↓
 

  • CONTACT
  • HOME
  • BRIEF BIO
  • PERSONAL PAGES:
  • (ARTS
  • TRAVELS
  • PHOTOGRAPHY
  • NOTES)
Home→Categories PHOTOGRAPHY

Category Archives: PHOTOGRAPHY

The World in Black & White

(and a thousand shades of grey)

Czarno-białych zdjęć już tak naprawdę się nie robi.  Mam, co prawda, stare analogowe aparaty, można też jeszcze dostać do nich oryginalne czarno-białe filmy i wysłać do producenta owych filmów do wywołania.  Ale to i długi, i kosztowny proces, a rezultaty (lub ich całkowity brak) widzi się dopiero na końcu.  Dużo łatwiej robić zdjęcia cyfrową lustrzanką, a potem zupełnie wyciszyć kolory (czyli przejść na zdjęcie monochromatyczne), zmienić jasność i kontrast, i eksperymentować w świecie czarno-białym.  Osiągnięte rezultaty są często znacznie ciekawsze niż zdjęcia, od których zaczynało się owe transformacje.

 

Grudzień 2011 – Bad Reichenhall, Południowa Bawaria, tuż przy granicy z Austrią.  Oryginalne zdjęcie było zwykłym zimowym krajobrazem w parku na tyłach słynnego hotelu Axelmanstein, ale kiedy mocno powiększyłem zdjęcie, wyciąłem jego fragment, wyciszyłem kontrast i przeszedłem na ‘monochrome’ (trudno to nawet nazwać czarno-białe, bo właśnie termin ‘monochromatyczne’ lepiej oddaje tę transformację), wyszła całkiem poetycka i nastrojowa zimowa sceneria, z lekko rozmazanymi płatkami śniegi tuż przed obiektywem.  A obok fragment mojego obrazu (Winter Scene – acrylic on canvas), który namalowałem w oparciu o tę fotografię.

Stado ptaków na śniegu – oryginalnie kolorowa fotografia, która i tak – z powodu warunków i naturalnych barw – była niemal monochromatyczna, zanim ją jeszcze taką zrobiłem w Photoshop’ie.  Zdjęcie robione z okna mojego mieszkania, nienajlepszym obiektywem o ogniskowej 300 mm, następnie mocno powiększone tak, aby móc ‘wyciąć’ z niego tylko to stado ptaków, trochę śniegu i gałęzi.  Obróbka to głównie wyostrzenie kontrastu i lekkie rozjaśnienie bieli (dzień był mocno pochmurny, więć zdjęcie wyszło ‘szaro’).

Poniżej zaś zdjęcia z maja 2015, kiedy to przez tydzień żeglowałem po Morzu Egejskim na trójmasztowcu Star Clipper. I znowu – oryginalne fotografie były kolorowe, ale szybko zauważyłem, że są dużo ciekawsze w wersji czarno-białej.  Zresztą, pierwsza, a szczególnie trzecia były “niemal” monochromatyczne już w wersji oryginalnej, zmiana jedynie wyostrzyła trochę kontrast.

      

Wszystkie zamieszczone tu zdjęcia były w oryginale kolorowe, chociaż w wielu przypadkach zbliżone do tonacji monochromatycznej.  W scenerii zimowej jest to wręcz naturalne, i tylko barwna plama jakiegoś pojazdu lub reklamy zakłóca ową monochromatyczność.  Czasem jest interesujące porównać taką przytłumioną “wielobarwną” – a przynajmniej “kilkubarwną” – “monochromatyczność” z obrazem w tonacjach czarno-białych, jak w poniższym przykładzie “suchego lasu” w okolicach Sutton, Ontario.

   

Oba zdjęcia można uznać za monochromatyczne, i tylko to “mono” jest nieco inne w każdym z nich.

Poniższe cztery zdjęcia pochodzą z moich wędrówek po Hilton Falls Conservation Area – nieco ponad godzinę jazdy od domu. Pierwsze i czwarte to studium perspektywy, co w wersji czarno-białej wychodzi szczególnie ciekawie. Niski punkt “zawieszenia” powoduje, że zdjęcie nabiera głębi, zwłaszcza to pierwsze. Dwie środkowe fotografie to znowu eksperymentowanie z neutral density (ND) filter – chodziło o takie wydłużenie czasu migawki, żeby spadająca woda “rozmazała się” w biały muślin.

