Wyprawa w Góry Atlas
Zaskoczenie przesuwającymi się wokół pejzażami było kompletne, choć przecież widziałem reprodukcje obrazów Jacques’a Majorelle. Myślałem wtedy, że to taka artystyczna impresja, a tymczasem góry i doliny Atlasu rzeczywiście fosforyzowały tymi kolorami, od spatynowanej miedzi, poprzez szare srebro, wszelkie odmiany beżu, aż do ciemnorudego, przetykane dolinami o zieleniach tak innych od tych spotykanych zazwyczaj, że nie mogłem oderwać oczu od tej przepięknej malarskiej palety. Ta różnorodność barw, jeden odcień przechodzący w drugi, potem w trzeci, aby nagle zmienić podstawową barwę i kontunuować dalej w następnych mutacjach, nadawały krajobrazowi ekspansywność i trójwymiarowość, które dało się uchwycić nawet na zdjęciach.
Wycieczki organizowane przez Club Med – szczególnie te na 3-4 osoby – mają kilka zalet i jedną wadę. Przy wyjeździe jesteś rejestrowany – dokąd, z kim, kiedy planowany powrót, co – teoretycznie przynajmniej – zapewnia większe bezpieczeństwo; masz też kierowcę i zarazem przewodnika, który, w razie konieczności, rozmawia z miejscową policją lub wojskiem. A ta negatywna strona – jedziesz z nieznanymi ci współtowarzyszami wycieczki. W tym przypadku miałem nawet szczęście – kierowca i zarazem przewodnik był miły, wygadany i kompetentny, a nawet potrafił bardzo ciekawie opowiadać, co prawda wyłącznie po francusku, ale mówił dobrym francuskim, czyli coś z tego rozumiałem. Z towarzyszami podróży było różnie, ale nie najgorzej, bo w końcu było ich tylko troje – młoda para Francuzów z Bordeaux o bardzo miłym usposobieniu, ale bardzo ubogim zakresie tematów do rozmowy; no i Edite – starsza pani profesor “lingwistyki generalnej” z uniwersytetu w Mediolanie. Ah – to już był ewenement. Nie tylko, że mówiła biegle po francusku, hiszpańsku, angielsku, włosku, i niemiecku, to jeszcze tłumaczyła berberskie nazwy powołując się na słowa greckie, łacińskie, a nawet sanskryt. Miałem więc okazję poznać, czym jest “lingwistyka generalna” w praktyce, ale każdy poruszany z nią, czy przez nią, temat był ciekawy – czy to współczesne problemy polityczne Włoch, czy Umberto Eco i jego semiotyka, “rzymska” historia północnej Afryki, czy też składniki marokańskiej tagine serwowanej nam na lunch. A ponieważ mój francuski nie jest zbyt płynny i szybko się “w nim” męczę, zaś Edite swoje młode lata spędziła w Chile, rozmawialiśmy głównie po hiszpańsku, czyli języku, który w Maroku odegrał swoją rolę, jakkolwiek bardziej na północy kraju, my natomiast zmierzaliśmy z Marrakech’u prościutko na południowy wschód w stronę przełęczy Tichka, przez którą, na wysokości 2,200 m, przecinaliśmy góry Atlas. Bo prawdziwym celem były kasbahs po drugiej stronie przełęczy, niesamowite budowle z surowej gliny, częściowo ruiny, częściowo jeszcze zamieszkałe, choć czasy ich świetności dawno minęły.


