Moje wielkie i małe hotele
Zacznijmy od tego, że lubię zatrzymywać się w hotelach. Zawsze czułem przyjemny dreszczyk oczekiwania, kiedy rejestrowałem się w recepcji, odbierałem klucze i jechałem windą lub szedłem schodami do mojego pokoju. Niemal nigdy nie bukowałem w ciemno, więc miałem dość dobre pojęcie o standardzie, wystroju, okolicy – choć czasami nie było wyboru, ale to były rzadkie przypadki. Dziesiątki razy spędzałem po dwa, trzy dni, czasem cały tydzień w “konferencyjnych hotelach”, no bo tam miały miejsce konferencje, na które jeździłem, więc tak mi było najwygodniej. Niektóre z owych hoteli były całkiem dobre, ale na ogół duże i bez wyrazu, o nich więc nie będę pisać. Najbardziej lubię małe butikowe hoteliki, takie z charakterem, z duszą, a przynajmniej z czymś ciekawym, co potem wyciąga się z przyjemnością z zakamarków pamięci. Ale zdarzyło mi się też kilka razy zatrzymać w dużych sieciowych hotelach, które – pomimo swoich rozmiarów – potrafiły oczarować stylem, komfortem, położeniem, widokiem. Jumeirah Etihad Towers w Abu Dhabi był takim przykładem bogactwa, które nie raziło, bo było umiejętnie stonowane i odpowiednio wyeksponowane. Ale i berliński Eurostar przy Friedrichstrasse zostawił miłe wspomnienia, podobnie jak Pan Pacific w Marina District w Singapurze, Langham Place w Hong Kongu, czy “W” w Nowym Jorku. Te wielkie hotele dawały złudzenie kupionego na kilka dni luksusu dostępnego na codzień tylko osobom bardzo bogatym. Rzecz jednak w tym, że przez ów krótki czas ja również czułem się bardzo bogaty, pomimo że nic przecież nie zmieniło się w moim statusie majątkowym. Czyż nie korzystałem z takiej samej suity, jak milioner obok? No, może jego była większa, ale wystrój był przecież podobny, a na piętrach klubowych miałem dostęp do takich samych posiłków w odrębnych dla nas salach, wieczorami zaś do nielimitowanych drinków i zakąsek w klubowym barze. Z kolei, w malutkich butikowych hotelikach było milusińsko i przytulnie, czasem artystycznie, choć często bardzo skromnie i prosto. Wychodziłem na stare uliczki, zwiedzałem okoliczne muzea, jadałem w równie przytulnych co hotel małych knajpkach, których atmosfera, a i kuchnia, były nie do podrobienia przez duże hotele z ich wykwintnymi, ale często “sztywnymi” i pozbawionymi “personal touch” restauracjami.
Tych kilka wielkich, ale jakże ciekawych, i tych kilka małych, przytulnych, często butikowych hoteli, to było moje milieu i przedmiot tych notatek. A między tymi dwiema skrajnościami były dziesiątki odcieni nieciekawej szarości. Czasem ta szarość była akceptowalna, a nawet przyjemna, jak Sofitel w Atenach – kiedy chodziło przecież tylko o przenocowanie obok lotniska, w obrębie terminalu, i lot dalej wczesnym rankiem. W swojej masie były to jednak miejsca nie zostawiające żadnych śladów we wspomnieniach – te wszystkie Hiltony, Sheratony, NH’s, Holiday Inns, itd.