  

Posted in PHOTOGRAPHY

Fotografia – hobby i przygoda

Moim pierwszym własnym aparatem fotograficznym – miałem wtedy 12 lub 13 lat – była radziecka Smiena, i robiłem nią całkiem dobre zdjęcia. Oczywiście, używałem też wcześniej Voigtländera mojego ojca. Był to stary, jeszcze przedwojenny, ‘harmonikowy’ aparat na długie szpule z 12 zdjęciami. Mam go do tej pory w moim domu w Toronto – numer seryjny na obiektywie wskazuje, że aparat wyprodukowano w Braunschweig w 1925 roku, czyli niedługo będzie miał 100 lat, a mój ojciec jeszcze się wtedy nawet nie urodził  – brakowało trzech lat.  Jego jasność obiektywu 1:4.5 – wcale nie taka zła jak na tamte lata, czarno-białe zdjęcia o silnym kontraście, ale to była też kwestia filmów i procedur związanych z ich wywołaniem. Niestety, jego migawka już nie w pełni działa – na szybszych czasach, jak 1/150 (jego maksimum), czy 1/100, oraz B, wszystko wygląda OK, choć precyzji nie jestem w stanie ocenić, ale na wolniejszych czasach, jak ½ czy 1 sec. cały mechanizm zacina się.   Poza tym – myślałem sobie – gdzie dostałbym owe szerokie na 6 cm 12-zdjęciowe filmy? I tu niespodzianka, bo okazuje się, że Ilford ciągle jeszcze produkuje czarno-białe filmy negatywowe w tym formacie.

       

Potem była lustrzanka Zenit – również radziecka, choć całkowity plagiat rozwiązań i konstrukcji niemieckiej firmy Leica. No, to już był, jak na tamte czasy w Polsce, niemal półprofesjonalny aparat fotograficzny, z doskonałym obiektywem, migawką do 1/1000 sekundy, “full-frame”, czyli nie tylko na 35-mm czarno-białe 100-ki, 200-ki, a nawet super-czułe 400-ki, ale też nowe kolorowe filmy Orwo z NRD. Nie pamiętam już, który model, i czy miał wewnętrzny pomiar światła (TTL). Poprzednio mierzyłem światło małym ręcznym światłomierzem selenowym i ustawiałem wszystkie parametry ręcznie. Musiałem go mieć ze sobą w Budapeszcie na początku lat 70-tych, bo czym innym robiłbym wtedy moje kolorowe zdjęcia?

[Znalazłem ten aparat w moim mieszkaniu w Warszawie – tak, model TTL, ale do 1/500 sec. i do ASA 500.  Dobry obiektyw Helios f 44, wymienny, o jasności 2.0, na tamte lata w Polsce bardzo dobre parametry.  Aparat w pełni funkcjonalny, przetestowałem go kilka razy, choć oczywiście tylko na dawne 36-zdjęciowe filmy szpulowe.]

Przez wiele lat, gdzieś od czasów mojej Smieny, miałem też własne “studio fotograficzne” w małej łazience w trzecim, odrębnym, pokoju naszego mieszkania na Grzybowskiej. Ojciec musiał chyba na to patrzeć z odrobiną nostalgii – sam podczas wojny pracował w zakładzie fotograficznym w Pabianicach, stamtąd też pewnie pochodził jego Voigtländer – bo nie sprzeciwiał się moim sporym, jak na tamte lata, zakupom sprzętu i odczynników. A gdy już doszedłem do kolorowej fotografii, to wydatki były naprawdę znaczne. Pamiętam, jaki dumny byłem z powiększalnika i obiektywu do kolorowej fotografii, z filtrami do korekty poszczególnych kolorów. O ile sprzęt – aparat, powiększalnik, obiektywy, itp. – to były duże jednorazowe wydatki, o tyle prawdziwy drenaż budżetu powodowały nieustanne zakupy odczynników chemicznych, filmów, i papieru fotograficznego, zwłaszcza do fotografii kolorowej. W tej ostatniej nie było zresztą żadnej konkurencji, bo dostępne były tylko i wyłącznie produkty Orwo. Całe godziny spędzałem w tym moim “studio” oświetlonym jedynie lampą fotograficzną z czerwonym lub pomarańczowym filtrem, wdychając upojne zapachy chemikaliów, wywołując negatywy i patrząc na pojawiające się na zanurzonym w kuwetach papierze zarysy moich zdjęć, potem całe zdjęcia, aż trzeba było uchwycić moment nasycenia danego zdjęcia kolorem i kontrastem i przeniesienia odbitki do kuwety z utrwalaczem. Czasami potrzebowałem wielu prób zanim byłem zadowolony z jakości odbitki.

