Barcelona – Gaudi i Picasso
Z lotniska biorę taksówkę do mojego hotelu w dzielnicy El Raval. Hotel, jak się później okazało, marzenie – super nowoczesny 5-gwiazdkowy Barceló Raval, przypominający „W” w Montrealu, czy w Nowym Jorku. Taksówkarz jednak kręci głową, mamrocząc coś pod nosem na temat El Raval, a ponieważ mówię dobrze po hiszpańsku – choć to Katalonia, ale dla turysty zrobią jednak wyjątek – szybko dowiaduję się, co ma na myśli. To czerwona strefa – mówi – i nie chodzi mu bynajmniej o polityczną skrajną lewicę, ale o dziewczynki. Chyba niemożliwe – myślę – coś mu się “popieprzyło” (to właściwe w tym kontekście słowo), albo nasz wspólny katalońsko-hiszpański szwankuje – przecież ten hotel jest w odległości zaledwie 5-10 minut pieszego spaceru od Las Ramblas, najsłynniejszej (i najdłuższej) promenady Barcelony. Hotel spełnia wszelkie oczekiwania – piękny, czysty, nowoczesny pokój, dobre restauracje, ciekawy bar, nowoczesna sztuka, i nie muszę nigdzie, ani niczym jeździć, bo jestem parę minut od najpiękniejszych i najciekawszych miejsc Barcelony. To wszystko prawda – ale taksówkarz miał jednak rację: El Raval to dawna szemrana dzielnica, choć może już nie teraz, albo przynajmniej nie w takim stopniu jak dawniej – nowoczesne hotele i biznesy, skuszone bliskością starej Barcelony, wyparły w dużym stopniu poprzedni „główny biznes”, czyli prostytucję, ale mimo to sporo dawnego „czaru” pozostało. Tylko, czy rzeczywiście „czaru”? Przechodząc codziennie, i to po kilka razy, krętymi, wąskimi, podejrzanymi uliczkami między moim hotelem a Las Ramblas, z ich małymi sklepikami oferującymi wino, chipsy i coca-colę, 4-rzędnymi tanimi barami, widziałem wiele zniszczonych istnień ludzkich, i to już od 10-ej rano, ale ani jednej ładnej dziewczyny. Miałem jedynie zabawę, kiedy ładne turystki z mojego hotelu, same lub z partnerami, przemierzały tę samą trasę zaciskając dłonie na przewieszonych przez ramię torebkach, patrząc niepewnie prosto przed siebie i starając się nie dostrzegać “czaru” dawnej starej Bracelony.
Nie udało mi się trafić na nic ciekawego do obejrzenia w Operze w Barcelonie, Gran Teatre del Liceu, pięknym, tradycyjnym, barokowo-klasycystycznym budynku, łatwo dostępnym z mojego hotelu, bo tuż obok, na Las Ramblas, ale kupiłem bilet na La Traviata w równie ciekawym miejscu, bo w Palau de la Música Catalana – nieprawdopodobnym dziwadle architektonicznym, jak wiele budynków w Barcelonie, z Gaudiego Casa Batlló na czele. W dodatku, Palau de la Música Catalana został dezygnowany przez UNESCO jako światowe dziedzictwo kulturowe – ale w Barcelonie wiele miejsc mogło by pretendować do tego miana. Nie zmienia to faktu, że Palau jest dziwadłem, i jako miejsce w ogóle, i jako sala koncertowa w szczególności. Jest tak eklektyczno-barokowe, że nie wiedziałem nawet, jak zareagować – nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Tym niemniej, La Traviata jest urzekająca, choć nie jest to przedstawienie operowe, a jedynie najsłynniejsze arie z tej opery, wykonane przez czworo śpiewaków – format, który później spotkałem w wielu innych miejscach. Wystawienie opery to wieloletnia praca ogromnego zespołu, dlaczego więc nie zaoferować przyjemnego wieczoru arii operowych, w takim samym operowym otoczeniu, ale znacznie mniejszym nakładem pracy i kosztów, a z równie przyjemnym wrażeniem słuchaczy.
Za to następnego dnia La Sagrada Familia rozczarowuje, czemu sprzyja fakt, że słynna katedra jest budowana – właśnie, ciągle jest to wielka budowa – w niezbyt ciekawej dzielnicy. Strzeliste wieże są architektonicznie czymś przepięknym – zwariowany gotyk – jeśli tylko zapomnieć o otoczeniu.
A najlepsze momenty w Barcelonie? Miałem za mało czasu – wszystkiego tylko cztery dni – no i byłem mocno przeziębiony, przez dwa z tamtych dni wręcz chory. Niewątpliwie Museu Picasso, i oczywiście spacery po Las Ramblas, no i knajpy w starej Barcelonie. „Museu” (to po katalońsku) dokładnie takie, jak lubię – małe, kameralne, nie zatłoczone, poszczególne prace pięknie wyeksponowane w jasnych salach i na tle białych ścian. Dużo przepięknej picassowskiej ceramiki w kolorach Lazurowego Wybrzeża, trochę rysunków, nie pamiętam już, czy były też jakieś znane obrazy, pamiętam właśnie głównie tę ceramikę.
Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):
1. Casa Batlló – jedno z najbardziej znanych dzieł Gaudiego. W środku miasta, a nagle czujesz się jak u wejścia do jakiejś bajki – bardzo kolorowej, choć niekoniecznie przyjemnej bajki.
2. Wejście do Museu Picasso w Barcelonie. Przepiękna picassowska ceramika w jasnych, pełnych światła salach.
3-4. Fragmenty ceramicznych mozajek Gaudiego w parku jego imienia. Było tego naprawdę dużo – pojedyncze elementy bardzo ciekawe, ale cały park sprawiał wrażenie dziwadła, jeśli nie wręcz kiczu.
5. Las Ramblas. Ta dziewczyna weszła mi w kadr zupełnie przypadkiem, ale nie protestowałem.
6. Jedna z setek małych familijnych restauracji w Barcelonie. Ta akurat była w dzielnicy portowej, a trafiłem tam zanim jeszcze zapełniła się ludźmi. Na przystawkę serwowali morskie ślimaki na zimno – brr…jakoś poszło, obyło się bez partii ping-ponga z moim własnym żołądkiem.





