Włoskie wędrówki 2014 – Rzym: Octavian Augustus i Livia Drusilla
Początek drugiej połowy października, a w Rzymie ciągle upał – w dzień dochodzi do 30 stopni, choć ranki i wieczory już chłodne. To co będzie później, na dalekim południu Włoch? Na dalekim południu było zimno – jedna z tych włoskich anomalii pogodowych – ale to dopiero za kilka dni. Na razie biorę prysznic po 3-4 razy dziennie, to znaczy za każdym nawrotem do hotelu, i przebieram wszystko, co mam na sobie. Hałas i spaliny takie, że nieprędko wrócę do tego miasta, chciałem jednak zobaczyć jeszcze kilka miejsc, które ominąłem podczas moich poprzednich tam pobytów. No i wrócić do knajpek w okolicach Piazza Navona, Spagna, czy pójść na Campo dei Fiori, powłóczyć się po zaułkach Trastevere. Przede wszystkim jednak zwiedzić Wzgórze Palatyńskie. Za dużo naczytałem się ostatnio o politycznych rozgrywkach między Oktawianem a Markiem Antoniuszem, mniej więcej w latach 30tych BC, a na Wzgórzu jest zrekonstruowany dom Oktawiana, a zaraz obok Liwii Drusilli, jego żony, przyjaciela i doradcy przez 50 lat – swoisty ewenement na tamte lata, mam na myśli długotrwałość i charakter tamtego związku, nie dom. To, że Liwia była matką (z jej pierwszego małżeństwa) późniejszego cesarza Tyberiusza, nie dziwi, ale czytając o jej charakterze, mądrości, rozwadze trudno pojąć, że ta piękna i mądra kobieta była również pra-prababką i pra-pra-prababką takich zboczonych osobników z późniejszego pocztu cesarzy rzymskich, jak Kaligula czy Nero. Na razie jednak jesteśmy w Rzymie Oktawiana Augusta, to znaczy – tych nielicznych ruin, jakie z tamtych lat na Wzgórzu Palatyńskim jeszcze pozostały. Bo leżące nieco niżej Forum Romanum daje już wrażenie starożytnego Rzymu, ale Palatyn to w większości pustkowie, z zaznaczonymi miejscami po wielkich budowlach. Oktawian August żył bardzo skromnie jak na cesarza, którym zresztą nigdy formalnie nie został; ten nieprawdopodobny mąż stanu umiał zachować pozory demokracji i kontrolować własne ego będąc, de facto, władcą absolutnym, i to przez kilka dziesięcioleci. No, ale nie każdy jest synem – nawet jeśli tylko adoptowanym – i dziedzicem Juliusza Cezara. Na pewno odziedziczył po boskim Juliuszu jego zmysł polityczny, którego zabrakło wszystkim przeciwnikom Oktawiana, z Markiem Antoniuszem na czele. Temu ostatniemu nie zdołała pomóc nawet piękna Kleopatra, z jej bajecznymi skarbami Egiptu i Azji Mniejszej – w ostatecznej rozgrywce legiony rzymskie, ze wschodu i z zachodu Imperium, murem stanęły za Oktawianem. Pomóc mu nie zdołała, ale legenda ich szaleńczych ambicji i równie szaleńczej miłości przetrwała następne 20 stuleci.
Jedyne, co pozostało z domów Oktawiana i Liwii, to fragmenty malowideł ściennych, pieczołowicie odrestaurowanych na gipsowym podłożu ścian w zrekonstruowanych pokojach dających jedynie pojęcie o wielkości owych pomieszczeń, bo niczego więcej w nich nie ma, żadnych mebli, żadnych przedmiotów; wszystko pochłonął czas, kolejne najazdy na Rzym, i do ostatnich dziesięcioleci małe zainteresowanie władz ratowaniem i rekonstrukcją zabytków. Pomieszczenia rzeczywiście – jak na władców Rzymu – nieduże. U Oktawiana studio do pracy, sypialnia, trochę wieksze sale, gdzie przyjmował innych; dominują przepiękne spłowiałe karmazyny. U Liwii kolory bardziej stonowane – więcej oliwkowych zieleni, beżu, no i komnaty nieco większe niż w domu jej męża. Musiało to przepięknie wyglądać, gdy kwitło tam normalne codzienne życie – rzymskie togi, ludzki gwar, wieczorne biesiady z winem, ale ostentacji w tym nie było. Niektóre z pomieszczeń za grubą szybą – widocznie malowidła bardziej narażone na zniszczenie. Ale nawet w pozostałych – a w każdym momencie może tam przebywać równocześnie nie więcej niż pięcioro zwiedzających – jest się przez cały czas pod obserwacją kustoszy, nie mówiąc o wszelkiej aparaturze monitorującej. Gdy w którymś momencie obróciłem się i mój plecak znalazł się o 2-3 cale od ściany z owymi bezcennymi malowidłami, włączył się cały system alarmowy.