Potem długo nic się nie działo, bo na następny aparat było mnie stać dopiero o dekadę później, kiedy to w latach 1980 – 1983 pracowałem w jednym z Instytutów Technologicznych w Meksyku. Jak tylko udało mi się pojechać do Stanów – a uzyskanie amerykańskiej wizy wcale nie było łatwe, i pierwszy raz trzymali nas na granicy w Brownsville przez kilka godzin, bo chyba nigdy nie widzieli polskich paszportów i musieli faksować je do Waszyngtonu z prośbą o decycję – kupiłem sobie japońską lustrzankę Yashica FR-1. Dla mnie wtedy cudo, i to drogie cudo, bo chyba za około USD 400 (w 1981 roku! – czyli cena przelotu w obie strony z Polski do Kanady), z doskonałym 50-mm obiektywem o jasności 1:1.4 (lepszym niż ten na zdjęciu), automatycznym pomiarem światła, migawką do 1/1000 sec. i doskonałą reputacją wśród fotografików. Do tej pory go mam, i do tej pory doskonale działa, choć zdjęć już nim nie robię, bo musiałbym wysyłać gdzieś filmy do wywołania. Cyfrowa fotografia ma ogromne zalety – wszystko od razu widzisz, możesz powtarzać zdjęcia w nieskończoność, wymazywać te złe, a jeszcze udoskonalać na komputerze – tylko … dawny czar fotografii jest w tym trudny do odnalezienia.

  

FR-1 to był szczyt (a przynajmniej blisko szczytu) tego, co Yashica zdołała wyprodukować, miałem więc szczęście, że wybrałem tak dobry aparat. Moje wszystkie meksykańskie zdjęcia, i pewnie sporo z pierwszych lat pobytu w Kanadzie, były robione tym aparatem, który przetrwał nietknięty pomimo kilku lat w 95%-wilgotności powietrza, dużej zawartości soli (7 kms do plaży) i ekstremalnych temperatur. Jego oryginalny obiektyw jest bez plamki, podczas gdy kupiony trochę później teleobiektyw firmy Soligor został częściowo zniszczony przez pleśń, jaka pojawiła się między jego soczewkami.

Kiedy nadeszła era aparatów cyfrowych nie było mnie jeszcze stać na porządną cyfrową lustrzankę – albo nie chciałem wydać tyle pieniędzy, kupiłem więc widoczny na zdjęciu obok aparat NIKON Coolpix 8700, “point-and-shoot’ i bez wymiennych obiektywów, ale o dobrych parametrach, wygodnym uchwycie, a przy tym lżejszy i mniejszy od lustrzanek.  Musiał to być rok 2004, kiedy to ten model pojawił się w sprzedaży.  Towarzyszył mi w wielu podróżach i zrobiłem nim mnóstwo zdjęć, co było tym łatwiejsze, że ilość nie wiązała się tu z żadnymi wyższymi kosztami, zdjęcia niezbyt udane wymazywało się po prostu z karty pamięciowej i z komputera.

CANON – na dobre i na złe

No tak, ale moim marzeniem były te “wielkie” marki, jak CANON lub NIKON.  Z perspektywy czasu była to głupota wynikająca ze snobizmu.  YASHICA, co prawda, już nie znaczyła wiele, ale było kilka bardzo dobrych marek dostępnych na rynku.  W końcu zdecydowałem się na Canona – i to jeszcze analogowego, były to bowiem jeszcze lata 80-te, natomiast pierwsze cyfrowe lustrzanki na rynku konsumenckim pojawiły się około połowy lat 90-tych.  CANON EOS Elan miał na pewno jedną dużą przewagę nad moją Yashiką – automatyczne nastawianie ostrości, a poza tym ogromny wybór obiektywów. Pełno-klatkowy, z obiektywami które mogłem później używać w moim następnym, już cyfrowym, Canonie, na pewno wprowadził mnie na rynek nowoczesnych lustrzanek.

