Homo Faber
“Homo Faber”, Maxa Frisch’a, przeczytałem pierwszy raz w polskim wydaniu wiele lat temu. “Lat” to mało powiedziane – chyba ze dwie dekady temu. Może nawet jeszcze więcej. Nie pamiętając już dokładnie treści wiedziałem, że jest to wyjątkowa książka. Tak już ze mną często jest – zapominam treść, akcję, ale pamiętam atmosferę, literacki poziom, to “coś” co zmusza, że po latach sięga się po tę samą książkę jeszcze raz. No więc tym razem sięgnąlem po oryginalne niemieckie wydanie. Nie obyło się bez niespodzianek – “przebiłem się” ze słownikiem przez pierwszych kilka stron na amazon.de, po czym kupiłem książkę jedynie po to, aby ją odłożyc. Druk był tak mikroskopijny, że nie dało się czytać. Dopiero kiedy na jesieni 2011 roku byłem w Berlinie, znalazłem w Dussmann na Friedrichstrasse wydanie, które mi odpowiadało. Możecie się śmiać, ale czytanie literatury, dobrej literatury, w obcym języku, który się zaledwie jako tako zna od 2-3 lat, to nie to samo, co czytanie anglojęzycznych książek (mieszkam i pracuję w Kanadzie od ponad 30 lat), hiszpańskich opowiadań i powieści (mieszkałem i wykładałem w Meksyku przez 4 lata), nie mówiąc już o polskiej, czy nawet (z biedą) francuskiej literaturze. Wcześniej przeczytałem tylko jedną książkę po niemiecku – taki typowy, znaleziony w recepcji hotelu gdzieś w Hiszpanii, choć dobrze napisany, “Frauenroman”. Miał tę zaletę, że był w miarę łatwy, więc “przeszedłem” przez niego w kilka tygodni, z czego byłem wówczas bardzo dumny. Tym razem było – i ciągle jest – o wiele trudniej.
Co w tej książce uderza? Wiekszość miłośników książek Frisch’a zna jej akcję, ale dla mnie nie ta jest najważniejsza. Styl – trochę jak u Hemmingway’a, ale niepowtarzalnie Max Frisch. Krótkie zdania, mocne opinie. Nie zaprzeczam, że cała pierwsza cześć o rozbiciu się samolotu, potem podróży do Palenque, przez granicę do “niemieckiej” plantacji tytoniu w Gwatemali, przypomniała mi mój pobyt w Meksyku – może nie w tak gorącym miejscu, jak Palenque, ale bardzo podobnym, miałem te same odczucia, te same reakcje. Obezwładniający, dosłownie “padający na mózg” upał, kiedy siłą woli trzeba zmusić się do zrobienia czegoś, wyrwania się z bezwładu. [Zdarzyło mi się raz w Meksyku, że jadąc samochodem, przeciąłem ruchliwą arterię na czerwonym świetle, w ogóle tego nie rejestrując – było tak gorąco, że mój mózg chwilowo wyłaczył się, i dopiero po fakcie oblał mnie zimny, pomimo upału, pot.] A potem – jego stosunek to Ivy w New York’u (w końcu bohater jest uosobieniem autora), podróż statkiem przez Atlantyk do Europy z własną, choć nie znaną mu jeszcze, córką na pokładzie, dalsze perypetie … i opinie. Prototyp mizoginisty? Chyba nie, bo przecież szukał towarzystwa kobiet, choć może to one go szukały, miał bardzo rozwinięty “sex drive”. Ale cenił własną niezależność, bardzo ją cenił. Krótki fragment, kiedy podczas kapitańskiego balu, tuż przed końcem transatlantyckiej podróży, nie mogąc oderwać się od Sabeth, wyjaśnia jej: “Ich bin nicht zynisch. Ich bin nur, was Frauen nicht vertragen, durchaus sachlich.” … ” Alleinsein ist der einzigmögliche Zustand für mich, denn ich bin nich gewillt, eine Frau unglücklich zu machen, und Frauen neigen dazu, unglücklich zu werden.”
