Włoskie wędrówki 2019 – Zobaczyć Neapol i …
… i na pewno nie umrzeć. Aż tak dużo nie jest wart. Być może 100 – 150 lat temu piękno Zatoki Neapolitańskiej i uroki samego miasta i jego okolic mogły wywołać w przybyszach takie odczucia. Celowo mówię “przybyszach”, a nie turystach, bowiem ci, co przybywali w tamtych, a nawet późniejszych czasach do Neapolu mieszkali tam tygodniami, miesiącami, a nawet latami, a przecież trzeba czasu, aby wchłonąć w siebie to miasto, całą Campanię, Wybrzeże Amalfi, okoliczne góry. Jeszcze po drugiej wojnie światowej osiągnął ten status ‘przybysza’ wielki węgierski pisarz Sándor Márai, który mieszkał przez jakiś czas w Pozzuoli tuż pod Neapolem, i dobrze znał tę ‘tubylczą’ stronę miasta; a z polskich pisarzy, oczywiście, Gustaw Herling-Grudziński.
W XXI. wieku Neapol ciągle jest ładny – to znaczy, byłby ładny, gdyby nie tłumy turystów, setki tysięcy aut, przebudowy różnych ulic i arterii komunikacyjnych, hałas i spaliny, te ostatnie łagodzone na szczęście przez bliskość zatoki. Największym problemem, tak jak i w wielu innych miejscach we Włoszech, są turyści, bo gdyby nie oni, to nie byłoby tego nadmiaru ludzi, a i aut, i hałasu, i spalin byłoby mniej. Co jest warte zwiedzanie miasta, nawet pięknego, skoro co chwila trafiasz na wycieczkę szkolną, w większości zresztą z innych regionów Włoch, albo południowo-koreańskie grupy fotografujące powietrze naokoło siebie, z nieodłączną przewodniczką trzymającą uniesioną w górę parasolkę lub chorągiewkę.
Ale za to widok z okien mojego hotelowego pokoju miałem niezrównany. Celowo zabukowałem pokój na wysokim, bo aż 29-tym, piętrze NH Panorama, o rzut kamieniem zarówno od portu, jak i Centro Storico. Wiem, wiem – mała cicha B&B w starej kamieniczce, z właścicielami podającymi rano aromatyczną kawę do śniadania, a wieczorem oferującymi kieliszek wina lub brandy przed spaniem, miałoby na pewno więcej uroku. Ale byłaby to również czysta loteria, podczas kiedy w NH wiedziałem, czego się spodziewać. No i ten widok, safe w pokoju, w miarę bezpiecznie, biała jak śnieg pościel, sterylna czystość zamiast – dajmy na to – cuchnącego kocimi szczynami podwóreczka i niepewności, czy aby w pokoju zastanę moje rzeczy po powrocie z miasta. Za dużo nasłuchałem się o kradzieżach w Neapolu.
Przyjechałem z Rzymu zaledwie w godzinę szybkim Frecciarosa – pociąg jechał gładko i cicho 290-300 km/h. Jeszcze tego samego wieczoru wybrałem się z moim akademickim kolegą, który zatrzymał się właśnie w takim małym hoteliku B&B typu “porca miseria” o kilka minut od mojego, na krótkie zwiedzanie miasta i jakąś kolację. Przypadkiem trafiliśmy na całkiem dobrą, mimo że turystyczną, restaurację w okolicy Santa Maria la Nova. Co zamówić jako pierwszy posiłek w Neapolu? – oczywiście pizza napoletana. Do tego butelka dobrego czerwonego aglianico i od razu pierwsze wrażenia bardzo pozytywne. Napoletana była naprawdę pyszna, może dlatego że w Neapolu, bo ta sama pizza zamówiona przeze mnie kilka dni później w Rzymie była już zupełnie inna i nie tak smaczna. Było raczej chłodno i pochmurno, ale mimo to Neapol wieczorem zachwycał urokami starych zaułków, które następnego dnia, w świetle dziennym, okazywały się zazwyczaj brudne i opuszczone.
Następnego dnia od samego rana zwiedzanie, choć pogoda taka sobie. Co za różnica, od czego zaczniemy, skoro i tak niczego nie znamy. Kierujemy się więc w stronę Teatro di San Carlo. Pierwotnie zamierzałem kupić bilety na jakieś przedstawienie, ale do wyboru było tylko Brahmsa ‘Das Deutsche Requiem’, albo – już ostatniego dnia – 4-godzinna opera Wagnera. Daliśmy więc spokój, a godzinna tura po teatrze była też ciekawa. Przy okazji zwiedziliśmy też pałac królewski hiszpańskich Bourbonów, połączony zresztą specjalnym przejściem z teatrem. Oni wszyscy byli tam nieźle uczuleni na osobiste bezpieczeństwo – król nie mógł wchodzić razem ze wszystkimi wejściem glównym. Zresztą, te wszystkie fortece w Neapolu wskazywały na to, że nie zawsze było tu bezpiecznie i sielsko.
