Hawajskie przygody po 9/11
Nie da się ukryć, że było to moje najlepsze dry martini. Gin, kropelka Vermutu, i oliwka – ale to przecież i shaker, i temperatura, i ilość lodu w stosunku do ginu, i – przede wszystkim – atmosfera. Tak czy owak – było to naprawdę najlepsze dry martini, jakie kiedykolwiek piłem, do tej pory je wspominam, a od tamtego czasu minęło przecież wiele lat. Przez szklaną podłogę i ściany restauracji na wewnętrznym tarasie hotelu Sheraton mogłem oglądać plażę Waikiki, a bliżej, o piętro niżej, zielono-niebieską wodę basenu pływackiego. I wierzcie mi, że ta plaża w zachodzącym słońcu, którego ostatnie promienie rzucały ciemno-pomarańczowe cienie na turkusowe wody basenu, robiły – szczególnie przez mgiełkę kolejnego dry martini – niezapomniane wrażenie.
Być w Honolulu i nie zobaczyć Pearl Harbour? Wynajmuję więc auto i kieruję się tam, gdzie jest zacumowany pancernik Missouri, na którego pokładzie generał McArthur przyjmował kapitulację Japonii we wrześniu 1945. Przechadzałem się po tym pokładzie – jak oni mogli się tam wszyscy pomieścić? Nasze wyobrażenia o pancernikach są często mylne, przestrzeni nie ma tam zbyt dużo. Na Missouri imponujący był jedynie przedni pokład, nad którym górowały owe niesamowite baterie 16-calowych dział zdolnych wyrzucać ponad-tonowe pociski na odległość 30 kilometrów. Ale już boczny pokład śródokręcia, na którym McArthur przyjmował kapitulację Japonii, był powierzchniowo bardzo skromny. A wewnętrzne pomieszczenia, wąskie korytarze, schody i przejścia na górę na szerokość jednej osoby – wyobraźcie sobie alarm bojowy, i co się tam wtedy działo.
No, ale o mały włos i nie dojechałbym do Missouri, a amerykańskie wojsko na pewno dorobiłoby odpowiednią wersję mojego tragicznego końca. Dzień był gorący, choć nie upalny, prowadziłem powoli moje auto tak, jak kierowały mnie znaki na Pearl Harbour, przednie szyby miałem opuszczone, nie musiałem nawet włączać air conditioner’a, lekka bryza wystarczająco chłodziła kabinę. Zdziwiłem się tylko, kiedy droga nagle nie tyle się skończyła, ile była zastawiona budką strażniczą, przed którą stała w rozkroku potężna babka z korpusu Marines, dwa pistolety maszynowe przyczepione do jej bioder, a jej obie dłonie dokładnie na rękojeściach owych pistoletów, ze wskazującym palcem niewątpliwie na ich spuście. I pomimo, że miała szeroki uśmiech na twarzy, kiedy podjeżdżałem powoli do jej budki, instynktownie wiedziałem, że albo zachowam się rozsądnie, albo już nie zachowam się w żaden sposób nigdy więcej. “Where are you going, Sir?” – padło jej pytanie, i wtedy, patrząc wprost przez nią, 50 metrów dalej, zobaczyłem gniazdo karabinów maszynowych wycelowanych prosto w mój samochód. Tak się złożyło, że przez pomyłkę wjechałem na teren amerykańskiej bazy wojskowej – prawdziwej, nie tej dla turystów, a to mogło się naprawdę źle skończyć. Owa amerykańska Walkiria musiała chyba jednak mieć już do czynienia z takimi zagubionymi turystami, bo – pomimo jej pełnej gotowości do natychmiastowego wyprawienia mnie na tamten świat przy najmniejszym niewłaściwym ruchu z mojej strony – ciągle się uśmiechała, kazała mi zawrócić, udzielając zarazem instrukcji, gdzie powinienem był skręcić, aby dojechać do bazy wojskowej “dla turystów”, czyli właściwego Pearl Harbour.