Plinio au Lac – Laglio, Lake District, Italia
No tak, to było już bardzo dawno temu – może 2004 rok? I chyba był to mój pierwszy “uroczy mały hotelik” – w wiosce Laglio nad Lago Como. Dlaczego akurat tam pojechałem? Leciałem na konferencję do szwajcarskiego Lugano, gdzie miałem też spotkać się z moją Mamą, a więc lot z Toronto do Mediolanu – Alitalia miała wtedy business class zwaną Magnifica, i rzeczywiście, jak na ówczesne standardy latania, komfort lotu dobrze oddawał nazwę klasy – wynajęcie auta na lotnisku Malpensa i niespieszne zwiedzanie okolic włoskich jezior, potem przekroczenie ledwie oznakowanej i niestrzeżonej granicy włosko-szwajcarskiej i krótka jazda do Lugano. Ale o pojechaniu do Lago Como zaważyło jeszcze Bellagio, bo akurat rok czy dwa wcześniej byłem w Bellagio w Las Vegas, hotelu którego fasadę zrobiono na wzór owej wioski znad Lago Como. Prawdziwe Bellagio okazało się zresztą nieco mniej ciekawe niż to sztuczne z Las Vegas, ze swoimi ekskluzywnymi restauracjami Picasso i Le Cirque, gdzie kieliszek rosyjskiej wódki i kanapka z rosyjskim czarnym kawiorem kosztowały $90, ale też z innymi, choć równie drogimi, przysmakami, i gdzie do każdej potrawy pięciodaniowego obiadu serwowano inne, specjalnie dobrane wino. Ale to było w Las Vegas. W wiosce Laglio nad Lago Como było prosto, skromnie, przytulnie i bardzo urokliwie. Hotelik miał zaledwie kilka pokoi i był tak prosty, że niewiele z jego wystroju pamiętam – ot pojedyncze łóżko, drewniany stolik, krzesło, mała łazienka, no i … okno z widokiem na jezioro. Ale jakim widokiem! Rankiem nad spokojnymi wodami jeziora leżała gęsta szara mgła i drugi brzeg, całkiem rzecież blisko, był prawie niewidoczny. Ta mgła, i kompletna cisza, sprawiały niesamowite wrażenie. Dzień powoli wstawał i mgła z każdą minutą robiła się trochę rzadsza, pojawiały się w niej białawe pasma, na drugim brzegu wyłaniały się nagle zarysy jakiegoś domu, potem drugiego, od góry, od nieba, robiło się coraz jaśniej …
Hotelik miał wtenczas – tamtego lata – przytulną restauracyjkę z domową włoską kuchnią. Piszę “wtenczas”, bo kiedy ostatnio wyszukałem go na Internecie, hotelik owszem był, ale po restauracyjce ani śladu. Ale przecież już kilkanaście lat temu właściciel, który wtedy własnoręcznie serwował posiłki, wydawał mi się w wieku mocno emerytalnym, więc pewnie następne pokolenie zrezygnowało z restauracji, bo to przecież dużo pracy, a w wiosce i tak była jeszcze jedna. A może mi się to wszystko pomieszało, pamięć zawiodła, i w hoteliku nie było żadnej restauracyjki? Ale ten widok z okna na zamglone o poranku Lago Como był na pewno.
U Zlatych Nużek – Praha
Chciałem coś małego, butikowego, nie wariacko drogiego, blisko Mostu Karola i centrum Pragi, i jeszcze z restauracją i barem na miejscu. No i znalazłem – Na Kempe, która jest czymś w rodzaju wyspy bliżej hradczańskiej strony Pragi, ale dosłownie obok Mostu Karola, bo jednak nie ‘pod mostem’, choć z daleka tak to może wyglądać. A te “złote nóżki” … – no tak, przyznam, że nazwa hotelu zwróciła moją uwagę, i dopiero jakiś czas potem zorientowałem się, że to nie żadne nóżki, przez zwykłe czy kreskowane “u”, ale nożyczki. Brr … Czeski język ma dla nas dużo takich pułapek. Tym niemniej hotelik był dokładnie taki, jaki chciałem – czysty, przytulny, prosty, nawet skromny, ale za to z bardzo dobrą restauracją, no i położeniem trudnym do przebicia. Kilka minut schodami w górę i było się na Moście Karola, skąd kolejne kilku minut zajmowało dojście do uroczych uliczek pod hradczańskim zamkiem. Na praskie stare miasto było trochę dalej, ale tylko w tym sensie, że trzeba było przejść niemal całą długość Mostu Karola, no i sama stara Praha jest dość rozległa.
Hotelik był tak prosty, że nawet nie pamiętam wystroju pokoju. Za to pamiętam restaurację, w której zjadłem trzy lub cztery niezapomniane posiłki. Najbardziej smakowało mi danie, na które składało się pieczone udo gęsi z czerwoną kapustą i ziemniaczano-chlebowymi pyzami, robionymi trochę tak, jak owe wielkie drożdżowe kluchy u moich dziadków w Pabianicach, wszystko polane gęstym sosem. Do tego czerwone wino – no cóż, ja pijam głównie czerwone wino, i nawet dali mi zupełnie przyzwoity lokalny Merlot, ale przynajmniej raz zamówiłem czeskie piwo. O ile czerwone wino nie jest mocną stroną Czechów (choć, jak powiedziałem, to moje było zupełnie pijalne), to w piwach można już było przebierać do woli, a każde dobre i z charakterem.
