Fotografia – hobby i przygoda
Moim pierwszym własnym aparatem fotograficznym – miałem wtedy 12 lub 13 lat – była radziecka Smiena, i robiłem nią całkiem dobre zdjęcia. Oczywiście, używałem też wcześniej Voigtländera mojego ojca. Był to stary, jeszcze przedwojenny, ‘harmonikowy’ aparat na długie szpule z 12 zdjęciami. Mam go do tej pory w moim domu w Toronto – numer seryjny na obiektywie wskazuje, że aparat wyprodukowano w Braunschweig w 1925 roku, czyli niedługo będzie miał 100 lat, a mój ojciec jeszcze się wtedy nawet nie urodził – brakowało trzech lat. Jego jasność obiektywu 1:4.5 – wcale nie taka zła jak na tamte lata, czarno-białe zdjęcia o silnym kontraście, ale to była też kwestia filmów i procedur związanych z ich wywołaniem. Niestety, jego migawka już nie w pełni działa – na szybszych czasach, jak 1/150 (jego maksimum), czy 1/100, oraz B, wszystko wygląda OK, choć precyzji nie jestem w stanie ocenić, ale na wolniejszych czasach, jak ½ czy 1 sec. cały mechanizm zacina się. Poza tym – myślałem sobie – gdzie dostałbym owe szerokie na 6 cm 12-zdjęciowe filmy? I tu niespodzianka, bo okazuje się, że Ilford ciągle jeszcze produkuje czarno-białe filmy negatywowe w tym formacie.
Potem była lustrzanka Zenit – również radziecka, choć całkowity plagiat rozwiązań i konstrukcji niemieckiej firmy Leica. No, to już był, jak na tamte czasy w Polsce, niemal półprofesjonalny aparat fotograficzny, z doskonałym obiektywem, migawką do 1/1000 sekundy, “full-frame”, czyli nie tylko na 35-mm czarno-białe 100-ki, 200-ki, a nawet super-czułe 400-ki, ale też nowe kolorowe filmy Orwo z NRD. Nie pamiętam już, który model, i czy miał wewnętrzny pomiar światła (TTL). Poprzednio mierzyłem światło małym ręcznym światłomierzem selenowym i ustawiałem wszystkie parametry ręcznie. Musiałem go mieć ze sobą w Budapeszcie na początku lat 70-tych, bo czym innym robiłbym wtedy moje kolorowe zdjęcia?
[Znalazłem ten aparat w moim mieszkaniu w Warszawie – tak, model TTL, ale do 1/500 sec. i do ASA 500. Dobry obiektyw Helios f 44, wymienny, o jasności 2.0, na tamte lata w Polsce bardzo dobre parametry. Aparat w pełni funkcjonalny, przetestowałem go kilka razy, choć oczywiście tylko na dawne 36-zdjęciowe filmy szpulowe.]
Przez wiele lat, gdzieś od czasów mojej Smieny, miałem też własne “studio fotograficzne” w małej łazience w trzecim, odrębnym, pokoju naszego mieszkania na Grzybowskiej. Ojciec musiał chyba na to patrzeć z odrobiną nostalgii – sam podczas wojny pracował w zakładzie fotograficznym w Pabianicach, stamtąd też pewnie pochodził jego Voigtländer – bo nie sprzeciwiał się moim sporym, jak na tamte lata, zakupom sprzętu i odczynników. A gdy już doszedłem do kolorowej fotografii, to wydatki były naprawdę znaczne. Pamiętam, jaki dumny byłem z powiększalnika i obiektywu do kolorowej fotografii, z filtrami do korekty poszczególnych kolorów. O ile sprzęt – aparat, powiększalnik, obiektywy, itp. – to były duże jednorazowe wydatki, o tyle prawdziwy drenaż budżetu powodowały nieustanne zakupy odczynników chemicznych, filmów, i papieru fotograficznego, zwłaszcza do fotografii kolorowej. W tej ostatniej nie było zresztą żadnej konkurencji, bo dostępne były tylko i wyłącznie produkty Orwo. Całe godziny spędzałem w tym moim “studio” oświetlonym jedynie lampą fotograficzną z czerwonym lub pomarańczowym filtrem, wdychając upojne zapachy chemikaliów, wywołując negatywy i patrząc na pojawiające się na zanurzonym w kuwetach papierze zarysy moich zdjęć, potem całe zdjęcia, aż trzeba było uchwycić moment nasycenia danego zdjęcia kolorem i kontrastem i przeniesienia odbitki do kuwety z utrwalaczem. Czasami potrzebowałem wielu prób zanim byłem zadowolony z jakości odbitki.
