota istnienia? – mógłby ktoś zapytać. Jak ładnie podsumował to prof. Tatarkiewicz, kruchość ludzkiego istnienia, kruchość istnienia w ogóle, jest przecież także kanonem chrześcijaństwa (i wielu innych religii), tyle że istnienie jest momentem w wieczności stworzonej przez Boga.  Dla egzystencjalistów – bo przecież Boga nie ma – istnienie jest zaledwie momentem w nicości.

Zostaje więc sam człowiek jako jednostka.  W dodatku, jednostkowe istnienie człowieka jest nieustannie zagrożone, bo człowiek nie istnieje sam, lecz “w świecie”, wśród innych ludzi, wśród tłumu, i ów świat, tłum, mogą być jednostkowemu istnieniu człowieka wrogie. Stąd z jednej strony trwoga, a z drugiej ciągła walka o swoje indywidualne istnienie. Życie w społeczeństwie wymaga pewnych reguł, ale są to reguły stworzone przez człowieka, nie zaś jakieś aprioryczne uniwersalne wartości moralne. Najlepszy dowód, że systemy moralne są wielorakie, tak w czasie, jak i – w danej chwili –  w przestrzeni. Gdyby były nam dane “z zewnątrz”, byłyby niezmienne i uniwersalne. Przypomina wam to Dostojewskiego i jego: “jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno”? No, nie całkiem wszystko, przynajmniej w sferze realnej (bo w moralnej to już różnie bywa) – właśnie istnienie społeczeństwa, fakt, że ludzie żyją w mniejszych i większych grupach, sprawia, że reguły, zakazy i nakazy, jednak istnieją, cóż one jednak mają wspólnego z Bogiem? (Nawiasem mówiąc, nawet Dostojewskiego można interpretować “na opak”, jako argument za istnieniem Boga – wystarczy przypatrzeć się dobrze pytaniu Raskolnikowa.)

Wróćmy jednak do Gombrowicza, bo cała ta obecna epistoła została wywołana moim przeczytaniem odnośnych stron jego Dziennika 1961 – 1966.  Gombrowicz wcale nie był w swoich interpretacjach Sartre’a taki oryginalny, czego zresztą nie ukrywa, opisując (ale jak opisując!) swoje spotkanie we Fragacie (kawiarnia w Buenos Aires) z George’em Girreferèst-Prést’em, i dyskusję na temat Sartre’a: Załóżmy, że przechadzamy się w tłumie ludzi. Każdego innego człowieka (w owym tłumie) doznajemy “na krótki dystans”, jako fizycznie nieomal zagrożenie, podczas gdy zarazem ten człowiek jest sam “odczłowieczony”, jest bowiem jedynie tysięcznym powtórzeniem, kopią, wszystkich innych osobników z tłumu. Wskutek ilości jest więc nam jednocześnie niezmiernie bliski i okropnie daleki. Jest pociechą, ale i zagrożeniem. Jakie z tego filozoficzne wyjście? Uciec w samotność, w siebie. Ja jestem ja – jestem sobą wyłącznie, w sposób ostateczny i nieprzenikliwy dla innych.

Nic dziwnego, że takie podejście filozoficzne do kwestii “ja – inni”, ta swoista niechęć do ilości, do tłumu, odpowiadały Gombrowiczowi, odzwierciedlały bowiem doskonale jego własną psychikę.

Posted in ARTS

List of all posts:

  • CONTENTS

Newest posts:

  • Moje wielkie i małe hotele 18 Jul 2020
  • Dyrdymałki językowe 08 Apr 2020
  • Sycylia po raz trzeci – Palermo i Cefalu 2019 10 Feb 2020
  • Małe ontaryjskie miasteczka 11 Nov 2019
  • Toronto Islands 2019 07 Aug 2019
  • Włoskie wędrówki 2019 – Zobaczyć Neapol i … 15 Jun 2019

Personal pages:

  • TRAVELS – all posts
  • ARTS – all posts
  • PHOTOGRAPHY – all posts
  • NOTES/ZAPISKI – all posts

Professional info:

  • Brief Bio
  • Professional Career

Selected Papers & Presentations:

  • Canons, Controversies and Evolution of E-Business Architecture
  • E-Business Metrics and Capacity Planning
  • Multidimensional Vector Coordinates – Organization of Large Social and Economic Databases
  • National and International Economic and Social Data in Teaching and Learning – 4th QS-MAPLE Conference – Abu Dhabi, UAE, May 2014
  • The Changing Face of Academic Information Services – 5th QS MAPLE Conference, Doha, Qatar, May 2015
© Chris Leowski 2012-2026
↑