Co jeszcze pamiętam, poza wycieczkami do Muzeum Muchy, Muzeum Kafki – oba bardzo ciekawe – i włóczeniem się po Pradze? Głównie okolice mojego hoteliku, czyli ową wyspę Na Kempe, i urocze uliczki hradczańskiej strony miasta. Włóczyłem się po nich godzinami – najpierw głównymi trasami, potem bocznymi, a na koniec już takimi zaułkami, że z trudem odnajdywałem drogę powrotną.
HOTEL NILES – Istanbul
Istanbul – wielkie miasto, które narastało warstwami przez stulecia. Kultury zmieniały się, mieszały, przychodziły i ginęły. Podboje na ogół nie niszczyły miasta, co najwyżej je plądrowały, bardziej niszczące były pożary. Ale na fundamentach starych domów powstawały nowe, wciskając się w każdą wolną szparę i zagospodarowując każdy metr kwadratowy, a jak już i tego zabrakło, pnąc się do góry i zabudowując dachy. Uliczki Sultanahmed, starej muzułmańskiej części Istanbul, z Hagia Sofia, Błękitnym Meczetem, i wieloma innymi starymi budowlami, to właśnie takie nawarstwienie stuleci rozwoju. Stare drewniane domy już w większości nie istnieją, z wyjątkiem kilku uliczek, zastąpiono je kamienicami zbudowanymi w dziewiętnastym, czy na początku dwudziestego wieku, ale wewnątrz owych kamienic zachowano często czar owych starych drewnianych domostw – te wszystkie saloniki, wnęki, półpięterka, zakamarki, ukryte podwórka, ogródki, nikt by się tego nie domyślił patrząc na fasadę domu od strony ulicy. I taki właśnie jest Hotel Niles – a przynajmniej był. Przy wejściu, po prawej stronie, recepcja – to w końcu jest hotel. Ale dalej i o stopień niżej prawdziwy turecki salonik, gdzie można było napić się dobrej herbaty lub kawy. Szafki, stoliki, fotele, wnęki, dywany, kobierce, gdzieś jakieś wyjście do małego ogrodu, schody na górę, stara mała winda. Każdy pokój inny – inna wielkość, kształt, umeblowanie, widok. Nasz był bardzo eklektyczny – duży, w oknach na całą wysokość pokoju koronkowe firanki, ottomanka w okiennej wnęce, wielkie łoże, ściany wytapetowane na wiktoriańsko, sufit ze wschodnimi szlaczkami i żyrandolem, na podłodze jakieś dywany, a jeszcze biurko z okrągłym lustrem i fotel ze skórzanym obiciem. Najlepszy był jednak widok, którego na pozór w ogóle nie było, bo okna wychodziły na wewnętrze podwórze między sąsiednimi kamienicami. A w tej sąsiedniej kamienicy, piętro niżej – widzieliśmy więc dobrze – była … fabryczka torebek, taka manufaktura, może nie zaraz podrabiana Prada albo Gucci, niemniej przez cały dzień pracowali tam pochyleni nad swoimi maszynami i stołami mężczyźni – dlaczego tylko mężczyźni? – wyrabiający damskie torebki. Nie przeszkadzało nam to, bo nie było głośne, no i wieczorem było już tam ciemno, wszystko jednak trochę dziwne i niesamowite.
Hotel był o kilka minut spaceru, uliczkami pod górę, do Yeniçeriler i Divan Yolu, którymi to arteriami można było dotrzeć pieszo, lub wygodnym kanadyjskim tramwajem (Bombardier), do samego serca Sultanahmed. Wychodząc na Yeniçeriler wystarczyło przejść na drugą stronę, aby wtopić się w uliczki, a potem wielkie kryte hale Wielkiego Bazaru. W przeciwnym zaś kierunku schodziło się ostro w dół w labirynt uliczek i knajpek Kumkapi, jednej z najbardziej malowniczych, choć nieco turystycznych dzielnic, aż do dużych rybnych restauracji nad brzegami Morza Marmara.
