Grecja wte i wewte
Tylko środkowa Grecja – tak ca. 2 godziny jazdy na północ od Aten, wzdłuż wschodniego wybrzeża, a potem w poprzek, ale wystarczyło. Wiedziałem instynktownie, że nie mam co liczyć na mapy i oznaczenia – na ogół jedne sobie, drugie sobie – więc zamówiłem do mojego autka (Renault Clio, diesel) GPS. No, teraz to już na pewno się nie zgubię. Ha, ha! Nie dość, że GPS był około 5 lat “do tyłu”, tzn. nowe objazdy i nowo otwarte odcinki dróg jeszcze nie były uwzględnione, natomiast stare oszustwa rządu greckiego wobec Unii Europejskiej (odcinki autostrad, które istniały na mapie, ale nie w rzeczywistości) jak najbardziej były na moim GPS (ale nie w terenie), to jeszcze pieprzony aparat działał za wolno – albo ja jechałem za szybko, bo gdy seduktywny kobiecy głos mówił mi: “take the next right”, ja już byłem 100 metrów za owym “next right”, i tylko słyszałem równie seduktywne: “recalculating route …”. Nie skłamię, jeśli powiem, że kilka razy miałem ochotę wyłączyć GPS i zdać się na intuicję. Szczególnie, kiedy po sugestii: “exit the motorway now”, owszem, zjechałem z owej “motorway”, ale był to już następny “exit”, i przez kolejne 20 minut kluczyłem po zakazanych ateńskich przedmieściach – tych prawdziwych, nie dla turystów, czyli bardziej zakazanych, i już zupełnie bez oznaczeń – zanim odnalazłem, z pomocą faceta ze stacji benzynowej, właściwą drogę. No, ale cudem lub przypadkiem (zależnie od wiary w Boga lub w statystykę) dotarłem do portu w Arkitsa na 10 minut przed odpłynięciem promu na wyspę Evvoia, gdzie znajdował się cel mojej podróży, czyli przepięknie położony Club Med Gregolimano. Ów 40-minutowy przesmyk między wyspą a lądem stałym przepływałem jeszcze w ciągu następnego tygodnia dwukrotnie (wte i wewte), raz jadąc na północ do monastyrów w Meteora, drugi raz przecinając Grecję w poprzek, przez góry, na zachodnie wybrzeże w celu odwiedzenia wyroczni delfickiej.
Monastyry w Meteora
Równina tessalska – wiodąca wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku miasta Tessaloniki – była płaska i mało ciekawa. Dopiero jak miniesz Trikala i zbliżysz się do miasteczka Kalabaka – a to już o rzut kamieniem od celu podróży – wszystko zmienia się w przeciągu kilku minut … i jedziesz oniemiały wobec ósmego cudu świata. Przed tobą łańcuch górski, ale to nie są zwykłe góry, tylko szereg pojedynczych pionowych skał, na szczytach których pobudowano monastyry. A za nimi następne, i jeszcze następne, kilkusetmetrowe przepaście i pionowe ściany. Cały horyzont przysłonięty ścianą gór złożonych z owych pionowych przyczółków i głębokich dolin schowanych za woalką lekkiej mgły. I gdzieniegdzie czerwone dachówki monastyrów. Można tam dojechać – nawet dość wygodnie – choć na to wcale nie wygląda. No, do niektórych można dotrzeć tylko linowyn koszykiem, bo to naprawdę nie jest kolejka, i wystarczył mi jeden rzut oka na ten 200-letni zabytek transportowy, abym zrezygnował z próby przeprawy, choć robiły to – pojedynczo, bo inaczej nie można było, 80-letnie babcie, ale im i tak niedaleko było do duchowego celu ich podróży, cel fizyczny nie odgrywał więc, być może, takiej roli.
Okazuje się, że być “z dala od cywilizacji” – rozumianej bardzo pragmatycznie, jako dostępność wszelkiego rodzaju produktów i usług – może mieć i negatywne strony. Na przykład, usług optyka, bo takich właśnie potrzebowałem, kiedy moje okulary słoneczne “zgubiły” śrubkę trzymającą prawą soczewkę. Niby nic, ale spróbuj jeździć autem po słonecznej Grecji bez okularów słonecznych – nie takich zwykłych, kupionych w każdym kiosku turystycznym, ale robionych u optyka, z odpowiednimi parametrami. Trzydzieści kilka lat temu zdarzyło mi się to raz w Meksyku – omal nie oślepłem po jednym dniu 8-godzinnej jazdy w pełnym słońcu przez góry Sierra Madre del Este, znad Zatoki Meksykańskiej do stolicy. Mądrzejszy o tamto doświadczenie postanowiłem tym razem nie ryzykować, tylko za wszelką cenę naprawić okulary. Śrubek oczywicie nie miałem żadnych, cieńkich drucików również, miałem natomiast “sawing kit”, czyli małe podróżne pudełeczko z igłami i nićmi, no i paroma guzikami – ha, ha, koszuli akurat do Club Med nie przywiozłem żadnej, bo i po co? – więc oberwany guzik nie wchodził w grę, natomiast patrząc na igły i nici coraz bardziej krystalizował się we mnie pomysł “zszycia” moich okularów. Przecież w końcu śrubka jedynie dociska górną i dolną część ramki, trzymając tym samym soczewkę, więc dlaczego nie miałaby tego zrobić nitka przeciągnięta przez owe dwie dziurki – powiedzmy – 10 czy 20 razy i zawiązana po drodze na kilka supełków. No, bawełniana nitka, nawet pomnożona przez 20, w końcu trochę się rozluźni, i soczewka znowu wypadnie, ale liczyłem na to, że tydzień wytrzyma. Wytrzymała znacznie dłużej, bo jeszcze po powrocie do Warszawy przechodziłem w owych okularach, bez żadnych problemów, cały kolejny tydzień, a i w Toronto zamieniłem moje nitkowe wiązanie na prawdziwą śrubkę dlatego, że mogłem, a nie że musiałem. Potrzeba jest matką wynalazków – jak zawsze mawiała moja własna Mama.
