W co się bawić na pustyni? Abu Dhabi – Dubai, 2013 – 2014
A pustynia jest wszędzie, już kilka mil za miastami, których nowe osiedla powstają na terenie wydzieranym jej siłą i przy użyciu najlepszych w świecie technologii. Najpierw widzi się płaskie obszary piasku z ubogą pustynną roślinnością, czasem kilka wielbłądów na “farmach”, gdzieniegdzie kilka palm. A potem zaczynają sie diuny – wydmy wysokości kilku pięter, które zmieniają kolor od blado-żółtego do miedzianego w zależności od pory dnia i intensywności słońca.
***
“Dune bashing”
“Dune bashing” jest jedną z najbardziej popularnych wycieczek oferowanych turystom, ale też częstym hobby wielu stałych mieszkańców Emiratów – zwłaszcza tych, których stać na Land-Cruiser z potężnym silnikiem i napędem na wszystkie koła. Wiele z tych maszyn jest specjalnie dostosowanych do uprawiania tego sportu – bo jest to w końcu coś w rodzaju rajdu samochodowego, tyle że po piaskach pustyni – zawieszenie jest nieco obniżone, aby obniżyć środek ciężkości auta i zmniejszyć ryzyko rolowania przez dach. Nic mi to nie pomogło – przynajmniej, jeśli chodzi o wrażenia – kiedy sam doświadczyłem, na czym ta zabawa polega. Zupełnie od niechcenia zamówiłem któregoś dnia w recepcji hotelu w Abu Dhabi półdniową wycieczkę na pustynię. Nie miałem za dużo czasu, więc od 3 po południu do 9 wieczorem nawet mi pasowało. Gdy punktualnie o trzeciej zjechałem na dół, Land-Cruiser z kierowcą już czekał. Przywitaliśmy się, zająłem przednie miejsce przy kierowcy – zawsze to lepiej widać – ale nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, z kim mam do czynienia. Dopiero po godzinie, gdy już mieliśmy komplet w aucie, a za nami zobaczyłem sznur dziesięciu podobnych Land-Cruiser’ów, zorientowałem się, że jadę na przednim siedzeniu w pierwszym aucie karawany prowadzonym przez instruktora jazdy po pustyni – wszyscy kierowcy aut za nami, to byli jego uczniowie. Najpierw nic – płaskie piaski, zaczęło to wyglądać na stratę czasu i pieniędzy, tym bardziej, że instruktor żartował sobie od czasu do czasu, że to już właściwie cała wycieczka. Ale nagle, dosłownie z minuty na minutę, wszystko się zmieniło: na pełnej mocy 8-cylindrowego silnika zaczęliśmy wspinać się na kilkupiętrowe wydmy. To jeszcze nic, ale moment “przegięcia się” auta na samym szczycie diuny, i spadek w piaskową przepaść powodował, że serce podchodziło do gardła. Nie miałem ani czasu, ani siły, wydobyć z siebie głosu – tylko za sobą słyszałem piski z tylnich siedzeń. Takie prawdziwe “dune-bashing” trwało może pół godziny, ale wychodziłem potem z auta na zupełnie miękkich nogach i sprawdzałem, czy mam wszystkie kończyny na swoich miejscach. Kilkakrotnie miały miejsce sytuacje, że byłem w 100 procentach przekonany, że tym razem nie mamy już żadnych szans, będziemy rolować przez dach i nie wiadomo, czy wyjdziemy z tego żywi – a instruktor “ześlizgiwał” auto bokiem i skosem po diunie, zostawiając za sobą ogon pustynnego piasku, cały czas bezbłędnie panując nad maszyną wielkości czołgu. Po czym w następnej sekundzie osiągaliśmy szczyt kolejnej diuny, i … nie, nie, to już przesada, “stop right now” … i lecieliśmy w dół na zatracenie. Dopiero później dotarło do mnie, w jak uprzywilejowanej pozycji znalazłem się, jadąc w pierwszym aucie z instruktorem. Pozostałe jedynie naśladowały jego manewry, a i tak jedno czy dwa zakopały się w piasku (czym instruktor wcale się nie przejął – “muszą sobie radzić sami” – to był jego jedyny komentarz).
