Toronto Islands 2019
Brzmi to wręcz nieprawdopodobnie, ale mieszkając w GTA (Greater Toronto Area) przez 36 lat, po raz pierwszy odwiedziłem Toronto Islands dopiero teraz – przy końcu lipca 2019. A przecież są one położone – w skali kanadyjskiej – “na rzut kamieniem”, zaledwie kilkanaście minut promem z przystani na Harbourfront. Wydawały się tak blisko, i takie oczywiste, że … no właśnie, że …
Wyprawa pierwsza:
Ale w końcu wybrałem się, i to z całym plecakiem sprzętu fotograficznego. Dzień nie był zbyt fortunny, bo sobota, a w weekend wyspy są celem wycieczek tak lokalnych mieszkańców Toronto, jak i turystów. Zależało mi jednak, żeby “wybyć” z domu na całe popołudnie i wieczór i uniknąć tym samym dziecięcego “party” u sąsiadów. Dzień był upalny, liczyłem na ciekawe zdjęcia Toronto skyline o, i po, zachodzie słońca, więc pojechałem. Tłum do kas biletowych na przystani promowej był mocno zniechęcający – tak pod względem liczby, jak i składu. Jeszcze 35 lat temu Toronto było prawdziwie kanadyjskie, teraz jest ‘multicultural’, ale w takich miejscach ton nadają zakwefione Muzułmanki, tłumy arabskich bachorów, i wielkozadziaste Karibanki i Murzynki. Nie ma to wiele wspólnego z atmosferą torontońskich wysp, tak jak ją sobie wyobrażałem. Na szczęście większość tego tłumu jechała na Centre Island, gdzie znajduje się ‘amuzement park’, ja zaś wybierałem się na Ward Island, skąd zresztą zamierzałem przejść później pieszo na Centre Island (wszystkie wyspy są połączone) i stamtąd wrócić późnym wieczorem. Na Ward Island w ogóle nie czuło się tłumu, było cicho, przestronnie, a w kwadracie 6 uliczek i alejek domków stałych mieszkańców, bardziej chatek, tonących w zieleni i kwiatach – spokojnie i samotnie, co mi szczególnie odpowiadało. Mieszkają tu pewnie dziwacy, artyści, uciekinierzy od świata – ale świat i tak przychodzi do nich. Jedynie długą kanadyjską zimą, czyli gdzieś od listopada do pierwszych dni maja, można poznać prawdziwe oblicze tych wysp, i pewnie wrócę tu kiedyś taką póżno-jesienną lub zimową porą, okutany w swetry i polarkę, gruby szal i czapkę uszatkę, i z flaszeczką koniaku w kieszeni. Ah – wtedy dopiero byłyby zdjęcia.
Downtown Toronto rzeczywiście jest z owych wysp widoczne w całej swojej krasie, i o każdej porze dnia i nocy – właśnie taki cykl zdjęć porównawczych byłby ciekawy; może kiedyś, teraz tylko początek. I tak byłem zachwycony chatkami na Ward Island, których kilka tu zamieszczam. Chodziłem z roześmianą buzią od alejki do alejki, potem podobnie na Algonquin Island, gdzie również jest taki zamieszkały kwartał. Na Centre Island nie udało mi się przejsć, bo musiałbym brodzić w wodzie powyżej kostek. Był bardzo wysoki poziom wody w Jeziorze Ontario, i cała przystań na Ward Island była otoczona wałami z ogromnych worków z piaskiem. Kiedy już przeszedłem wzdłuż i wszerz te szlaki, które mogłem przejść suchą, względnie lekko zamoczoną nogą, zrobiłem sobie bazę na ławce koło przystani promowej na Ward Island, rozstawiłem statyw, umieściłem na nim aparat fotograficzny, i zacząłem eksperymentować z akcesoriami – remote shutter release, 6-stop ND filter, etc. Filtr ND rzeczywiście wygladza powierzchnię wody, ale tutaj nie miało to akurat większego znaczenia. I tak bardziej dramatyczne było niebo, no i oczywiście samo Toronto skyline.
1. Toronto Skyline widziane z Ward Island. Akurat był bardzo ciekawy zachód słońca – nie spektakularny, ale niebo zmieniało się co chwila, a momentami było bardzo dramatyczne.
2 – 4. Nie wszystkie chatki na Ward Island zachęcały do mieszkania tam, zwłaszcza zimą, ale wszystkie były urokliwe.
Wyprawa druga:
Kilka tygodni później. To już połowa sierpnia, zmrok zapada trochę wcześniej, liczyłem więc na ciekawsze zdjęcia Toronto “by night”. Tym razem celem była Center Island, a i “cel” fotograficzny był nieco inny – chciałem wypróbować nowy super-szerokokątny obiektyw Canona, tzw. “rybie oko”. Mimo, że był to poniedziałek, tłum na promie całkiem spory, choć przy kasach było już luźno. A tłum taki sam, jak poprzednio, głównie Hindusi i Arabowie, bardzo niewielu białych. Na szczęście rozmywa się to wszystko na dużym obszarze wysp.
Center Island bardzo różni się od Ward Island. O ile ta ostatnia jest zamieszkała, a kilka uliczek owych uroczych chatek (druga taka siatka uliczek jest na Algonquin Island) stanowi – dla mnie przynajmniej – największą atrakcję, o tyle na Center Island dominują duże przestrzenie, rozległe łąki, zatoki, zakola, nawet plaże. natomiast praktycznie nie ma – poza kilkoma budynkami utylitarnymi – zabudowy. Od przystani promowej można robić długie spacery – a to do Hanlan’s Point (ponad trzy kilometry), a to w kierunku Ward Island (2.5 kilometra), lub po prostu kręcić się po alejkach i cieszyć otaczającą nas roślinnością. Czasem stado dzikich gęsi, czasem czapla, raz przecięła mi drogę malutka wydra, czy też kuna. Nawet lotnisko (Billy Bishop’s Airport) po wschodniej stronie owych wysp w niewielkim tylko stopniu zakłóca spokój. Malutkie jak zabawki samolociki (choć, tak naprawdę, są to 50-miejscowe turbośmigłowce Bombardier’a) przesuwają się na tle olbrzymiej panoramy Toronto po drugiej stronie zalewu, i praktycznie są niewidoczne.
Komentarz do zdjęć:
1. Ostatnie minuty przed zachodem słońca i mój super-szerokokątny obiektyw uchwycił Toronto w pięknym złotym świetle. “Golden city” – sztucznie “oddalone” przez szeroką soczewkę od Centre Island.
2. Tradycyjna już, i najczęściej obfotografywana, panorama Toronto po zmierzchu. Te czarne punkciki na wodzie to dzikie gęsi.
3 – 4. Wyjście na miasto z Jack Layton Ferry Terminal. Super-szerokokątny obiektyw (8-15 mm) pokazuje swoje możliwości. Drugie zdjęcie robione przy f 8mm, co w tym obiektywie daje pełne koło.








