Prague – Kafka, Mucha, and the Charles Bridge
Najciekawsze okazało się muzeum Franza Kafki – parę kroków zaledwie od mojego hoteliku Na Kampe. Odkryłem je zresztą przypadkiem, po prostu spacerując po okolicy, a zwiedziłem następnego, to znaczy drugiego dnia mojego trzydniowego (“na czysto”, nie licząc dni podróży) pobytu w Pradze. Pobyt nie za bardzo udany, bo raz, że byłem tam sam (uniwersytecki kolega, który miał do Pragi dojechać, abyśmy mogli pozwiedzać, i nie tylko pozwiedzać, słynne piwiarnie, nawalił), a dwa, że upalna letnia pogoda dopisała tylko dnia pierwszego – przez cały drugi siąpił drobny deszczyk, a trzeciego i ostatniego co prawda przestał, ale było zimno i wietrznie. Prawdę mówiąc, czego mogłem oczekiwać po muzeum Kafki? Pewnie trochę zdjęć, i trochę rękopisów. No i rzeczywiście, było tam trochę zdjęć i trochę rękopisów – ale jak wyeksponowanych! I co za atmosfera – iście kafkowska. Rzadko które muzeum pozostawia takie wrażenie. W miarę zamożny żydowski dom, poza cherlawym Franzem same siostry – wszystkie dożyły zresztą swoich późnych lat 90-tych, a niektóre ich córki żyją jeszcze do dzisiaj, geny wyraźnie preferowały w tej rodzinie płeć żeńską, uparte pisanie nocami, na szczęście znalazł wydawcę, który w niego wierzył, słabe zdrowie, kilka kobiet zanim śmierć dosięgła go w wieku czterdziestu kilku lat, wszystko to przewija się meandrami ciemnych, wręcz czarnych salek, z podświetlonymi eksponatami, niesamowitą ciszą-nie-ciszą, krakaniem wron, wysokimi okapami i belkami domu, który cały przypomina strych, choć na właściwy strych i tak nie można wejść. Wszystkie listy i rękopisy po niemiecku – bo to był przecież jego język. Jedyny chyba dokument napisany przez Kafkę po czesku, jaki tam widziałem, to podanie do jakiegoś dyrektora – chyba o pracę, albo o urlop zdrowotny, już po utworzeniu Czechosłowacji, a i tak podanie to najpierw zostało napisane przez Kafkę po niemiecku. Trzeba przyznać, że niektóre listy i rękopisy robią duże wrażenie – na przykład list młodego Kafki do jego ojca, z którym przecież był w ciągłym konflikcie, no bo jak szacowny żydowski kupiec i właścieciel sklepu Herman Kafka miał patrzeć na to coś w postaci swojego syna, co było nie wiadomo czym.
Mój mały – zaledwie 10 pokoi – hotelik Na Kampe, pod mylącą nazwą U Zlatych Nužek, co nie oznacza po czesku żadnych nóżek, tylko nożyczki (brr!), był prosty, skromny (choć butikowy w dezygnacji przewodników, i chyba słusznie), i miał dwie ogromne zalety: położenie tuż przy Moście Karola po przeciwległej stronie Wełtawy, i zupełnie dobrą restaurację i bar, z wieloma stolikami na zewnątrz, ale pod markizą, co przy lekko deszczowej, ale niezbyt zimnej pogodzie, było bardzo wygodne. Śniadania średnie, za to bardzo dobra kawa, a po południu można było zamówić sobie jedno z bardzo smacznych dań, na przykład pieczoną kaczkę z czeskimi knedlami, i karafkę całkiem dobrego ‘house wine’ – do wyboru morawskie Dornfelder lub nieco lepszy lokalny Merlot. A na deser zamiast słodyczy – co kelnerce bardzo się podobało – brałem kufel doskonałego piwa i rosti. Pyszne! Niestety, jeden raz – ostatniego już dnia – pokusiło mnie, aby zmienić lokal, bo znalazłem taki niedaleko muzeum Kafki, który wydawał mi się interesujący. Nic bardziej mylnego, zapłaciłem tyle samo, co w moim hoteliku, za to potrawa była niesmaczna, a wino ledwie dało się pić.