Potem długo nic się nie działo, bo na następny aparat było mnie stać dopiero o dekadę później, kiedy to w latach 1980 – 1983 pracowałem w jednym z Instytutów Technologicznych w Meksyku. Jak tylko udało mi się pojechać do Stanów – a uzyskanie amerykańskiej wizy wcale nie było łatwe, i pierwszy raz trzymali nas na granicy w Brownsville przez kilka godzin, bo chyba nigdy nie widzieli polskich paszportów i musieli faksować je do Waszyngtonu z prośbą o decycję – kupiłem sobie japońską lustrzankę Yashica FR-1. Dla mnie wtedy cudo, i to drogie cudo, bo chyba za około USD 400 (w 1981 roku! – czyli cena przelotu w obie strony z Polski do Kanady), z doskonałym 50-mm obiektywem o jasności 1:1.4 (lepszym niż ten na zdjęciu), automatycznym pomiarem światła, migawką do 1/1000 sec. i doskonałą reputacją wśród fotografików. Do tej pory go mam, i do tej pory doskonale działa, choć zdjęć już nim nie robię, bo musiałbym wysyłać gdzieś filmy do wywołania. Cyfrowa fotografia ma ogromne zalety – wszystko od razu widzisz, możesz powtarzać zdjęcia w nieskończoność, wymazywać te złe, a jeszcze udoskonalać na komputerze – tylko … dawny czar fotografii jest w tym trudny do odnalezienia.
FR-1 to był szczyt (a przynajmniej blisko szczytu) tego, co Yashica zdołała wyprodukować, miałem więc szczęście, że wybrałem tak dobry aparat. Moje wszystkie meksykańskie zdjęcia, i pewnie sporo z pierwszych lat pobytu w Kanadzie, były robione tym aparatem, który przetrwał nietknięty pomimo kilku lat w 95%-wilgotności powietrza, dużej zawartości soli (7 kms do plaży) i ekstremalnych temperatur. Jego oryginalny obiektyw jest bez plamki, podczas gdy kupiony trochę później teleobiektyw firmy Soligor został częściowo zniszczony przez pleśń, jaka pojawiła się między jego soczewkami.
Kiedy nadeszła era aparatów cyfrowych nie było mnie jeszcze stać na porządną cyfrową lustrzankę – albo nie chciałem wydać tyle pieniędzy, kupiłem więc widoczny na zdjęciu obok aparat NIKON Coolpix 8700, “point-and-shoot’ i bez wymiennych obiektywów, ale o dobrych parametrach, wygodnym uchwycie, a przy tym lżejszy i mniejszy od lustrzanek. Musiał to być rok 2004, kiedy to ten model pojawił się w sprzedaży. Towarzyszył mi w wielu podróżach i zrobiłem nim mnóstwo zdjęć, co było tym łatwiejsze, że ilość nie wiązała się tu z żadnymi wyższymi kosztami, zdjęcia niezbyt udane wymazywało się po prostu z karty pamięciowej i z komputera.
CANON – na dobre i na złe
No tak, ale moim marzeniem były te “wielkie” marki, jak CANON lub NIKON. Z perspektywy czasu była to głupota wynikająca ze snobizmu. YASHICA, co prawda, już nie znaczyła wiele, ale było kilka bardzo dobrych marek dostępnych na rynku. W końcu zdecydowałem się na Canona – i to jeszcze analogowego, były to bowiem jeszcze lata 80-te, natomiast pierwsze cyfrowe lustrzanki na rynku konsumenckim pojawiły się około połowy lat 90-tych. CANON EOS Elan miał na pewno jedną dużą przewagę nad moją Yashiką – automatyczne nastawianie ostrości, a poza tym ogromny wybór obiektywów. Pełno-klatkowy, z obiektywami które mogłem później używać w moim następnym, już cyfrowym, Canonie, na pewno wprowadził mnie na rynek nowoczesnych lustrzanek.
Pierwszą cyfrową lustrzankę CANON nabyłem w końcu 2009 roku, czy może dopiero w 2010. CANON T1 Rebel (czyli D500) pojawił się na rynku w połowie 2009, czyli że mogłem był już kupić go sobie na Gwiazdkę. Po drodze miałem już zresztą przez kilka lat cyfrowego Nikona opisanego powyżej. O ile mój NIKON 8700 miał matrycę 8 Mega pikseli, o tyle matryca Canona T1 była dwa razy taka (15 Mpixels). Lustrzanki cyfrowe, nawet te “cropped”, jak T1, czyli nie pełnoklatkowe, miały znacznie większy sensor niż aparaty “point-and-shoot”, a więc lepszy zapis szczegółów, nie mówiąc o całej gamie funkcji typowych dla lustrzanek.
