Sartre według Gombrowicza
Egzystencjalizm zrobił furorę we Francji – i w całej Europie – w latach 40-tych i 50-tych XX wieku. Na pewno przyczynił się do tego typowy dla okresu wojennego i powojennego “Zeitgeist”, ale także sposób w jaki Sartre prezentował i propagował swoje tezy – nie z wyżyn uniwersyteckich katedr, nie pseudonaukowym językiem zamkniętych dla zwykłych śmiertelników traktatów filozoficznych, ale za pośrednictwem setek prelekcji, spotkań, wykładów, artykułów, a nawet powieści i sztuk teatralnych. Większość głównych tez Sartre’a nie była w końcu nowa – u Heideggera, a jeszcze wcześniej u Kirkegaarda, można znaleźć wiele “egzystencjalnych” elementów, niemniej to właśnie Sartre zdołał przekształcić ten kierunek filozofii w nurt kulturowy epoki. Czy zmiana świadomości całego pokolenia młodych ludzi była wynikiem egzystencjalizmu, czy też egzystencjalizm był tylko literackim i kulturowym wyrazem tych zmian w świadomości, zachodzących samoistnie pod wpływem rzeczywistości pierwszej połowy XX wieku, może być niezłym tematem sporów i dyskusji.
A skąd w tym wszystkim Gombrowicz, i dlaczego Gombrowicz jest jednym z najbardziej cenionych przeze mnie pisarzy? Przecież nie przepadam specjalnie za Ferdydurke, mimo że ta właśnie jego wczesna powieść (z 1937 roku) stała się podstawą i nośnikiem jego późniejszej sławy, szczególnie tej międzynarodowej. Chociaż … dla “koneserów” jego pisarstwa takim nośnikiem są przede wszystkim Dzienniki (wszystkie, a było ich sporo, łącznie z Kronos wydanym ostatnio (w 2014 roku) przez Ritę Gombrowicz. No, Rita Labrosse – Kanadyjka – to odrębne zjawisko. Pojawiła się – jako młodziutka piękna doktorantka (pisała o Colette) – w życiu Gombrowicza późno, bo dopiero w roku 1964, została jego żoną w 1968, czyli na mniej niż rok przed jego śmiercią, a odegrała niemożliwą do przecenienia rolę nie tylko w jego ostatnich latach w Vence, ale i w późniejszych dekadach, aż do dnia dzisiejszego. To Ricie zawdzięczamy bogactwo materiałów publikowanych w jej: “Gombrowicz w Argentynie” i “Gombrowicz w Europie”. Cierpliwie docierała do wszystkich, którzy Gombrowicza znali, cenili lub nie, ale mogli o nim coś ciekawego powiedzieć – przypomnieć fakty, okrasić je anegdotami, powspominać …
No więc, dlaczego tak cenię Gombrowicza? Mniej dla jego powieści, więcej dla Dzienników, ale przede wszystkim dla postawy pisarza na wygnaniu (i to nawet nie w Europie, z wyjątkiem ostatnich 5 lat jego życia, ale w dalekiej Argentynie), pozostającego wiernym swej twórczości pomimo wszelkich możliwych przeciwności losu.
Na Zachodzie Europy – głównie we Francji i w Niemczech – Gombrowicz jest znany przede wszystkim jako dramaturg, autor Iwony, księżniczki Burgunda , Ślubu i Operetki. Tych ostatnich jeszcze nie widziałem, ale Iwonę … zobaczyłem w kwietniu 2015 w Warszawie, wystawioną przez Teatr Narodowy, i sztuka ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czy bez sztuk Gombrowicza możliwy byłby Mrożek?
Jedną z ciekawszych interpretacji filozofii Sartre’a można przeczytać w Dzienniku 1961-1966 Witolda Gombrowicza, na stronach 52-53 (Wydawnictwo Literackie). Gombrowicz “dorabiał” w Argentynie organizując prywatne kursy filozoficzne dla – jak byśmy to teraz powiedzieli – “pań i panien z dobrych domów”. Nie pamiętam, czy pomysł wyszedł od niego, czy też jego polsko-argentyńscy przyjaciele, chcąc mu pomóc finansowo, byli jego autorami. Dość, że kursów takich odbyło się przynajmniej kilka. Jak pisze Rita Gombrowicz, ostatnie wykłady z filozofii miały miejsce nawet na krótko przed śmiercią Gombrowicza w Vence, choć ten ostatni okres nie miał już nic wspólnego z Argentyną.