Dopiero po następnych kilku dniach zdałem sobie sprawę, że to naprawdę nie były żarty. Było to zaledwie kilka miesięcy po 11-tym września, kiedy zginęło ich ponad trzy i pół tysiąca, i Amerykanie byli gotowi strzelać do każdego podejrzanego, a potem dopiero zadawać pytania. Zabukowałem sobie jednodniową wycieczkę na Maui, czyli 20-minutowy przelot, auto na lotnisku, zwiedzanie Maui, i powrót wieczorem do Honolulu. Wszystko było O.K., tylko ów 20-minutowy przelot – wewnątrz terytorium Stanów Zjednoczonych – zabrał ponad dwie godziny. Przeszedłem przez trzy kontrole, w czasie których chyba wszystkie moje plomby w zębach były dokładnie przeanalizowane, bagaż podręczny – a tylko taki miałem – sprawdzony, prześwietlony, i jeszcze raz sprawdzony.
To było w Honolulu. Na Maui atmosfera była już, na szczęście, bardziej zrelaksowana. Głównym celem mojej wyprawy na Maui był Haleakala National Park, o absolutnie bajkowym kolorycie swoich wulkanicznych dolin i szczytów. I wcale nie trzeba profesjonalnych zdjęć, jakich pełno można znaleźć w przewodnikach i w Internecie. Te dwa poniżej, zrobione przeze mnie analogowym (jeszcze wtedy) aparatem i zeskanowane z odbitki, wystarczą. Nie obyło się bez niespodzianek. Auto, oczywiście, czekało na mnie na lotnisku, gdzie – pomimo wczesnego przedpołudnia – upał sięgał 30 stopni. Ale droga przez Haleakala National Park to wspinaczka na ponad 10 tys. stóp, czyli więcej niż 3 tys. metrów, a więc jestem powyżej szczytów Tatr, i to w przeciągu godziny lub dwóch, kiedy to zaczynałem wspinaczkę praktycznie od poziomu morza. Kiedy wysiadłem z auta blisko szczytu wulkanu, zęby mi zadzwoniły z zimna, i czym prędzej wydobyłem ciepły sweter z mojej podróżnej torby. Jakim cudem wziąłem go wtedy z sobą? Chyba tylko, nauczony doświadczeniem, jako antidotum na często w takich miejscach zbyt mocno działającą klimatyzację na lotniskach, w samolotach, czy w hotelach.
Słynna plaża Waikiki w Honolulu, do której miałem z hotelu zaledwie kilka kroków, raczej rozczarowywała. Jako plaża nie była niczym nadzwyczajnym, choć mogła, oczywiście, wyglądać dużo piękniej kilkadziesiąt lat temu. Teraz była zatłoczona, szosa biegła wzdłuż niej zbyt blisko, i upstrzona była budkami i sklepikami sprzedającymi wszystko co niezdrowe i kiczowate. Jedynie amatorzy surfingu mieli używanie, i widok tych młodych opalonych ludzi na deskach, utrzymujących równowagę na szczytach wysokich rozpędzonych fal, wnosił element piękna.
Za to wystarczyło pojechać autem na północny brzeg Oahu, aby znaleźć się wśród kilometrów zupełnie dziewiczych i przepięknych plaż, gdzie wczasowiczów było tak niewielu, że można było rozłożyć się w ciepłym białym piasku o 100-200 metrów od najbliższego sąsiada, lub odbywać samotne kilkukilometrowe spacery brzegiem oceanu. Z kąpielą w owym oceanie było już gorzej – bo zaledwie kilka metrów od brzegu zaczynał się rów głebinowy. Raj dla pływaków – gdyby nie … rekiny. Niby nic się nie działo, i byli tacy, co pływali w tych głębinach, ale nigdy nie wiadomo.
Komentarz do zdjęć (od góry artykułu, od lewej strony w prawo):
1.Przedni pokład pancernika Missouri. Te baterie 16-calowych dział mogą wyglądać na relikt przeszłości, choć sprawdziły się w ostatniej chyba misji bojowej (u wybrzeży Libanu) w 1991 roku. Tym niemniej, okręt – po modernizacji – naładowany był współczesną elektroniką, i wyposażony w kilka baterii wyrzutni rakietowych (z pociskami Tomahawk, Harpoon, i in.).
2 i 3. Zapierające dech w piersiach widoki w Haleakala na Maui.
4. Na północy Oahu plaże – jedne z najpiękniejszych, jakie widziałem – były praktycznie puste. Te dwa pieski zostawiły gdzieś swoich właścicieli i wybrały się na spacer brzegiem oceanu.