Przez większość minionych lat jedynie z grubsza orientowałem się w czysto technicznej stronie aparatów i innego sprzętu fotograficznego. Ot, lubiłem robić zdjęcia, aparat musiał być w miarę porządny, ale nie traciłem godzin na studiowanie parametrów, przysłowiowe dzielenie włosa na czworo, analizy porównawcze, itp. Dopiero kiedy zacząłem rozglądać się za nowymi, i to już wysokiej klasy (widocznie wreszcie było mnie na to stać) obiektywami, zacząłem porównywać format APSC mojego T1 z formatem pełnoklatkowym, głównie w kontekście obiektywów “full frame”, czyli do aparatów pełnoklatkowych, ale równie dobrze – choć nieco inaczej – działających w aparatach “cropped”. A ponieważ kupiłem sobie dwa doskonałej klasy profesjonalne obiektywy CANON (z tzw. serii “L”) – jeden o stałej ogniskowej (100 mm), a drugi Zoom 24 – 105 mm, nabrałem też apetytu na nowy aparat pełnoklatkowy, mimo że mój T1 Rebel sprawuje się bardzo dobrze. Hobby ma to do siebie, że kupuje się i zbiera niekoniecznie to, co jest niezbędne, a nawet potrzebne, ale to co wzbudza zainteresowanie, zwiększa perspektywę doświadczeń, po prostu sprawia radość.
Gdzieś w listopadzie 2017 kupiłem więc Canon 6D Mark II – mój pierwszy pełnoklatkowy aparat cyfrowy. Oczywiście, wszystkie moje przedcyfrowe aparaty były “pełnoklatkowe”, to jednak jest zupełnie inna technologia. Nie powiem, że lepsza, choć na pewno łatwiejsza, bo nie trzeba czekać na wywołanie zdjęć, aby je ocenić, lub nawet powtórzyć.
6D Mark II jest zręczny, doskonale funkcjonalny, ale znacznie cięższy od T1, szczególnie że bierze się do niego pełnoklatkowy, a więc ciężki, obiektyw. Przy okazji dokupiłem jeszcze dwa pełnoklatkowe obiektywy Canon 70-200mm f4.0L, oraz szalenie ciekawy, choć o ograniczonej przydatności Canon 8-15mm f4.0L “Fish-eye”, super-szerokokątne cacko pozwalające na interesujące deformacje perspektywy aż do zdjęć w formacie pełnego koła. Udało mi się nim zrobić bardzo ciekawe zdjęcia wnętrza Capella Palatina w Palermo, a także zimowe i jesienne sceny nad Credit River w miejscu mojego zamieszkania. Oba te ostatnie obiektywy kupiłem używane, choć certyfikowane przez Henry’s i w doskonałym stanie. Canon 70-200 mm miał – w moich zamierzeniach – służyć do fotografowania ptaków. Nawet dokupiłem 2x converter, co pozwalało mi osiągać 400mm w aparacie pełnoklatkowym, a nawet 600 mm w moim starym T1, który ma nieco mniejszy format klatki (APSC). Converter ma jednak tę wadę, że pozwala tylko na ręczne ustawienie ostrości, czyli głównie robienie statycznych zdjęć przy użyciu statywu.
Ponieważ nie mam zwyczaju (ani czasu) na ustawienie sprzętu w danym miejscu i czekanie na ptaki, potrzebowałem bardziej uniwersalnego “ruchomego” aparatu, z którym mógłbym po prostu chodzić po lasach, bez potrzeby zmieniania obiektywów, ale też z odpowiednio długą ogniskową. Przez jakiś czas rozważałem NIKON P950 i P1000 o “księżycowych” ogniskowych (P1000 osiąga 3,000 mm), ale te aparaty mają tak malutkie matryce, mniej więcej jak w telefonie komórkowym, że jakość zdjęć przy dużych zbliżeniach jest raczej wątpliwa. Zdecydowałem się w końcu na droższy i o dużo krótszej maksymalnej ogniskowej, bo “tylko” 600 mm, SONY RX10MIV. Jego matryca jest czterokrotnie większa od wyżej wymienionych aparatów NIKON, a przy okazji jest to dla mnie wprowadzenie w świat technologii SONY, która to firma oferuje całą serię bardzo wysokiej klasy aparatów pełnoklatkowych typu “mirrorless”.
Technologia niewątpliwie inna od znanej mi do tej pory. Ciągle uczę się niektórych funkcji – wydają się one być bardziej rozbudowane niż w aparatach CANON, ale też nieco mniej intuicyjne. 600 mm doskonale wystarcza do fotografowania ptaków w “normalnej” – do kilkudziesięciu metrów – odległości. W “burst mode” można też zrobić nieprawdopodobną ilość klatek na sekundę, ale nad funkcjami automatycznego ustawiania ostrości, a zwłaszcza utrzymania ostrości poruszającego się obiektu, muszę nieco popracować. Ptaki są wdzięcznym tematem, ale też bardzo trudnym tematem do fotografowania. RX10MIV ciągle nie jest małym i bardzo lekkim aparatem “podróżniczym” – Zeissowski obiektyw jest bardzo solidny, a sam aparat nie mniejszy, a jeśli to bardzo niewiele mniejszy, od moich lustrzanek CANON, niemniej sam zakres ogniskowej daje mu uniwersalizm pakietu z kilkoma obiektywami, co w podróżach, a nawet jednodniowych wycieczkach, niewątpliwie ułatwia życie.