Gombrowicz zawsze interesował się filozofią, choć zapewne w sposób amatorski, dla siebie samego. Nie mogę tego udowodnić, bo musiałbym mieć dostęp do jakichś notatek jego słuchaczy, lub notatek samego Gombrowicza – jeśli takie istnieją, mogą być jedynie w posiadaniu Rity Gombrowicz. Musiał jednak mieć dobrze rozpracowany, przynajmniej dla swoich potrzeb, cykl głównych problemów filozofii – inaczej nie byłby w stanie prowadzić owych “kursów”. Dużo też czytał Sartre’a, o czym świadczy wiele odniesień i komentarzy do tych lektur w jego dziennikach.
Zacznijmy jednak od kilku “tez głównych” egzystencjalizmu – “signature statements” tej filozofii. Dobrym punktem wyjścia jest stwierdzenie samego Sartre’a: “absurdem jest, żeśmy się urodzili, i absurdem, że umrzemy”. A Bóg? A religia? A sama istota istnienia? – mógłby ktoś zapytać. Jak ładnie podsumował to prof. Tatarkiewicz, kruchość ludzkiego istnienia, kruchość istnienia w ogóle, jest przecież także kanonem chrześcijaństwa (i wielu innych religii), tyle że istnienie jest momentem w wieczności stworzonej przez Boga. Dla egzystencjalistów – bo przecież Boga nie ma – istnienie jest zaledwie momentem w nicości.
Zostaje więc sam człowiek jako jednostka. W dodatku, jednostkowe istnienie człowieka jest nieustannie zagrożone, bo człowiek nie istnieje sam, lecz “w świecie”, wśród innych ludzi, wśród tłumu, i ów świat, tłum, mogą być jednostkowemu istnieniu człowieka wrogie. Stąd z jednej strony trwoga, a z drugiej ciągła walka o swoje indywidualne istnienie. Życie w społeczeństwie wymaga pewnych reguł, ale są to reguły stworzone przez człowieka, nie zaś jakieś aprioryczne uniwersalne wartości moralne. Najlepszy dowód, że systemy moralne są wielorakie, tak w czasie, jak i – w danej chwili – w przestrzeni. Gdyby były nam dane “z zewnątrz”, byłyby niezmienne i uniwersalne. Przypomina wam to Dostojewskiego i jego: “jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno”? No, nie całkiem wszystko, przynajmniej w sferze realnej (bo w moralnej to już różnie bywa) – właśnie istnienie społeczeństwa, fakt, że ludzie żyją w mniejszych i większych grupach, sprawia, że reguły, zakazy i nakazy, jednak istnieją, cóż one jednak mają wspólnego z Bogiem? (Nawiasem mówiąc, nawet Dostojewskiego można interpretować “na opak”, jako argument za istnieniem Boga – wystarczy przypatrzeć się dobrze pytaniu Raskolnikowa.)
Wróćmy jednak do Gombrowicza, bo cała ta obecna epistoła została wywołana moim przeczytaniem odnośnych stron jego Dziennika 1961 – 1966. Gombrowicz wcale nie był w swoich interpretacjach Sartre’a taki oryginalny, czego zresztą nie ukrywa, opisując (ale jak opisując!) swoje spotkanie we Fragacie (kawiarnia w Buenos Aires) z George’em Girreferèst-Prést’em, i dyskusję na temat Sartre’a: Załóżmy, że przechadzamy się w tłumie ludzi. Każdego innego człowieka (w owym tłumie) doznajemy “na krótki dystans”, jako fizycznie nieomal zagrożenie, podczas gdy zarazem ten człowiek jest sam “odczłowieczony”, jest bowiem jedynie tysięcznym powtórzeniem, kopią, wszystkich innych osobników z tłumu. Wskutek ilości jest więc nam jednocześnie niezmiernie bliski i okropnie daleki. Jest pociechą, ale i zagrożeniem. Jakie z tego filozoficzne wyjście? Uciec w samotność, w siebie. Ja jestem ja – jestem sobą wyłącznie, w sposób ostateczny i nieprzenikliwy dla innych.
Nic dziwnego, że takie podejście filozoficzne do kwestii “ja – inni”, ta swoista niechęć do ilości, do tłumu, odpowiadały Gombrowiczowi, odzwierciedlały bowiem doskonale jego własną psychikę.


