Włoskie wędrówki 2014 – Amalfi Coast & Capri
Włoskie krajobrazy: nie jest prawdą – a tak do tej pory uważałem – że którąkolwiek drogę wybierzesz, zawsze będziesz zauroczony. Puglia na północ od Lecce była mało ciekawa, podobnie wschodnia Bazylikata aż do Matery. Za to na zachód od Matery, poprzez południowe Apeniny i w stronę Amalfi Coast, widoki zapierały dech w piersiach. Aż do Salerno, bo tam trzeba było jeszcze “trafić” w Costiera Amalfina, a to już była zabawa w ciuciubabkę: mapa pokazuje jedno, to my cię skołujemy mylnymi oznaczeniami, albo ich zupełnym brakiem, tak abyś krążył godzinami, przeklinając dzień, w którym postanowiłeś spędzić wakacje we Włoszech. Godzinami co prawda nie krążyłem, ale to chyba tylko dlatego, że podświadomie kierowałem się tam, gdzie jechało najwięcej aut, zakładając – jak się okazało, poprawnie – że większość Włochów pracujących w Salerno będzie po południu wracać do swoich wiosek, a jedyna droga do owych wiosek to Costiera Amalfina – nieprawdopodobnie wąska i kręta wyasfaltowana “ośla ścieżka” wzdłuż wybrzeża, na której dwa samochody wymijały się ocierając się, dosłownie, lusterkami. Zdarzało mi się w przeszłości jechać gorszymi – to znaczy, bardziej niebezpiecznymi – trasami, ale ta była niczego sobie. Dla turystów z “amerykańskiej” strony Atlantyku dodatkowym wyzwaniem była jazda wynajętym autem z nieodmiennie ręczną przekładnią – bo żaden, ale to żaden, szanujący się Włoch płci męskiej, a większość czarnookich donne była tego samego zdania, nigdy nie splamiłby się jazdą autem z automatyczną przekładnią – przecież to takie “niemęskie”, nieprawdaż? W moim przypadku to było jeszcze pół biedy, bo i pierwsze prawo jazdy – w Polsce – zdawałem na ręcznej przekładni, i moje pierwsze własne auto, w Meksyku, nie tylko że miało ręczną przekładnię, choć auto było amerykańskie, ale jeszcze w dodatku tylko trzybiegową: one, two, three, czy też raczej, w tamtym kontekście, uno, dos, tres – i koniec zabawy. Ale to było wieki temu … Teraz przyglądałem się jadącej przede mną młodej turystce, dla której – na wiodącej pod góre, zatłoczonej i często zakorkowanej drodze – każde zwolnienie hamulca i ruszenie z jedynki kończyło się najczęściej zgaśnięciem silnika. I znowu … hamulec, przerzucenie na luz, zapalenie silnika, sprzęgło, jedynka, zwolnienie hamulca, gaz, i … silnik gaśnie. Kolejna powtórka. Dziewczyna, której zdesperowane odbicie widziałem w jej retrowizorze, była u kresu wytrzymałości. Ale zacisnęła zęby, i twardo powtarzała sekwencję, aż ruch poszedł do przodu na tyle, że mogła rozpędzić swoje autko do dwójki. W pełni ją rozumiałem – pieprzeni Włosi, mogliby wreszcie przejść na ‘automatic’, jak reszta cywilizowanego świata.
La dolce Capri
To był taki kaprys, decyzja z godziny na godzinę, aby popłynąć z Positano na Capri – tylko około 40 minut promem, który odpływał rano, a wracał późnym popołudniem. Wolałbym spędzić na Capri kilka dni, może nawet tydzień, aby zrobić trochę pieszych wycieczek, bo tylko w ten sposób można tę piękną wyspę naprawdę poznać, ale to już było na dzień przed powrotem do Rzymu, i na dzień przed końcem sezonu. Dosłownie – był 30 październik i sporo hoteli i restauracji zamykało się z końcem następnego dnia. Za to z biletami na prom nie było problemów, a na Capri dało się nawet chodzić bez ciągłego przepychania się przez zbitą masę turystów.
Dlaczego chciałbym tam spędzić kilka dni, i dokąd by mnie zawiodły te piesze wycieczki? Przede wszystkim do willi, w których swego czasu spędzali swój czas Somerset Maugham, Graham Greene, i cała plejada innych pisarzy i wszelkich artystów. Greene był przez kilka dziesięcioleci właścicielem Villa Rosario w Anacapri, i regularnie tam przyjeżdżał. Często też bywał tuż obok, w Villa Ceselle, gdzie zatrzymywali się regularnie artyści z całego kontynentu, jak Alberto Moravia, Norman Douglas, Malaparte, i inni. Maugham, co prawda, willi tam nie kupił (był za to właścicielem Villa Mauresque w Cap Ferrat na Lazurowym Wybrzeżu), ale często spędzał na Capri po kilka tygodni w Villa Valentino, albo w Villa Cercola. Nie dotarłem do żadnej – do Anacapri musiałbym albo pojechać małym lokalnym autobusikiem, albo przejś pieszo kilka kilometrów z Capri do Anacapri, co było by na pewno przyjemniejsze od autobusu. Villa Cercola była dużo bliżej – za to w przeciwnym kierunku. Czasu było zaledwie na wjechanie kolejką z Marina Grande, dokąd przypływały wszystkie promy, wysoko w górę do miasteczka Capri, powłóczenie się po cichych tonących w kwiatach zaułkach, znalezienie przytulnej knajpki na lunch, spacer po miasteczku, pogapienie się na wystawy boutique’ów, do których bezpieczniej było nie zaglądać, i to było prawie wszystko. Jedynie spacer od Piazzetta w stronę Ogrodów Augusta dał pojęcie o tym, jak urokliwe musiały być piesze wycieczki po wyspie. A przecież na wschód od Piazzetta, kilometr, dwa, było jeszcze Tiberio, a dalej w stronę wybrzeża wille tyberiańskie, ze słynną Villa Jovis i Salto di Tiberio, skałą, z której z wysokości 330 metrów strącani byli do morza ci, którzy stracili cesarską łaskę. Złośliwa legenda głosi, że Tyberiusz opuścił Rzym, aby uciec przed swoją matką, słynną Liwią Drusillą, przez kilka dziesięcioleci żoną Augusta, a po jego śmierci ciągle potęgą polityczną, z którą wszyscy musieli się liczyć. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, Tyberiusz ostatnich 12 lat swego panowania spędził na Capri, skąd kierował Cesarstwem Rzymskim, więc śladów na wyspie na pewno pozostawił dużo.
Komentarz do zdjęć (od góry, od lewej strony w prawo):
1 – 4. Positano i okolice. Jedno z najpiękniejszych (ale też najbardziej turystycznych) miasteczek na Amalfi Coast. Stąd odchodziły częste promy na Capri.
5 – 6. W galeriach sporo zupełnie dobrych obrazów – głównie, choć nie tylko, widoki Positano. No, ale z takimi widokami trudno malować coś innego …
7 – 9. Capri i widok na Zatokę Neapolitańską.