Pierwszą cyfrową lustrzankę CANON nabyłem w końcu 2009 roku, czy może dopiero w 2010.  CANON T1 Rebel (czyli D500) pojawił się na rynku w połowie 2009, czyli że mogłem był już kupić go sobie na Gwiazdkę.  Po drodze miałem już zresztą przez kilka lat cyfrowego Nikona opisanego powyżej.  O ile mój NIKON 8700 miał matrycę 8 Mega pikseli, o tyle matryca Canona T1 była dwa razy taka (15 Mpixels). Lustrzanki cyfrowe, nawet te “cropped”, jak T1, czyli nie pełnoklatkowe, miały znacznie większy sensor niż aparaty “point-and-shoot”, a więc lepszy zapis szczegółów, nie mówiąc o całej gamie funkcji typowych dla lustrzanek.

  

Przez większość minionych lat jedynie z grubsza orientowałem się w czysto technicznej stronie aparatów i innego sprzętu fotograficznego. Ot, lubiłem robić zdjęcia, aparat musiał być w miarę porządny, ale nie traciłem godzin na studiowanie parametrów, przysłowiowe dzielenie włosa na czworo, analizy porównawcze, itp.  Dopiero kiedy zacząłem rozglądać się za nowymi, i to już wysokiej klasy (widocznie wreszcie było mnie na to stać) obiektywami, zacząłem porównywać format APSC mojego T1 z formatem pełnoklatkowym, głównie w kontekście obiektywów “full frame”, czyli do aparatów pełnoklatkowych, ale równie dobrze – choć nieco inaczej – działających w aparatach “cropped”.  A ponieważ kupiłem sobie dwa doskonałej klasy profesjonalne obiektywy CANON (z tzw. serii “L”) – jeden o stałej ogniskowej (100 mm), a drugi Zoom 24 – 105 mm, nabrałem też apetytu na nowy aparat pełnoklatkowy, mimo że mój T1 Rebel sprawuje się bardzo dobrze.  Hobby ma to do siebie, że kupuje się i zbiera niekoniecznie to, co jest niezbędne, a nawet potrzebne, ale to co wzbudza zainteresowanie, zwiększa perspektywę doświadczeń, po prostu sprawia radość.

Gdzieś w listopadzie 2017 kupiłem więc Canon 6D Mark II – mój pierwszy pełnoklatkowy aparat cyfrowy. Oczywiście, wszystkie moje przedcyfrowe aparaty były “pełnoklatkowe”, to jednak jest zupełnie inna technologia. Nie powiem, że lepsza, choć na pewno łatwiejsza, bo nie trzeba czekać na wywołanie zdjęć, aby je ocenić, lub nawet powtórzyć.

6D Mark II jest zręczny, doskonale funkcjonalny, ale znacznie cięższy od T1, szczególnie że bierze się do niego pełnoklatkowy, a więc ciężki, obiektyw. Przy okazji dokupiłem jeszcze dwa pełnoklatkowe obiektywy Canon 70-200mm f4.0L, oraz szalenie ciekawy, choć o ograniczonej przydatności Canon 8-15mm f4.0L “Fish-eye”, super-szerokokątne cacko pozwalające na interesujące deformacje perspektywy aż do zdjęć w formacie pełnego koła.  Udało mi się nim zrobić bardzo ciekawe zdjęcia wnętrza Capella Palatina w Palermo, a także zimowe i jesienne sceny nad Credit River w miejscu mojego zamieszkania.  Oba te ostatnie obiektywy kupiłem używane, choć certyfikowane przez Henry’s i w doskonałym stanie.  Canon 70-200 mm miał – w moich zamierzeniach – służyć do fotografowania ptaków.  Nawet dokupiłem 2x converter, co pozwalało mi osiągać 400mm w aparacie pełnoklatkowym, a nawet 600 mm w moim starym T1, który ma nieco mniejszy format klatki (APSC).  Converter ma jednak tę wadę, że pozwala tylko na ręczne ustawienie ostrości, czyli głównie robienie statycznych zdjęć przy użyciu statywu. 