Drugie, i ostatnie, muzeum, jakie odwiedziłem, to Mucha Museum – no, tam już trzeba było przejść Mostem Karola na Stare Miasto, dojść do staromiejskiego rynku, i – zupełnie jak w Warszawie – Żelazną dojść do Pańskiej. Muzeum Muchy już nie robiło takiego wrażenia, może dlatego, że większość jego prac została w Paryżu i w Stanach, choć to co pokazano było wystarczająco reprezentatywne. Swoją drogą, kariera Muchy to klasyczny przykład trafienia z odpowiednią formą we właściwy moment dziejowy, plus ta odrobina szczęścia, bo później, jak posypały się zamówienia, było już tylko powielanie poprzednich wzorów i robienie dużych pieniędzy. Od pewnego momentu Alfons Mucha już nie rozwijał się artystycznie, a działał wyłącznie jako manufaktura.
A Most Karola, przy którym znajdował się plac Na Kampe i mój hotelik? O siódmej rano było to przepiękne miejsce na spacer z jednego brzegu Wełtawy na drugi. Niewielu takich jak ja spacerowiczów, żadnych jeszcze kramów, kamienne posągi świętych, wilgotna kamienna kostka bruku, zakola wokół mostu na hradczańskim brzegu, skąd można było podziwiać całą budowlę “z pół-profilu”. Bo już gdzieś od dziewiątej rano robiło się tam tłoczno, a potem to już w ogóle trzeba było przebijać się przez zwarty tłum turystów. Na Starym Mieście, jeśli nie szło się głównym traktem, czyli ulicą Karlovą, tłum już nieco się rozmywał, bo praska Starówka jest duża w porównaniu z warszawską, ale i tak wolałem drugi brzeg. Mlada Strana miała dużo urokliwych zaułków i mniej turystów, choć trasa w stronę Zamku Hradczańskiego, i sam Zamek, były tak zatłoczone, jak wszystkie inne atrakcje Pragi.
No i została jeszcze dawna żydowska Praga, czyli dzielnica Józefów – trochę uliczek, kilka starych synagog, małe żydowskie muzeum. Ciekawe, bo większość malowideł z owego muzeum to były sceny pogrzebowe – Żydzi tam przedstawieni, chowający członków rodziny, byli wyraźnie zamożnymi obywatelami miasta, w surdutach i kapeluszach, dziwnie niscy, ale wtedy wszyscy ludzie byli niscy. W każdym razie, była to liczna, zamożna, i ważna dla miasta społeczność. Swój status zawdzięczali niewątpliwie układom z dworem, bo przecież gawiedź praska nie różniła się pewnie od żadnej innej gawiedzi, i zrobiłaby pogrom na każde zawołanie, gdyby nie to, że owi Żydzi byli osobistymi bankierami cesarza Rudolfa, a pewnie i mnóstwa innych ważnych osobistości cesarstwa.
Komentarz do zdjęć:
1. Ogólny widok Pragi z Hradczańskiego Zamku. Obiektyw trochę w prawo, bo po środku musiałbym złapać w kadrze Most Karola. Ale w którą stronę skierujesz obiektyw, miasto piękne.
2. Mój pierwszy wieczór w Pradze – zaledwie dwie godziny po zameldowaniu się w hotelu. Wejście z Mostu Karola na Mlada Strana, czyli na przeciwległym do Starego Miasta brzegu Wełtawy.
3. I następnego ranka już na staromiejskiej stronie. Takie obrazki, i takie dzewczyny, bez tłumu naokoło, można było fotografować o 8-ej rano, potem było zbyt tłoczno.
4. Jedna z wielu tak pięknych staromiejskicj kamienic. Ale tych akurat w Pradze nie brakuje.