***
“Desert resorts”
Nieco droższa – sporo droższa – zabawa na pustyni, to spędzenie kilku dni w tak zwanym “desert resort”. Takich prawdziwych “desert resorts” jest tylko kilka w UAE, w najdroższym Al-Maha (nie, tam nie byłem) trzeba być przygotowanym do wydania około USD 2,000 na dobę, inne są o połowę tańsze, ale to też przecież niezły wydatek. Jak się bardzo poszuka i pojedzie poza sezonem (czyli w środku lata, kiedy temperatury oscylują wokół 50 stopni Celsjusza), wystarczy tylko kilkaset dolarów na dobę. Emiraty nie są aż tak rozległe, można więc wszędzie dojechać, jeśli już nie wynajętym autem, to od biedy nawet taksówką (które są tam względnie tanie). Na pustynię Liwa, przy granicy z Arabią Saudyjską, trzeba liczyć około 2 godzin z Abu Dhabi. Opisany tutaj Bab-al-Shams jest jakieś 45 minut taksówką z Dubai.
Czym różni się “desert resort” od normalnego wysokiej klasy hotelu? Przede wszystkim sprawia wrażenie oazy, czegoś zagubionego w piaskach pustyni, odizolowanego od reszty świata. Najczęściej są to połączone wille tworzące razem małe pustynne miasteczko, przeplatane restauracjami i kawiarniami, basenami, innymi atrakcjami; czasem droższe suity są w formie beduińskich namiotów z prywatnymi Jacuzzi, a nawet prywatnymi niedużymi basenami. Spokój, cisza, niewielu – w stosunku do obszaru – ludzi, wokół pustynna przyroda. Piękna niewysoka architektura, w pokojach arabskie i afrykańskie antyki. Dzień płynie leniwie i spokojnie, po południu piękne zachody słońca, wieczorami romantycznie i tajemniczo, czemu sprzyja cicha arabska muzyka na otwartych tarasach, gdzie można zamówić kieliszek wina, czy coś przekąsić przed właściwym obiadem.
Mijamy bramę jak do pustynnej fortecy i wjeżdżamy na podjazd Bab-al-Shams – naszego “desert resort” na następne trzy dni. Musieli wiedzieć, że właśnie dojeżdżamy – bowiem przed wejściem stoi nasz, jak się później okazało, consierge – wysoki na ponad dwa metry Kenijczyk z plemienia Masai, jego niewiarygodny wzrost podkreślony jeszcze przez długi wąski chałat do samej ziemi i prostą, długą, hebanową laskę, którą trzymał w dłoni. Jeśli chodziło im o efekt, to na pewno osiągnęli swój cel – w czasie krótkiej rozmowy musimy dobrze zadzierać głowy, aby móc spojrzeć w jego twarz. Kolejna niespodzianka to istna rewia urody w recepcji – dziewczyny, niektóre wyraźnie o słowiańskich rysach, jak by żywcem przeniesione z konkursu piękności, na szczęście jednak równie profesjonalne co piękne, swobodnie posługujące się kilkoma językami, szybko i z uśmiechem odprawiające gości. Idziemy do naszego domku przez alejki, uliczki tak ciche, że zastanawiamy się, czy poza nami są tu jeszcze jacyś ludzie. Są – tylko większość przy basenach, na polu golfowym, lub w restauracjach, bo to akurat pora lunch’u. Ale nawet tam cicho – gdzieś ktoś sobie pływa, trochę ludzi się opala, przy restauracyjnym bufecie zaledwie kilka osób próbujących sobie coś wybrać z oferty kilkudziesięciu dań. I tak przez całe trzy dni naszego tam pobytu – nigdy wrażenia tłoku, zawsze cicho, spokojnie, przestrzennie.
