Ponieważ nie mam zwyczaju (ani czasu) na ustawienie sprzętu w danym miejscu i czekanie na ptaki, potrzebowałem bardziej uniwersalnego “ruchomego” aparatu, z którym mógłbym po prostu chodzić po lasach, bez potrzeby zmieniania obiektywów, ale też z odpowiednio długą ogniskową.  Przez jakiś czas rozważałem NIKON P950 i P1000 o “księżycowych” ogniskowych (P1000 osiąga 3,000 mm), ale te aparaty mają tak malutkie matryce, mniej więcej jak w telefonie komórkowym, że jakość zdjęć przy dużych zbliżeniach jest raczej wątpliwa.  Zdecydowałem się w końcu na droższy i o dużo krótszej maksymalnej ogniskowej, bo “tylko” 600 mm, SONY RX10MIV.  Jego matryca jest czterokrotnie większa od wyżej wymienionych aparatów NIKON, a przy okazji jest to dla mnie wprowadzenie w świat technologii SONY, która to firma oferuje całą serię bardzo wysokiej klasy aparatów pełnoklatkowych typu “mirrorless”.

Technologia niewątpliwie inna od znanej mi do tej pory. Ciągle uczę się niektórych funkcji – wydają się one być bardziej rozbudowane niż w aparatach CANON, ale też nieco mniej intuicyjne.  600 mm doskonale wystarcza do fotografowania ptaków w “normalnej” – do kilkudziesięciu metrów – odległości.  W “burst mode” można też zrobić nieprawdopodobną ilość klatek na sekundę, ale nad funkcjami automatycznego ustawiania ostrości, a zwłaszcza utrzymania ostrości poruszającego się obiektu, muszę nieco popracować.  Ptaki są wdzięcznym tematem, ale też bardzo trudnym tematem do fotografowania.  RX10MIV ciągle nie jest małym i bardzo lekkim aparatem “podróżniczym” – Zeissowski obiektyw jest bardzo solidny, a sam aparat nie mniejszy, a jeśli to bardzo niewiele mniejszy, od moich lustrzanek CANON, niemniej sam zakres ogniskowej daje mu uniwersalizm pakietu z kilkoma obiektywami, co w podróżach, a nawet jednodniowych wycieczkach, niewątpliwie ułatwia życie.

Posted in PHOTOGRAPHY

The colours of Greece

         cobalt-cerulean blue1                  bluish-grey1                 zinc white1IMG_6409-600   IMG_6408-600  IMG_6403-600

           cobalt turquoise                           dove grey                           flake white copy

IMG_6405-600   IMG_6406-600  IMG_6456-600

          cadmium-orange                    red oxide                yellow sienna1

IMG_6515-600  IMG_6518-600  IMG_6376-600

                       silver copy                                                           Prussian blue copy

IMG_6473-600  IMG_6469-600

iridescent white copy   cobalt blue copy   Mars violet deep copy

IMG_6356-600   IMG_6462-600   IMG_6466-600

Alizarin crimson copy   olive green copy

IMG_6453-600   IMG_6452-600   IMG_6450-600   IMG_6454-600

Komentarz do zdjęć (od góry, od lewej strony w prawo):

1 – 3. W niemalże niedostępnym monastyrze na Amorgos.  Wspinaczka od poziomu morza do dwóch trzecich wysokości góry, gdzie był “zawieszony” w skałach ów monastyr, była jeszcze niczym w porównaniu z wąskimi przejściami, niskimi sklepieniami, i kamiennymi schodami idącymi w górę jak drabina wewnątrz monastyru.  Nie wszyscy dawali radę. Za to z samej góry widoki były przepiękne.

4. A small beach on Amorgos where – as the legend has it – an old washed-up icon of the Virgin Mary was found in the 11th century.  The monks took it as an indication of where they should build their monastery, which they completed a few decades later high on the mountain slope right above the beach.

5. Vertical cliffs surrounding the Monastery of Hozoviotissa on Amorgos.

6. Back alleys in Mykonos.  The town around the Mykonos harbour is very touristy, though beautiful, but you only need to walk a few hundred meters inland to find pretty deserted streets, far from the crowds.