Dalej nadmorskim bulwarem w stronę Castello dell’ovo. Zamek jak zamek, z góry widoki na miasto – choć dużo piękniejsze widoki mieliśmy trzeciego dnia z Castel Sant’Elmo. Za to pobliska przystań przyciągała i atmosferą, i knajpkami. Wylądowaliśmy w dość ekskluzywnej knajpie ‘La scialuppa’, z ładnym tarasem i doskonałą kuchnią o przewadze potraw z frutti di mare – w końcu byliśmy na przystani, za którą rozciągała się zatoka Neapolitańska. I znowu butelka doskonałego aglianico, choć dużo droższa niż poprzedniego dnia. Ale to w ogóle była droga knajpa. Nasze potrawy były dość skromne, ale tam naprawdę można było wydać dużo pieniędzy.
Następnego dnia wyprawa na krater Wezuwiusza i do pobliskiego Ercolano, czyli zasypanego razem z Pompeją Herkulanum. Najpierw długi spacer wzdłuż portu do podrzędnej stacyjki Porta Nolana, skąd kursowała kolejka zwana Circumvesuviana, którą można było dojechać w 20 minut do Ercolano (i dalej). Na stacyjce w Ercolano kupiliśmy za kilkanaście euro bilety na autobus, który podwoził turystów gdzieś do połowy wysokości wulkanu. Potem była powolna wspinaczka wygodną ścieżką, częściowo we mgle, częściowo w mżawce, ale zawsze w tłumie turystów. Jeden ciągły rządek ludzi szedł do góry, drugi schodził w dół do parkingu autobusów. Nie muszę chyba dodawać, że nie jest to mój ideał zwiedzania cudów natury, czy zwiedzania czegokolwiek, ale nie było na to rady. Sam krater robił wrażenie, z chmurami częściowo pod nami, częściowo nad nami, poszarpanymi skałami, z których gdzieniegdzie wyrastała dzika górska roślinność.
Ruiny Ercolano były o dwadzieścia minut spacerem od stacyjki do parku archeologicznego. I rzeczywiście były to niemal same ruiny, choć rozkład ulic, placyków, i domów tego rzymskiego miasteczka był dobrze zachowany. Nie dotarłem do Pompei, ale zdjęcia tej ostatniej wskazywały na znacznie lepiej zachowane zabytki. W Ercolano zostało trochę ładnych kolumn, a w tym co pozostało ze starych domostw ‘polowałem’, jak zwykle w takich miejscach, na malowidła ścienne – te naturalne barwniki, którymi ozdabiano domostwa zawsze mnie urzekały swoją niepowtarzalnością i pięknem. Był też cały rząd domostw bez dachów i przednich ścian z całymi rodzinami pokrytych pyłem wulkanicznym szkieletów ludzkich, ale tych nie fotografowałem. Poza tym, wyglądało to trochę na aranżację dla turystów.
Dwa wieczory pod rząd – trattoria San Ferdinando na via Nardones, blisko Teatro di San Carlo. Cenią się tam bardzo – otwarci tylko wieczorem, i to późno, bo dopiero od 7:30 PM. Pierwsze pytanie do nas: “do you have reservation?”. Patrzę trochę zdziwiony poprzez kelnera w głąb salki, która jest pusta, no może jeden stolik zajęty. Nie, nie mamy rezerwacji, ale coś tam poszeptali, pozmieniali, i w końcu dali nam stolik. Najśmieszniejsze, że to samo powtórzyło się następnego dnia, a na moją uwagę, że nie, nie mamy rezerwacji, ale byliśmy tu wczoraj, kelner (chyba jeden z synów właściciela – ten ostatni miał swoje stałe miejsce za kasą, i w ogóle wyglądało to na familijną firmę) odpowiedział, że oczywiście, pamięta nas z wczorajszego wieczora, ale dlaczego nie mamy rezerwacj? Niby nas to bawiło, ale nie długo – bowiem knajpka rzeczywiście zapełniła się w kilkanaście minut, a obsługa poświęciła się w całości zapewnieniu gościom uczty kulinarnej. Bo to była uczta kulinarna – niby proste włoskie potrawy, ale jaki smak! i jak podane! I jeszcze z dobrym winem, chociaż tylko pierwszy raz dostaliśmy wyśmienite aglianico, drugiego wieczoru uparli się, że do naszych potraw z mariscos muszą podać coś innego i lżejszego – no, Lacrima Cristi dała się pić, ale to już nie było to. Odbiliśmy to sobie ostatniego już wieczoru przed wyjazdem – poszliśmy bowiem tam, gdzie zaczęliśmy nasze neapolitańskie spotkania kulinarne, na pizza napoletana i aglianico.









