Marrakech 2 – w zaułkach Mediny
Czytałem w końcu opisy i komentarze – nie sposób nie zgubić się w Medinie, co oczywiście stało się ze mną, i to kilkakrotnie. Jeszcze z placu Jamal-el-F’na do dwóch pałaców: Badi i Bahia, jakoś zdołałem dotrzeć – w poprzek, przez “souks”, ale z powrotem to już zrobiłem kilka rund, wracając w to samo miejsce, zanim w końcu udało mi się trafić we właściwe alejki właściwego “souk”, które wyprowadziły mnie do mojej “navette”. Miało to i swoje dobre strony, bo sam nigdy bym w takie zakazane zaułki nie wszedł, na szczęście lokalna ludność nie próbowała zadźgać mnie nożem, chociaż niektórzy byli dość natarczywi w oferowaniu usług przewodnika, który wyprowadziłby mnie z tego labiryntu. Zawsze mówiłem “nie” – najpierw uprzejmie, potem mniej uprzejmie, a w końcu ich ignorowałem – aż trafiłem na takiego, z wyglądu żebraka po sporej dawce narkotyków (bo alkoholu to oni chyba jednak nie piją), który czystą angielszczyzną, i to w kilku wersjach gramatycznych, powiedział mi: “w takim razie odp…ol się ty p…lony sukinsynie”. Pech chciał, że znowu się zgubiłem, i wracając jeszcze raz trafiłem na niego, był jednak tak “naćpany”, że mnie nie poznał. Ale to był lokalny wyjątek – poza tym wszyscy byli mili i grzeczni, i bardziej zależało im na zamienieniu dwóch słów i ewentualnie sprzedaniu mi czegoś, niż na obrażaniu w końcu Bogu ducha winnego turysty.
No więc, włócząc się przez takie zupełnie już zakazane zaułki, gdzie po jednej stronie ruiny, po drugiej śmietnik, a na małym placyku kilku chłopców kopie piłkę, wszedłem przypadkiem w uliczkę, na której znajdował się mały skarb – ukryta przed wszystkimi mała synagoga z … 1492 roku, postawiona przez wygnanych wtedy z Hiszpanii Żydów, architektoniczne małe cacko w ukrytym podwórku. Nic dziwnego, że tak natrętnie oferowali swoje usługi przewodników, bo dotrzeć tam samemu można było tylko przypadkiem, albo właśnie z przewodnikiem, który później żądał niebotycznych sum za wyprowadzenie cię z powrotem do cywilizacji. Ale tu się nacięli – w końcu miałem dosyć czasu, i co za różnica, czy znajdę drogę w 15 minut, czy w kilka godzin, w końcu znajdę.
Zdawałem sobie, niestety, sprawę z tego, ile tracę – z kimś zaufanym i lokalnym odkryłbym niewątpliwie czarowne zakątki, cudne małe restauracyjki, hammamy, ukryte za murami starożytne podwórka, nie wiem, co jeszcze. A tak, ganiałem przez uliczki i przez “souks”, niewiele wiedząc, co za skarby kryją się o kilka metrów ode mnie. Tu mała dygresja – w Club Med kilka razy natknąłem się na tę samą parę francuskich gejów, wyglądali nieco komicznie – jeden wyższy i korpulentny, drugi niski i z wydatnym brzuchem, obaj dobrze po 70-ce. Bardzo kulturalni, raz czy dwa zamieniłem z nimi kilka słów na tyle, na ile mi mój francuski pozwalał. Często siadali dwa, trzy stoliki ode mnie, to samo czerwone wino, niespieszny wieczorny posiłek, przy którym dużo jedli, ale też dużo ze sobą rozmawiali, widocznie nie brakowało im wspólnych tematów. No i któregoś popołudnia wracam z Mediny, jestem już na placu Jamal-el-F’na i zmierzam w kierunku mojej “navette”, a tu idą owi “garçons” (jak ich nazywano w Club Med) w stronę przeciwną, czyli w zaułki. Upał jak cholera, mijając ich powiedziałem: “ no, to nie będzie łatwe” – tylko się uśmiechnęli. Wieczorem, przy obiedzie, zagadnąłem ich, jak sobie poradzili w Medinie – znowu się uśmiechnęli, po czym odpowiedzieli, że jak się wie, gdzie się idzie, to nie ma problemu, a oni byli w Marrakech’u już któryś raz, i znają dobrze to miejsce i jego skarby.