7 – 8. Precious icons in the Benaki Museum in Athens.

9. Freski w Monastyrze Św. Jana Ewangelisty na Patmos.

10. Mury obronne Monemvasia, miasta-fortecy u wybrzeży Peloponezu.  Dolne miasto otoczone murami, górne – praktycznie niedostępne.  Z tych murów widać było wszelkie statki usiłujące dopłynąć do wybrzeży Grecji.

11. Widok z wyższych partii Monemviasia, poprzez dachy dolnego miasta, na Morze Egejskie.

12 – 13. Typowy, wręcz klasyczny, grecki kościół na Mykonos.  Nawet stosunkowo duży, bowiem na mniejszych wyspach kościoły były często na kilka zaledwie osób, budowane przez pojedyncze rodziny, i otwarte jeden jedyny dzień w roku – na imieniny patrona.

14. Jeszcze jeden widok poprzez dachy Monemvasia, na Peloponezie – tylko dla kolorów, stłumionych fioletów.

15 – 18. W wąskich i krętych uliczkach Mykonos.

Posted in PHOTOGRAPHY

Toronto as you know it – or don’t

Toronto is a great and vibrant city – but it also has many “quiet” corners, hidden alleys, “ugly” places that nevertheless exude specific charm, cast a spell on the onlooker. And although I promised myself NOT to show any pictures of the CN Tower – that epitome of tourist trash, there was one, shot on Front Street east of Yonge, which was supposed to reveal the “European” flavor of the area surrounding the St. Laurence Market, and which “accidentally” captured the CN Tower – well, if not an adornment of this city, then at least its architectural landmark not to be ashamed of.

IMG_1723-600    

IMG_1732-600                       IMG_1722-600  IMG_1787-600                    

The Downtown, with its Financial District, is alive at all hours. This is what differs Toronto’s Downtown from many other North American cities – it’s a place not only Continue reading →

Posted in PHOTOGRAPHY

Experimenting … and having fun.

Some experiments in photography are pretty simple, but still … one can encounter unexpected results, or simply have some fun.  Here are a few with my Canon 6D full-frame DSLR.

Multiple exposure

This is a powerful feature, which can be quite amusing.  It did, of course, exist in analog photography, but only with a digital SLR one can fully control and verify results while shooting.

This first example is really very basic.  The plant on a shelf in my studio is very old – we got it from one of the neighbors down the street when we moved to our house, so it must be around 30 years old, and it blooms with a single flower just once a year, between May and July.  All right – so let us give it three flowers with the multiple-exposure feature while averaging exposure parameters.  The result is quite pleasing.  Note, that it is the same single flower, but just by shifting the view horizontally (with locked focus) the neutral LED light falling on the petal causes a slight shift in color, thus giving the natural impression of three different flowers.  Shot with  Canon EF 100 mm macro 1:2.8L IS USM lens at 1/20 sec, F 2.8, ISO 100, using tripod.  The F 2.8 aperture combined with a single point auto focus allowed to achieve very shallow depth of field, while keeping the petal in sharp focus.

The second experiment with multiple exposure involved a street scene during my visit at the Art Gallery of Ontario. I did not carry a tripod, and was simply shooting a view of the other side of the street while standing on the steps leading to the gallery.  Unfortunately, really interesting street scenes would require a tripod and a slow exposure, and this is not easy (though not impossible) to achieve in all the hustle and bustle of an afternoon traffic on Dundas Street in Toronto.  Still, the super-modern, designed by Frank Gehry, structure of the AGO, is beautifully complemented by the row of quirk old houses on the other side, just across the street. 

 

And it was those houses that I was photographing from the steps of the gallery.  This time I needed more depth of field, so I set the aperture at 8.0, and then shot a single exposure, double exposure, and triple exposure of roughly the same scene.  The ‘averaging’ mode resulted in the first shot executed at 1/125 sec, the second in 1/90 sec., and the third in 1/60 sec., still comfortably within my camera’s capabilities of hand-held shooting using my best Canon zoom lense EF 24-105 mm 1:4L IS with image stabilization, though I had to boost ISO to 200 to be on the safe side.

