Moje przygody z tzw. “służbami”
Przeglądam regularnie (od kilku lat) strony internetowe “Gazety Wyborczej” (aha, powiedzą niektórzy, to już teraz znamy twoje poglądy), czasem też innych pism lub portali prywatnych, np. Daniela Passenta. Bardzo mnie rozbawiło, ale i zasmuciło, obecne rozgorączkowanie w Polsce na temat Lecha Wałęsy i jego faktycznej lub rzekomej kolaboracji ze służbami specjalnymi. No, wielkim prezydentem to on nie był (bo niby skąd?), ale niewątpliwie odegrał w swoim czasie wielką rolę historyczną. A kolaboracja, itd. – ci, co o tym teraz piszą, często mydłki, które w tamtych latach chodziły jeszcze w krótkich spodenkach, nie mają bladego pojęcia, w jakich czasach się wtedy żyło i co oznaczały, lub mogły oznaczać, spotkania z tzw. “służbami”.
Nie miałem osobiście wielu “punktów stycznych” z owymi służbami, ale dwa miałem. Na szczęście dla mnie, spotkania te były “lekkie, łatwe, i przyjemne” – no, może z wyjątkiem tego ostatniego, a ponieważ rzucają trochę światła na ówczesną atmosferę i zwyczaje, więc o nich opowiem. Pierwszy z owych “punktów stycznych” miał miejsce chyba na ostatnim roku moich studiów, kiedy już miałem ofertę pracy na SGPiS-ie w katedrze ekonomii. Czy też może już byłem na stażu asystenckim? – nieważne. Któregoś dnia zostałem poproszony na rozmowę z oficerem Wojska Polskiego. Rozmowa była właściwie o wszystkim i o niczym, trochę o moich zainteresowaniach, o tym co czytam, jakie są moje plany na przyszłość, ale krążyła też uparcie wokół mojej znajomości języków (będąc absolwentem liceum z wykładowym angielskim, mówiłem biegle po angielsku, a i sporo po francusku – co w tamtych “bezwyjazdowych” czasach nie było jeszcze zbyt powszechne). Tak jak teraz na to patrzę, to wyraźnie chodziło wówczas o zwerbowanie mnie do wywiadu wojskowego. Widocznie byłem jednak za mało inteligentny, nie miałem pokerowej twarzy, prawdę mówiąc – przynajmniej tak mówiła moja późniejsza żona – wszystko było na niej od razu widać. Choć podejrzewam, że to właśnie moja uwaga, że zamierzałem się wkrótce ożenić, miała niezamierzony (przeze mnie) efekt natychmiastowego “wygaszenia” zainteresowania mojego rozmówcy. I słusznie – dobrym wywiadowcą można być tylko w stanie wolnym, każda kobieta jest jedynie “obciążeniem”. Można sobie oczywiście poużywać, jak robił to James Bond w każdym ze swoich filmów, ale wiązać się na stałe to już nie.
Moja druga styczność z owymi służbami była nieco bardziej humorystyczna. Otóż, już jako adiunkt, prowadziłem między innymi wykłady z ekonomii na studiach wieczorowych, i tak się złożyło, że SGPiS przyjął wtedy na owe studia, i to bez egzaminów, dwie czy trzy grupy pracowników MSW, którzy potrzebowali dyplomów. Ci z nas, co prowadzili owe zajęcia, łącznie ze mną, czuli się trochę nieswojo, ale zupełnie niesłusznie. Byli to na pewno moi najlepsi polscy studenci, i jedni z najlepszych moich studentów w ogóle (lepsi od nich byli tylko studenci mojej zaawansowanej “post-graduate class” w Meksyku, ale to była garstka, zaledwie 15 osób, za to co za poziom). Tajemnica polegała na tym, że oni (ci z MSW) doskonale zdawali sobie sprawę ze swojej uprzywilejowanej pozycji, przyjęcia na studia bez egzaminów, itd., i tym bardziej chcieli wypaść godnie w swoich włanych (i w moich) oczach. Nigdy nie miałem tak fantastycznych dyskusji o ekonomii politycznej, jak z owymi studentami z MSW.
No, ale również wtedy owo MSW zabrało mi paszport, bo w poprzednim sezonie, będąc z moją żoną w Londynie, przedłużyliśmy sobie samowolnie wizy o miesiąc (sic!). Teraz to brzmi naprawdę śmiesznie, ale w tamtych czasach samowolne przedłużenie sobie pobytu za granicą, i to jeszcze w taki sposób – wysłaliśmy nasze polskie paszporty pocztą do Sommerset House, i po tygodniu otrzymaliśmy je, tą samą drogą, odpowiednio ostemplowane przez Home Office – było jeśli nie karalnym przestępstwem, to co najmniej poważnym wykroczeniem. No więc po paszporcie, a tu szykuje mi się wyjazd z grupą studencką do Kopenhagi, aż szkoda okazji, to był w końcu rok 76 lub 77, nie za dużo takich okazji wtedy było. Jakoś tak mi się wymsknęło na zajęciach z owymi z MSW, że szykowała mi się dwutygodniowa przerwa z nimi, ale mi zatrzymano paszport. No i wyobraźcie sobie, że po wykładzie podchodzi do mnie jedna z moich studentek i mówi: “panie doktorze, ja to panu załatwię.” Po tygodniu, przed następnym wykładem, podchodzi do mnie jeszcze raz, i daje mi karteczkę z telefonem i nazwiskiem pułkownika MSW, do którego mam się zgłosić. Zgłaszam się więc, pułkownik siedzi za biurkiem na odległość boiska futbolowego ode mnie, i widzę że ma mój paszport w ręku. A ja byłem na tyle głupi, że zagadnąłem go, dlaczego właściwie mi ten paszport zatrzymali, co ja takiego złego zrobiłem? Musiałem jednak wypowiedzieć to nieco lekceważącym tonem, trochę na zasadzie: “co wy się wygłupiacie”, bo pułkownik spurpurowiał na twarzy, po czym wrzasnął do mnie, czy ja “kurwa, przyszedłem tu z nim dyskutować?”, no ale jakoś udało mi się go ułagodzić, i na koniec rzucił mi ten paszport przez stół i kazał mi się wynosić. I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje kontakty z tak zwanymi “służbami”, ale doskonale rozumiem, że moje były wyjątkowo łagodne, i dlatego opinie obecnych wyjazgotanych i urodzonych później pajaców od mass media jedynie mnie śmieszą. Oczywiście, że “białe było i pozostaje nadal białym”, a “czarne czarnym”, ale była też wtedy nieskończona gama wszelkich odmian szarości, i niektórzy byli często bezwiednie wciągani w tryby i trybiki systemu, czy tego chcieli, czy nie. I niestety, na w pełni bezkompromisową postawę nie wszyscy mogli sobie pozwolić, często z przyczyn czysto bytowych, a “byt”, jakby ktoś nie pamiętał słynnej tezy Marksa, określa “świadomość”.
