Z dwóch części się składające. Pesymistom na pocieszenie, optymistom ku rozwadze, tym nudzącym się na emeryturze dla zajęcia czasu, tym zasuwającym w szpitalach w czasie epidemii dla chwilowej chociaż rozrywki … (to parafraza Tokarczuk z początku Ksiąg Jakubowych, ale to też nie oryginalnie jej).
Część pierwsza – o akcentach i standardach:
Jeden z moich kolegów uparł się, że francuski z Québec’u to w ogóle nie francuski. To patois, który tak ma się do francuskiego, jak afrikaans do holenderskiego. Chyba trochę przedobrzył. Québecois i francuski są, oczywiście, nieco inne. Przyjmijmy, że ‘francuski’ to ten paryski, albo może ten nauczany w Alliance Française. Ale prowansalski i francuski są też nie tylko nieco inne, ale mocno inne.
40 lat temu mieszkałem w Meksyku, gdzie wykładałem ekonomię i statystykę (pod różnymi dziwnymi nazwami) na jakimś zadupiu na wschodnim wybrzeżu, bardzo zresztą interesującym pod wieloma innymi względami, w Institute of Technology (Instituto Tecnológico), który w dodatku też był na M, aczkolwiek niestety nie Massachusetts. Po hiszpańsku, rzecz jasna, którym to językiem władałem wtedy, jakbym się tam urodził – mogę się tak przechwalać do woli, bo to było dawno temu, i obecnie pozostała mi przyzwoita tego języka znajomość, ale nic więcej. Meksykański hiszpański jest “łatwy”, oczywiście w każdym regionie mnóstwo lokalnych modismos, ale w sensie wymowy łatwy. Pierwsze schody zaczęły się na Kubie – poza zona turística, rzecz jasna, czyli wśród ludności innej niż ta wybrana do obsługi turystów. Ale to była pestka. Prawdziwe schody były dopiero w Hiszpanii, gdzie szybko musiałem przestawić się na inny zupełnie sposób mówienia. Przede wszystkim znacznie szybszy – naprawdę nie nadążałem, jeszcze po meksykańskiej filozofii życia wyrażającej się słowem mañana (w poprawnym tłumaczeniu: po co się spieszyć do własnej śmierci). Jeszcze Madryt, Toledo, Salamanca, inne duże miasta, to było pół biedy – był to ciągle castellano, ale z meksykańskim mający tyle wspólnego (poza pisownią i gramatyką), co francuski z québecois :)). Dopiero między tymi miastami, zwłaszcza w wioskach i miasteczkach Sierra de Francia (dla zmyłki bliżej granicy z Portugalią niż z Francją) oraz między Salamanca i Léon można było połamać sobie zęby. Wszyscy wiemy o katalońskim, jakkolwiek w samej Barcelonie to raczej za dużo się go nie usłyszy, ale nawet poza, znając hiszpański i francuski już można sobie poradzić (podręcznikowy przykład to owe katalońskie bon dia, czyli coś między hiszpańskim buenos días (lub buen día) a francuskim bonjour). Ale mniej osób wie, że na Majorce istnieje też odmiana katalońskiego (trochę bliższa jednak castellano), nazywana mallorquín, szczególnie na północy, gdzie dociera mniej turystów, i gdzie są przepiękne góry na ponad 1 km wysokie. Największą zabawę, albo i największą rozpacz, przeżyłem jednak z angielskim. Prowadziłem kiedyś jakieś seminarium w Singapurze – tam akurat żadnych problemów nie miałem. Ale mój tamtejszy gospodarz, Azjata, wyjechał później na jakiś uniwersytet australijski, i po kilku latach odwiedził mnie na U of Toronto z jednym australijskim profesorem z tamtego uniwersytetu, prawdziwym australijczykiem z buszu (żaden tam aborygen, normalny biały australijczyk, tyle że … no, z buszu). Poszliśmy sobie na lunch do dobrej knajpki koło uniwersytetu, i przez następne półtorej godziny musiałem wysilić wszystkie moje faculties, i spociłem się przy tym jak mysz, żeby go w ogóle zrozumieć. On mówił cały czas po angielsku – i co z tego?