 

 

 

… and the amusing part of this experiment?  Well, the first photo looks like taken by a sober person,  the second – after, say, two glasses of wine, and the third after four glasses of wine.

 

 

 

 

A similar effect to that on the first picture (the three petals) can be achieved using a faux-multiple-exposure method by playing with layers and masks in Photoshop. 

    

There was obviously only one blue glass object on the deck, but by cutting it (e.g. using the lasso tool), saving to its own layer, and then erasing redundant pixels around the object, and finally pasting (twice) to the original background and positioning within that background, we got what amounts to triple-exposure.  It is false, because the frame has been exposed only once, and the single exposure is clearly visible by looking at the background, but the overall effect is still interesting.

 

 

Posted in PHOTOGRAPHY

Mexican sunsets

Sunsets in Club Med Ixtapa, Mexico.

It all takes less than 15 minutes, and each day, around 6:30 PM, there is a slightly different spectacle above the Pacific Ocean. People gather with their cameras on the terrace, order a drink, and wait. And then the colors start changing …

Ixtapa-1   Ixtapa-2   Ixtapa-3   Ixtapa-4

Ixtapa-5  Ixtapa-6

This particular series displayed a lot of muted reds, as the sun was diving into the Continue reading →

Posted in PHOTOGRAPHY

Sailing in the Aegean

IMG_6392-600   IMG_6391-600   IMG_6248-600

It didn’t start very well – soon after the clipper left Piraeus around midnight, heading east, the wind hit 7-9 on the Beaufort scale (anything beyond that is classified as a storm).  Evening drinks still went down smoothly, and so did the sumptuous dinner with a bottle of a good French Bordeaux, but by 2 AM the ship was rocking wildly, and I was curled up in my cabin trying to sleep, hoping that I would digest the contents of my stomach before the situation got worse. For God’s sake – this was not my first encounter with rough seas, so I was hoping for the best.  With the engine switched off, and on just two of its front sails, the ship was moving across the Aegean at the speed of a motorboat.

The next morning was grey and … unstable … and we had a safety drill scheduled for 10 AM.  I decided to play if tough – that is, have a normal breakfast, with eggs and so on …  A BIG MISTAKE.  The safety drill had its hilarious moments, when the entire row of deck chairs (with all those seated in them) suddenly started skidding towards starboard – the sea was that rough.  “What to do in such situations?” – shouted the first officer. “Wait for instructions.” – a young lady replied. “Waiting for instructions is always good.  You must be newly married!” – the officer’s reply sparked a burst of laughter, as he had surely predicted, but the general mood was rather sombre. I wasn’t the only one feeling queasy in my stomach.  The nausea was getting worse by the minute, and lunch already seemed out of the question. By late afternoon I knew that the dinner was also out of the question.  By that time I was retching “dry” every half hour – even a glass of water would trigger a bout of nausea.

IMG_6252-600   IMG_6496-600

IMG_6420-600   IMG_6489-600   IMG_6461-600

 

 

 

Posted in PHOTOGRAPHY

List of all posts:

  • CONTENTS

Newest posts:

  • Moje wielkie i małe hotele 18 Jul 2020
  • Dyrdymałki językowe 08 Apr 2020
  • Sycylia po raz trzeci – Palermo i Cefalu 2019 10 Feb 2020
  • Małe ontaryjskie miasteczka 11 Nov 2019
  • Toronto Islands 2019 07 Aug 2019
  • Włoskie wędrówki 2019 – Zobaczyć Neapol i … 15 Jun 2019

Personal pages:

  • TRAVELS – all posts
  • ARTS – all posts
  • PHOTOGRAPHY – all posts
  • NOTES/ZAPISKI – all posts

Professional info:

  • Brief Bio
  • Professional Career

Selected Papers & Presentations:

  • Canons, Controversies and Evolution of E-Business Architecture
  • E-Business Metrics and Capacity Planning
  • Multidimensional Vector Coordinates – Organization of Large Social and Economic Databases
  • National and International Economic and Social Data in Teaching and Learning – 4th QS-MAPLE Conference – Abu Dhabi, UAE, May 2014
  • The Changing Face of Academic Information Services – 5th QS MAPLE Conference, Doha, Qatar, May 2015
© Chris Leowski 2012-2026
↑