DELFI – czyli wieloznaczność wyroczni
Czy musiałem jechać do Delfi? 40 minut przeprawy promem z wyspy Evvoia na stały ląd, a potem ze dwie godziny, może trochę dłużej, w poprzek przez góry – no, piękne góry środkowej Grecji, a ja uwielbiam samotną jazdę przez góry, pod warunkiem, że nic się nie dzieje, silnik auta mruczy jednostajnie, jak zadowolony kot, benzyny w baku dosyć, i jeszcze wiem, gdzie jestem. Z tym ostatnim to nie tak całkiem wyszło. Termopile owszem, znalazłem, a zależało mi na odwiedzeniu miejsca, gdzie waleczny król Sparty stawił czoła całej armi perskiej, ale potem pojechałem na skróty, co przy greckich mapach oznaczało tylko tyle, że musiałem cofać się do punktu początkowego owego “skrótu”, aby dalej kontynuować podróż. Więc, aby odpowiedzieć na pytanie, czy “musiałem”? – nie, nie musiałem, ale moje klasyczne licealne wykształcenie polegało, między innymi, na tym, że w pierwszej licealnej zaczynaliśmy historię od starożytności (potem tak szło to do przodu, co klasa, to kolejna epoka), a w dodatku mieliśmy nauczyciela zafascynowanego starożytną Grecją (trochę mniej Rzymem), i zakochanego w starożytności, o której opowiadał z takim entuzjazmem, że coś z tego zostało we mnie 50 lat później. Jego klasyczna – pun not intended – lekcja “Grecja za Solona” została, oczywiście, przez nas, głupich uczniaków, przemianowana na “Grecja zasolona”, jednak trzeba przyznać, że miłość do starożytności w nas wszczepił, a nie ma chyba większego komplementu dla nauczyciela historii starożytnej. Mam szczerą nadzieję, że przebywa teraz na Olimpie wśród bogów, których kochał, i o których tak ciekawie opowiadał, i cieszy się z opinii swojego dawnego ucznia.
No więc, przeciąłem te piękne góry ze wschodu na zachód, i dotarłem to nadmorskiej równiny, gdzie znajdowało się Delfi – na wzgórzach, więc znowu trochę pod górę, na szczęście dało się zaparkować, mimo niezłego tłumu turystów – najgorsze zawsze są autobusy, bo raz, że zabierają dużo miejsca, a dwa, że wiozą “grupę”, a nie ma nic gorszego niż trafić na grupę przed lub za tobą, a jeszcze – nie daj Boże – z przewodnikiem. O ile turyści indywidualni mi absolutnie nie przeszkadzają, właśnie dlatego, że są indywidualni, czyli chodzą własnymi drogami, nawet jeśli jest ich (turystów) dużo, o tyle grupy przyprawiają mnie o depresję: stado kretynów wypełniających daną salę, bez cienia indywidualności i z kretynizmem wypisanym na każdym obliczu. Oh tak, zdarzało mi się – ostatnio w Efezie w hellenistycznej Turcji – zwiedzać dane miejsce z grupą, ale zawsze byłem 100 metrów przed, lub 100 metrów za, aż któryś przewodnik, wręczając mi bilet na zwiedzanie kolejnego miejsca, sarkastycznie zapytał, czy ja aby jestem z nimi, bo nie wyglądam na takiego. I słusznie.
Zaparkowałem, dotarłem do kasy i kupiłem bilet na “archeological site” i do muzeum. Sama świątynia, czy raczej kompleks świątyń z czasów greckich i rzymskich, a raczej – ruin owych świątyń, oznacza niezłą wspinaczkę, ale wrażenia są niesamowite. Najlepiej zachowana mała świątynia Apollona to chyba z czasów rzymskich, ale stare greckie kolumny wyznaczające miejsca dawnych świątyń są fascynujące.
Grecy może są nieudolni w sprawach gospodarczych – choć tego nie widać – ale muzea to potrafią budować. Moja pierwsza fascynacja to New Acropolis Museum w Atenach, ale to w Delfi, choć malutkie, było przepiękne. Znowu – mieszanka reliktów greckich i rzymskich, ale umówmy się, że Rzym przyjął i wchłonął kulturę grecką, nie niszcząc jej, owszem, zmieniając panteon bogów, ale co za różnica, czy ktoś nazywa się Afrodyta, czy Wenus, skoro i tak mowa o tej samej bogini. Chodziłem po tych kilku salkach jak urzeczony, co zdarzało mi się też w innych greckich muzeach. Patrzysz przecież na rzeźby, które mają po 3 tysiące lat, a są tak klasycznie piękne, że trudno oprzeć się myśli, że ludzkość osiągnęła wtedy swoje apogeum, i od tamtych czasów nieuchronnie zmierza ku swojemu upadkowi, mimo wszelkich postępów technologii.







