Malowanie uspokaja
Czy zawsze uspokaja? Nie, nie zawsze. Pamiętam moje mizerne próby sprzed kilkunastu lat, kiedy to po zamalowaniu jakiegoś powleczonego cieńką warstwą białego gesso kartonika czułem się wyczerpany fizycznie i psychicznie. Teraz jest znacznie lepiej. Kupuję sporej wielkości obramowane płótna, maluję dwa, trzy obrazy naraz, tygodniami, tu dodając, tam ujmując, nakładając warstwę za warstwą akryliku, raz bardziej przejrzystą, innym razem bardziej opakową, nauczyłem się, która farba ma jakie właściwości, i rzeczywiście zajęcie to mnie uspokaja, i to pomimo mojego częstego niezadowolenia z wyników. A dlaczego akrylik? Bo jest znacznie łatwiejszy, szczególnie na początku. Szybko wysycha, pędzle czyści się łatwo w wodzie, no i nie śmierdzi nigdzie terpentyną. Raz użyłem farb olejnych, ale z dużą ilością linseed oil i mineral spirits, te ostatnie rzekomo miały być bezwonne – guzik prawda, śmierdziało na cały pokój, a olejny obraz, czy też raczej jego początki, musiał być wystawiony na zewnątrz, i dopiero jak farba wyschła, mogłem go z powrotem umieścić w domu. Zresztą, do akryliku przekonałem się dopiero po zrobieniu internetowego kursu MoMA “Postwar American Abstract Painting”. Był to bardzo dobrze poprowadzony cykl wykładów na temat takich artystów jak Barnett Newman, Jackson Pollock, Willem de Kooning, Agnes Martin, Ad Reinhardt, itd., oprowadzających po ich obrazach, ale też analizujących poszczególne techniki malowania, a wszystko poprzedzone trzema wykładami na temat przygotowywania płótna, farb akrylikowych, i farb olejnych. Wtedy właśnie zacząłem eksperymentować z farbami akrylowymi, i szybko na nich oparłem większość moich własnych obrazów. Nie wykluczało to, oczywiście, technik mieszanych. W mojej pierwszej pracy, opartej o technikę taśmy maskującej, tak powszechnie używanej przez Barnetta Newman’a, użyłem farb akrylikowych i … srebrnej emalii samochodowej, którą zamalowywałem rdzę na mojej Lexus. Zaś w mojej imitacji stylu Jacksona Pollock’a użyłem kilku różnych komercyjnych emalii olejnych – prawdę mówiąc, czarnej, czerwonej, i zielonej farby do malowania zardzewiałego metalu – na płótnie przygotowanym wcześniej w oparciu o farby akrylikowe. Takie mieszane techniki są często bardzo inspirujące, a efekty nie zawsze łatwe do przewidzenia.
Zacząłem – to moje pierwsze płótno – od imitacji Barnetta Newman’a, a raczej od inspiracji jego czarnymi obrazami z cyklu Cantos, bo nie malowałem w końcu żadnej kopii, a jedynie kierowałem się techniką i nastrojem. No więc, najpierw tło – akrylik, Mars Black, czyli matowy czarny, ale troche rozcieńczony, a po wyschnięciu potraktowany papierem ściernym. W efekcie wyszło zupełnie ciekawe “porysowane” czarno-matowe tło. Mniej więcej pośrodku dałem dwa paski taśmy maskującej, zostawiając około 2 cm przestrzeni między nimi, i w tę przestrzeń nałożyłem pędzlem srebrną emalię do karoserii mojego samochodu. Nie byle jaki samochód, i nie byle jaka emalia, skrzyło się to srebro pięknie na matowym czarnym tle. Ale najciekawszy był, jak zwykle, efekt niezamierzony: otóż taśmy maskujące nie przylegały zbyt mocno do płótna, więc ta nałożona pomiędzy nie srebrna emalia “przeciekała” pod nimi, i kiedy zerwałem obie taśmy wyszedł bardzo nieregularny, ale właśnie ciekawy, postrzępiony wzór po obu stronach widocznego ciągle, jeśli się dobrze przypatrzeć, paska głównego wytyczonego przez owe taśmy maskujące. Potem dodałem jeszcze jeden wąski pasek po lewej stronie obrazu, ale już beżowy akrylik (właściwie: Unbleached Titanium). Całość – gdyby namalował to Barnett Newman gdzieś w latach 1940-ych, na płótnie o kilka skal większym – byłaby dzisiaj arcydziełem, a przynajmniej takie myśli mnie nachodzą, kiedy na ten obraz patrzę. Niestety, na fotografi nie tak zupełnie wychodzi owa srebrzystość na tle matowej i porysowanej czerni – ale wierzcie mi, że jest.
Potem był ‘Jackson Pollock’, ale “w etapach” – a więc o nim będzie jeszcze później. Namalowałem beżowe tło (znowu Unbleached Titanium z różną domieszką wody), a po wyschnięciu, trochę Zinc White, czy też Titanium White w wąskich nieregularnych pionowych paskach szorstkim 1-calowym pędzlem, a potem zostawiłem płótno na 2-3 tygodnie, zajmując się czymś innym.