Wracając do hiszpańskich dyrdymałek językowych – co 6 miesięcy musiałem odnawiać wizę (właściwie permiso de trabajo), pomimo dwuletniego kontraktu, przedłużonego potem na następne dwa lata). Przy pierwszej takiej okazji mój meksykański szef polecił mi napisać podanie do odpowiedniego departamentu odpowiedniego ministerstwa. No więc napisałem: Do takiego i takiego; Od takiego i takiego; Data taka i taka; Sprawa (asunto; albo se refiere a) taka i taka. Wyłuszczyłem sprawę w dwóch zdaniach; Cordialmente – K.L.) Pokazałem szefowi. Przeczytał, najpierw zbladł, potem spurpurowiał, potem znowu zbladł, ciężko westchnął, powiedział tylko: Cristóbal – por Dios, poszedł do swojego biurka, siedział przy nim przez godzinę, w końcu zadowolony z siebie pokazał mi moje podanie. Tzn. z mojego podania zostały ciągle te dwa zdania wyłuszczające sprawę. Ale poprzedzało je pół strony różnych bredni na temat zdrowia i dobrobytu muy estimado Señor licenciado taki a taki (bo tam każdy jest licenciado, jak we Włoszech każdy jest dottore), zdrowia i dobrobytu jego małżonki, jego dzieci, po czym następowały rzekomo moje suplikacje, że mam nadzieję, że mu nie przeszkadzam w jego niezwykle ważnej pracy, itd., itp. A po owych dwóch zdaniach wyłuszczających sprawę następowało drugie pół strony rzekomo moich uniżonych podziękowań, i znowu życzenia zdrowia i szczęścia dla estimado Señor licenciado, su esposa y sus hijos, itd., itp. Przeczytałem. Teraz ja z kolei zbladłem, potem spurpurowiałem, i znowu zbladłem. Co jest, do cholery? – pomyślałem – królewski dwór hiszpański na tym zadupiu meksykańskim, gdzie jest tak gorąco, że rano nie mogę otworzyć drzwi samochodu, bo klamka parzy, a wilgotność taka, że w sypialni muszą chodzić równocześnie piecyk elektryczny i wiatrak, bo inaczej ubrania w szafie spleśnieją, i gdzie kupno AC jest obłożone 400% cłem, a elektryczność i tak ci wyłączą kilka razy na dobę. I to było moje przebudzenie jeśli chodzi o pisany hiszpański.
Część druga – o potrzebie wulgaryzmów:
Początek taki sam, jak w części pierwszej: Jeden z moich kolegów, kiedy zakwestionowałem niepotrzebne, moim zdaniem, wulgaryzmy w jego tekście, zadał mi pytanie: z jakiej to ja się urwałem choinki (z Księżyca?, z Marsa?, z innego kokona?), po czym dodał już spokojniej, że “nie szkodzi dodać odrobinę pieprzu do wypowiedzi to emphasize the point'”. W pełni się z tym zgadzam, w dodatku stąpamy obaj po tej samej ziemi (Ziemi). W mojej ulubionej knajpce w Neapolu, gdzie zamawiałem przepyszne linguini ai funghi lub pizza napoletana, plus karafkę wina, też prosiłem o odrobinę pieprzu (a nawet soli) to emphasize the taste. Ale wcale nie chciałem, żeby mi, kurwa, wsypano do talerza zawartość całego młynka pieprzu (dla niepoznaki białego), i całego młynka soli (dla niepoznaki różowej, himalajskiej). I niesmacznie, i niezdrowo. A już do wina …
Jest oczywiste, że wulgaryzmy stanowią część języka kolokwialnego, a i w literackim spotyka się je w pewnych (ostatnimi czasy rosnących) dawkach. Nie po to jednak uczono Jasia poprawnej polszczyzny w porządnym liceum na Bema, żeby Jan mówił jak kolesie spod budki z piwem, którzy żadnych szkół (poza szkołą życia na ulicy) nie kończyli, i których zasób słownictwa (nie Jana, ale tych kolesiów) ogranicza się przypuszczalnie do 100, z czego 90 to owe wulgaryzmy. Przesadzam oczywiście – to emphasize the point.
Wśród pryszczatych i zakompleksionych małolatów był to zapewne klasyczny wentyl bezpieczeństwa dla ich psychiki. Sam znałem wtedy jednego, co w wieku lat 16 powiesił się, bo widocznie zabrakło mu takiego wentyla. Do tego dochodziła presja rówieśników – no bo w takiej grupce każdy chciał szpanować i być tym najlepszym, albo choćby równym z innymi – czyli klasyczna pozerka. No, ale ta faza jest już chyba dawno za nami. Czy może doszły jakieś inne zakompleksienia, jak na przykład potrzeba sztucznego odmładzania się. Możliwe. “Patrzcie, jaki ze mnie zajebisty dziadek. A w innych dziedzinach też mogę się pochwalić” – o to chodzi? Tylko kogo te pozy interesują?
