Harakiri z Murakamim
W moich literackich wędrówkach spotkałem dwie szkoły pisarskie z gatunku “magicznego realizmu” – różne, jak różni byli pisarze, którzy je utożsamiali. Garcia Márquez i jego “Sto lat samotności” – a potem “Miłość w czasach zarazy” i kilka innych tytułów – był, oczywiście, nie tylko pierwszym, ale też, według słów Salmana Rushdie’go “największym z nas wszystkich”. Ale też trzeba było kilku moich lat w Meksyku, abym całkowicie zrozumiał, i “wchłonąl” tę literaturę, i mógł cieszyć się jej każdym zdaniem. W ostatnich latach 20-go i pierwszych 21-go wieku “wybuchła” sława Haruki Murakami, japońskiego pisarza o nieprawdopodobnym wręcz darze mieszania fantazji z realiami. W takich powieściach jak “Kafka nad morzem”, “Przygoda z owcą”, czy trzytomowe “1Q84”, pokazał, że Latyno-Ameryka nie ma monopolu na ten rodzaj literatury. Inna to magia, tak jak i inny realizm, niemniej obaj – choć każdy na swój sposób – są mistrzami gatunku.
Haruki Murakami nie ma akurat nic wspólnego z harakiri – nie wiem więc, dlaczego zawsze nazywam go Harakiri Murakami. Pewnie zwykła gra slów, albo europejskie stereotypy o Japończykach. Natomiast czytam go z zapamiętaniem kogoś, kto postanowił popełnić harakiri, i świat zewnętrzny przestał dla niego istnieć. Najzabawniejsze było to, że pierwszą jego ksiażką, jaką przeczytałem, bylo “After Dark”, po angielsku. Okey, nawet dobra, ale nic rewelacyjnego. A jeszcze zabawniejszy był fakt, że tak się zlożyło, że dyskutowałem o tej książce po niemiecku z innymi uczestnikami kursu w Goethe Institut w Toronto. Dopiero potem odkryłem polskie tłumaczenia pani Zielińskiej-Elliott, i już tylko tych szukałem. No, tłumaczenia literatury pięknej to oddzielny temat, ale tłumaczenia z japońskiego pani Zielińskiej-Elliott zawsze wciągały. “Kafka nad morzem” – można było noc zarwać. “Kronika ptaka nakręcacza”, “Przygoda z owcą” – tę ostatnią przeczytałem i po angielsku, i po polsku, za każdym razem, jak bym czytał coś nowego. Kilka z jego książek czytałem po dwa razy – wspomnianą już “Przygodę z owcą”, “Tańcz, tańcz, tańcz …”, “Na poludnie od granicy, na zachód od słońca”. No i trylogia “1Q84” – jego ostatnia wielka książka, bo wydana w 2013 “Bezbarwny Tsukuru Tazaki … “, choć całkiem dobra, jak już się w nią wczytasz, nie dorównywała jego wielkim powieściom. A jeszcze jest kilka tomów bardzo dobrych opowiadań, nie mówiąc już o tym ewenemencie literackim, jakim jest jego tom “O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” – bo tak się składa, że Murakami jest biegaczem długodystansowym.
Murakami był przynajmniej dwukrotnie, w ostatnich latach, nominowany do literackiego Nobla. Osobiście nie sądzę – choć chciałbym się mylić – aby jego pisarstwo przypadło do gustu szwedzkim akademikom. Podobnie było dwie, trzy dekady wcześniej z kandydaturą Grahama Greene’a. Po drodze, ci sami zresztą akademicy, przyznali Nobla kilku tuzinkowym pisarzom. A przecież zarówno Greene wtedy – pomijając, oczywiście, jego całkiem zresztą dobrą “entertainment fiction”, i koncentrując się na jego wielkich książkach, jak “The Power and the Glory”, “The Heart of the Matter”, “The Quiet American” – jak i Murakami teraz, tworzyli nowy gatunek literacki, każdy z nich swój, ale w obu przypadkach jest to wielkie pisarstwo.

