Pustynne miraże
Abu Dhabi – May 2014
Standardowy komunikat przed lądowaniem był najpierw po holendersku (leciałem KLM-em z Amsterdamu) i ze słów kapitana zrozumiałem, że temperatura w Abu Dhabi wynosiła 25 stopni Celsjusza, kiedy jednak powtórzył komunikat po angielsku, okazalo się, że to było 35 stopni – o ósmej wieczorem, w pierwszych dniach maja! Niektórzy w samolocie aż jęknęli, ale ja lubię wysokie temperatury, zwłaszcza, że na pierwsze trzy dni miałem zarezerwowany Park Hyatt na Sadiyat Island, z prywatną plażą i kilkoma basenami. O naiwności – może kiedyś, mieszkając w Meksyku, znosiłem taki gorąc, ale byłem wtedy o połowę młodszy. Gdy następnego dnia po śniadaniu – wewnątrz hotelu, bo po jednym kroku na zewnętrzny taras natychmiast się cofnąłem – poszedłem na plażę, myślałem, że moje zmysły źle odbierają rzeczywistość. Facet z obsługi, rozkładający mój parasol i rozścielający ręczniki, poinformował mnie, że jest 40 stopni w cieniu. W cieniu! – a ja byłem na plaży. Dobrze schłodzone butelki wody były dostarczane za darmo. Po piasku nie dało się chodzić boso, a nieskazitelnie czysta woda w Zatoce Perskiej niemal wcale nie dawała ochłody – sama pewnie miała ze 30 stopni. Wytrzymałem tam może godzinę, większość czasu pod parasolem i pijąc zimną wodę, którą natychmiast wypacałem, jej przetworzone przez mój organizm strużki płynęły mi po czole, spływały po plecach, po ramionach. Dwa spacery wzdłuż pustej niemal plaży – nie tyle, że nie było ludzi, tylko plaża była tak duża, że wydawała się niemal pusta, dwie krótkie kąpiele w ciepłej zatoce, i miałem dosyć – zrejterowałem w chłodne zacisze hotelu. Po południu było już nieco lepiej – godzina spania zregenerowała siły, no i niebo się zachmurzyło, a temperatura spadła o kilka stopni. Niby niewiele, ale kilka stopni przy czterdziestce to różnica między względnym komfortem a jego całkowitym brakiem.
Musiałem chyba trafić na anomalię pogodową w początku maja, bo następnego dnia wiała już silna bryza i było “normalniej” – wręcz jak na Karaibach.
Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):
1. prywatna plaża hotelu Park Hyatt na Sadiyat Island, nad samą Zatoką Arabską.
2. co kilkanaście metrów był albo namiot obsługi, albo przynajmniej ice-box z zimną wodą. Przy lekkiej bryzie było tam bardzo przyjemnie, ale w nieruchomym powietrzu i przy 40 stopniach w cieniu nawet kąpiel nie dawala ochłody.
3. hotel dosłownie dotykał szerokiej plaży, ale przechodziło się długim drewnianym pomostem, aby chronić lęgowiska żółwi.
4. i 5. tu brało się drinki i patrzyło na plażę.
6. ostatnie zdęcie: Park Hyatt w nocy: do wyboru trzy bardzo dobre (niestety, również bardzo drogie) restauracje. Ale chyba tylko Jumeirah Etihad Towers w Abu Dhabi dorównywał mu komfortem i wysokim poziomem obsługi; nawet hotele w Dubai pozostawały w tyle.
Al-Ain, UAE – May 2014
Wynajmuję auto i jadę do oazy Al Ain, i dalej – nad samą granicę z Sułtanatem Omanu, w góry Jebel Hafeet. Pierwsza niespodzianka – mam tylko ¼ baku benzyny, a jestem już na szosie za Abu Dhabi. Pierwszy raz mi się zdarzyło, że wynajęty samochód nie ma pełnego baku; nawet mi do głowy nie przyszło sprawdzić przy wyjeździe. Do Al Ain to tylko 160 km, ale praktycznie przez pustynię, choć komfortową autostradą. No tak, ale tutaj to już naprawdę jest ponad 40 stopni, i jeśli zabraknie mi benzyny, to długo w tym upale nie wytrzymam z jedną małą butelką wody, jaką przezornie zabrałem z hotelu. Nie wspominając już o tym, że stanąć na szosie z powodu braku benzyny w kraju, który płynie na morzu ropy naftowej było by chyba szczytem i ironii, i złośliwości losu. Na sąsiednim fotelu mam rozłożone wszelkie możliwe mapy. Znak przy autostradzie informuje, że następna stacja jest za 90 km. OK – dojadę. Okazuje się, że następna stacja jest już za 10 km., a potem jeszcze ze dwie po drodze do Al Ain. Przyjacielski Arab obsługujący mój samochód patrzy przez szybę na moje rozłożone mapy, po czym uśmiecha się i mówi: “Ah, ty wierzysz w te mapy? Tutaj mapy są do niczego”. Faktycznie, chyba przez godzinę studiowałem mapę Abu Dhabi, a i tak nie połapałem się w geografii i wyjazdach z miasta. Zrobiłem kilka rund przez różne ulice, i “trafiłem” w autostradę E22 na Al Ain. Ale to był piątek, czyli tutejszy dzień świąteczny, kiedy ruch był mały. “Gdzie jedziesz?” – pytał dalej Arab – “do Al Ain, Jebel Hafeet?”. “Follow the Pakistanis. For some reason, Pakistanis always go to Jebel Hafeet on Friday”. Tak jakbym ja umiał rozpoznać, w których samochodach jadą Pakistańczycy. Ale faktycznie, gdy dojechałem do Jebel Hafeet, szosa była pełna aut z Pakistańczykami, całe rodziny, wysiadali, fotografowali się, jakby byli w jakimś świętym miejscu. Do tego stopnia, że jak wczesnym wieczorem pojechałem na sam szczyt łańcucha Jebel Hafeet, gdzie kończyła się droga – kilkaset metrów dalej była nieoznaczona, ale też niedostępna granica między Emiratami a Omanem – nie było gdzie zaparkować auta. Rozczarowany wróciłem do hotelu – jakiś pustynno-górski Disneyland? Ale nie – to tylko piątek i sobota, a więc ich weekend. Już w niedzielę było cicho, pusto, i tajemniczo. Jebel Hafeet nie jest dużym łańcuchem górskim, z mapy wynika, że znacznie potężniejsze góry są dalej, w Omanie. Ale formacje skalne są niepowtarzalne, widoki nie z tej ziemi, a wspaniała, zbudowana przez Niemców, szosa na sam szczyt zapewnia komfort zwiedzania. W pobliżu szczytu jakiś szejk wybudował sobie pałac, a tylko trochę niżej znajdował się mój hotel, z najlepszym chyba, bo aż 35-metrowym, basenem do pływania, jaki spotkałem w hotelach.
Komentarz do zdjęć (od góry artykułu Al-Ain, od lewej strony w prawo):
1. pierwsze dwa zdjęcia: te diuny fotografowałem z auta; pustynia podchodziła niemal pod samą autostradę.
2. drugi rząd: w górach Jebel Hafeet.