Wulgaryzmy są i przydatne, i nawet potrzebne, tylko po co być nachalnym w ich używaniu – czy trzeba, czy nie trzeba – a tych co tego nie potrzebują w takiej ilości uważać za ‘przechlapanych’ (w oryginale inne słowo). Pamiętam jedno przedstawienie teatralne w Toronto (normalna “poważna” sztuka, żaden tam kabaret, widownia ze średnią wieku 79, czyli w zdecydowanej większości wdowy), które było poprzedzone następującym ‘announcement’: “Be advised that this performance contains foul language. Now, please turn off your fucking cellphones.” W samym przedstawieniu było tego trochę więcej, ale zostawiono miejsce i na inne treści, i na inne słowa. I wszyscy się dobrze bawili.
Wulgaryzmy jako zjawisko społeczne i językowe to fantastyczny teren badawczy dla lingwistów i socjologów (i jednego znanego mi osobiście profesora fizyki na UW). Bardzo sobie cenię angielsko-amerykański Urban Dictionary, choć jest on szerszy w swoim zasięgu i nie ogranicza się tylko do wulgaryzmów. Z przyjemnością – nie wierzyłem własnym oczom, że to puścili, choć bez skreśleń dopiero w drugim wydaniu (nie cenzura, bo tej nie ma, chyba że kościelna, ale wydawnictwo) – czytałem ową książkę Michała Witkowskiego Wymazane. Kwintesencja gatunku i kompendium słownictwa – chyba nawet największy znawca wulgaryzmów z mojej dawnej klasy licealnej dałby tej książce 4 punkty na 5. No, może 3 1/2 – bo piątka dla Pana Boga, a czwórka dla jego proroka. Ale taka jedna wystarczy mi na jakiś czas.
Tak się jednak złożyło, że niedługo potem znowu czytałem coś tej pierd… (przepraszam) “gwiazdy” literatury francuskiej ostatniej dekady, Michel’a Houellebecq’a (Prix Goncourt, itd.). I to jeszcze po francusku, w ramach treningu. No, tu się przejechałem, bo przez pierwsze dwa rozdziały musiałem najpierw nauczyć się odpowiedniego słownictwa. Potem już szło lepiej, tylko coraz nudniej – no bo ile można? Houellebecq katapultował do literackiej sławy głównie przez swoją powieść Soumission (Submission, w polskim wydaniu Uległość), gdzie dobrze kopnął Francuzów i obudził ich z letargu wizją Francji przejętej przez Islam. Trzecie pokolenie mojej francuskiej rodziny (ni chu, chu po polsku – to ze Stasiuka) natychmiast wystąpiło o polskie paszporty. Nie była to zła książka – zręcznie napisana, temat na czasie, WIELKA LITERA… to jednak nie była, jak i wiele innych jego rzeczy. Tym razem czytałem Plateforme – facet w młodo-średnim wieku dostaje spadek i wybiera się (sam) na wycieczkę do Tajlandii. Wcześniej jednak były te dwa rozdziały jeszcze we Francji, gdzie uczyłem się słownictwa. Po co taki facet jedzie do Tajlandii? Po to, aby zwiedzać cuda wschodniej architektury, oczywiście. Stare zabytki, ale również te bardzo młodziutkie cuda. W grupie jest paru innych facetów, starszych, z żonami lub partnerkami, co przecież nie przeszkadza. O czym rozmawiają przy drinkach? O cudach wschodniej architektury, oczywiście. Najczęściej o tych młodziutkich cudach – jak dobrze zbudowane, jaki szyk, sama radość dla oczu i innych zmysłów. I co z nimi można zrobić. I jak. I każdy z nich myśli (i mówi) – patrzcie, jaki ze mnie zajebisty facet. I tak przez 200 stron.
A potem tak się złożyło, że przyszły pełne wulgaryzmów i samochwalstwa emails od owego kolegi. Dziwicie się, że miałem dosyć? Ja się nie dziwię. W końcu dałem sobie z tym spokój – powiedziałem: Eh – świata nie zmienię, sięgnąłem do półki z książkami, wyjąłem stare polskie wydanie Dzieci z Bullerbyn, przeczytałem rozdział czy dwa. Powiało czystym powietrzem. Otworzyłem butelkę czerwonego wina . Świat znowu stał się normalny.