I znowu popołudnie, jestem już zmęczony kilkugodzinnym chodzeniem po “souks”. Na placu prominentnie usytuowana “Café Argana” – to tu w 2011 roku był zamach terrorystyczny, bomba zabiła wtedy 11 osób, głównie turystów, w tym dwie osoby z Kanady, o czym mówi tablica pamiątkowa na placu. Bez chwili wahania kieruję się do owej Café – trochę jako wyzwanie dla bezsensowności takich zamachów, trochę w hołdzie ofiarom. Wchodzę na pierwsze piętro, a jeszcze jest jedno powyżej – wszystkie owe Cafés w rejonie placu Jamal-el-F’na, a jest ich sporo, mają po kilka pięter, na ogół trzy. Z góry lepiej widać plac i okolice. Nie jest to kawiarnia Wedla w Warszawie – żadnych wygodnych fotelików, bibelotów, gorącej czekolady. Wystrój raczej prosty, tyle że z wyższych pięter widok na plac. Ale herbatę miętową dają dobrą – kelner leje ją cienkim strumykiem do małej szklaneczki z wysokości półtora metra. Mocna, gorąca i słodka – stawia na nogi w kilka minut, choćby nie wiem jak był człowiek zmęczony.
Komentarz do zdjęć (od góry, od lewej strony w prawo):
- Najbardziej popularny w zaułkach Mediny środek transportu towarów (bo lokalni mieszkańcy to – jeśli nie pieszo – poruszali się głównie na motorach i skuterach, a te są przekleństwem takich zaułków).
- Typowy zaułek Mediny (właśnie z owymi motorami).
- Taką poduchę berberską to bym sobie nawet kupił, tylko że do mojej podręcznej walizeczki (a tylko z taką przyleciałem) już absolutnie nic nie dało się upchnąć.
- W alejkach jednego z “souks” – nie pamiętam którego, ale ten był przestronny. W innych sklepiki i stragany były dwa razy bardziej “gęsto”.
- Piękne stare drzwi na jednym z dziedzińców Pałacu El Badi. Sam pałac, zbudowany przez sułtana Mansura gdzieś pod koniec XVI wieku, to już zupełna ruina, ale malownicza.
- Na częściowo zruinowanych uliczkach starej Mediny można było znaleźć takie właśnie cacka – najwyraźniej fragment ściany jakiegoś pomieszczenia, które tam poprzednio istniało.
- Na wewnętrznym dziedzińcu synagogi zbudowanej w 1492 roku przez Żydów wygnanych wówczas z katolickiej Hiszpanii.
- Wewnątrz Pałacu Bahia. W przeciwieństwie do ruin El Badi, Pałac Bahia jest bardzo dobrze zachowany – no, ale też dużo późniejszy, bo z samego końca XIX wieku – i jest prawdziwą perełką architektury islamskiej.
- Natomiast trudno dostępne mury i wieże ruin Pałacu El Badi zostały wzięte w posiadanie przez … bociany, które gnieżdżą się tam dziesiątkami.
- Wejście (brama) do jednego z “souks”.
- I jedna z owych malowniczych uliczek Mediny, które nie wiadomo dokąd prowadzą.
- Ta rzeźba – prawda, że ładna – jest usytuowana przy samym wejściu do Club Med El Riad, a w samym klubie znalazłem jeszcze kilka podobnych, choć każda inna, poukrywanych w różnych zakamarkach klubu.
- Bardzo wygodny, choć praktycznie tylko dla turystów, sposób przemieszczania się w Marrakech’u. Te słynne “caleche”, czyli po prostu dorożki, były świetnie wyresorowane, płynęło się w nich poprzez nieprawdopodobny ruch uliczny, jak w dużej łodzi po morzu, a u przyjacielskiego woźnicy można było dowiedzieć się (choć tylko po francusku lub arabsku) różnych lokalnych ciekawostek. Oczywiście, w wąskie uliczki samej Mediny tym się wjechać nie dało, ale woźnice znali różne objazdy i ukryte dojazdy. Mój dowiózł mnie bez problemów, po prostu otaczając szerokim łukiem wąskie uliczki Mediny, z Placu Jama-el-F’na do obu pałaców.