To “coś innego” to były dwie prace – zacząłem od “drugiego” “Newman’a”, dla którego inspiracją był jego obraz Concord. No, nie całkiem mi to wyszło, ale efekty były dość ciekawe, przynajmniej dla mnie w trakcie malowania. I znowu – wyciszone i porysowane tło, na które nałożyłem trzy (u Newman’a są dwa) pionowe paski używając Cadmium Orange – nawiasem mówiąc, jednej z najdroższych farb, przynajmniej w mojej kolekcji.
A potem przeszedłem do abstrakcji w tonacji niebieskiej i biało-beżowej, dodając co dzień, co dwa, warstwę akryliku w różnych “komplementarnych” kombinacjach kolorowych. Inspiracją była stara wycięta z jakiegoś pisma fotografia, którą umieściełem wiele lat temu “pod szkłem” (bo tak naprawdę plastikiem) na blacie mojego biurka. Czego zresztą tam nie ma, jakieś rysunki/kopie Matisse’a, zdjęcia żaglowców na Morzu Śródziemnym, notatki, telefony, a nawet 1-dolarowy banknot kanadyjski z młodziutką Elżbietą II – jak najbardziej jeszcze w obiegu w połowie lat 80-tych, a kiedy miały być zastąpione monetami (słynnymi “loonies”) to jeden zachowałem sobie na pamiątkę. Ale ten obraz też powstawał etapami, a nawet miał różne wersje, więc o nim będzie później.
Kurs MoMA o amerykańskim malarstwie abstrakcyjnym, jakkolwiek bardzo ciekawy, to jedno, a namalowany przeze mnie obraz, który dał mi najwięcej w ostatnim czasie radości, zupełnie zresztą nieabstrakcyjny, to drugie. I tu już mamy bezpośrednie powiązania między fotografią a malarstwem, bo inspiracją była moja własna fotografia Doliny Salzburskiej, zrobiona w Bad Reichenhall chyba w 2011 roku. Piszę o tej fotografii na innej stronie: “The World in Black and White”. Inspiracja nie oznacza bezpośredniego kopiowania, tylko właśnie inspirację, a więc ogólną ideę, atmosferę, koloryt.
I tutaj ciekawa rzecz – fragmenty tego obrazu, bo to przecież są zdjęcia robione moją lustrzanką Canon, ze statywu, i nie tyle z lampą błyskową, to by nie wyszło, ile ze specjalnym oświetleniem o temperaturze około 5200 stopni Kelvina, są ciekawsze niż całość, a przy tym pokazują technikę malowania i “strukturę” płótna.
Po tych początkach – bo to były naprawdę początki – nadszedł czas na abstrakcje, czyli coś, co mnie zawsze interesowało – czysta gra kolorów i form, bo nawet nie kształtów. Trafiłem na krótki, kilkunastominutowy, wykład techniki malowania mieszanymi technikami, ale głównie nożykiem paletowym, lub też kilmoma o różnych kształtach. Tło, czyli podkład, robiło się wręcz gałgankiem. Najczęściej chodziło o w miarę neutralny podkład a to szarości, a to beżu, choć kropla innego koloru tu czy tam, rozmazana następnie owym gałgankiem, dawały ciekawe efekty na płotnie. Na to nakładało się impasto nożykiem paletowym, a potem to już była czysta gra imaginacji.
Pierwsze dwie próby – jedna farbami olejnymi, druga akrylikiem – były nieudane, ale potem te abstrakcyjne formy zaczęły mi się układać w coś, co już wyrażało pewien nastrój. Obraz powyżej – akrylik na płótnie – nazwałem “Jealousy”. Prawda, że kolorystyką i dynamiką oddaje uczucie zazdrośći? Pomimo że malując go, sam o nic nie byłem specjalnie zazdrosny. Ot, po prostu, układ form i kolorów odpowiadał mi wtedy, odsuwałem się, oglądałem, poprawiałem, ale bardzo szybko byłem usatysfakcjonowany z efektu, więc podpisałem, aby już więcej nie poprawiać.
No a w międzyczasie namalowałem też coś realistycznego, chociaż w zamyśle miałem zupełnie coś innego. Realistyczne malarstwo nie jest moją mocną stroną, szczególnie kiedy chodzi o grę światła i cienia, ale chciałem namalować amforę z kwiatami, jedną z tych, co stały wokół basenu w Club Med El Riad w Marrakesh’u. Na zdjęciach wyglądało to przepięknie, więc myślałem, że uda mi się to oddać na płótnie. Ale nic z tego – nie wyszło to całkiem źle, ale zabrakło tej radości światła słonecznego na ścianie, jak i na płatkach kwiatów. Niemniej zostawiłem, z myślą, że w krótkim czasie zrobię z tego prawdziwą abstrakcję, gdzie tylko ja będę mógł domyślić się pierwowzoru.