Ale wróćmy do hotelu i owym pnięciu się w górę z braku innego miejsca. Restauracja i bar były właśnie na dachu domu, a jeszcze w dodatku i ogród, i coś w rodzaju patio ze stolikami. Restauracja i bar były oczywiście “pod dachem”, ale z panoramicznym widokiem na dachy Istanbul’u i – daleko – chyba w stronę Kumkapi na Morze Marmara. W cieplejsze dni można było wyjść na owe okalające restaurację z dwóch stron patio i zjeść śniadanie czy lunch na świeżym powietrzu; w największe upały wiała tam zawsze przyjemna bryza od morza. Nie była to haute cuisine, restauracja służyła głównie do śniadań, gdyż niemal wszyscy jadali na mieście, ale nawet wieczorem można było wypić drinka i zamówić w barze jakąś przekąskę.
La Residencia, Deia, Mallorca
Jeśli przeciąć Majorkę niemal prostą linią z południowego-zachodu na północny-wschód, mniej więcej od La Palma do Alcudii, to zostawimy tłumy turystów na piaszczystych plażach nizinnej części wyspy, bo na północny-zachód od owej linii są już góry – Sierra Tramuntana. I to wysokie góry, w które niedoświadczony kierowca raczej nie powinien się zapuszczać. Oczywiście, turystów jest tam też sporo, ale to zupełnie inny rodzaj turystów. Nie są to tłumy żłopiących piwo, wygrzewających się na plażach, poupychanych w nadmorskich hotelach, dowożonych wszędzie autokarami amatorów tanich wakacji w ramach pakietów turystycznych oferowanych przez niezliczone biura podróży w całej Europie i poza nią.
Kiedy jeden jedyny raz, gdzieś około roku dwutysięcznego, odwiedziłem położoną w głębi owych gór wioskę Deia, dokąd przyjechałem z uroczej skalistej nadmorskiej wioski Banyabulfar, właścicielem hotelu La Residencia (w sieci Relaix & Chateaux) był brytyjski miliarder Richard Branson. Nie był to wówczas hotel na moją kieszeń, choć w późniejszych latach zdarzało mi się zatrzymywać w droższych miejscach. Spędziłem więc w La Residencia tylko jedną dobę, bo na tyle było mnie stać, ale do znajdującej się na miejscu słynnej restauracji Olive (podobno najlepszej na wyspie) już nie dotarłem – po zapoznaniu się z menu, a raczej z cenami owego menu. Co zresztą na dobre mi wyszło, bo uczynna dziewczyna z recepcji poleciła mi położoną dalej w wiosce prostą chłopską gospodę, która okazała się kulinarną perłą, i gdzie za dużo mniejsze pieniądze zjadłem pysznego pieczonego prosiaka z chrupiącą skórką i wypiłem butelkę jednego z najlepszych win, jakie mi się trafiły w moich podróżach. Był to przypadek, a zarazem życiowa lekcja, jak to pozory często potrafią mylić. Przy sąsiednim stoliku siedziało sobie czterech lokalnych chłopów – przynajmniej na takich wyglądali – i pili sobie ze szklaneczek wino, a nawet degustowali różne wina. Moją uwagę zwrócił jednak głównie fakt, że rozmawiali w kilku językach. Po hiszpańsku – rzecz jasna, ale przy tym wtrącali zdania francuskie, a nawet wydawało mi się, że słyszę niemiecki. W retrospekcji mogła to być po prostu lokalna odmiana katalońskiego, czyli mallorquino, kataloński przecież sporo słów czerpie z francuskiego. Tym niemniej ich zachowanie i charakter rozmowy nie bardzo pasowały mi do lokalnych wieśniaków, a ponieważ siedziałem od nich na wyciągnięcie ręki, zwróciłem się po hiszpańsku z prośbą o doradzenie mi dobrego lokalnego wina do mojego pieczonego prosiaka. I wtedy jeden z owych “wieśniaków” wstał, poszedł na zaplecze i przyniósł mi butelkę – nie pamiętam, czy nawet za nią zapłaciłem, a jeśli tak, to na pewno mniej, niż była warta – przysiadł się na kilkanaście minut do mojego stolika, porozmawialiśmy, i okazało się, że był właścicielem tej knajpy, a kelnerka, która chwilę później przyniosła mi zamówione przeze mnie danie była jego córką. Był przy tym bardzo ciekawym rozmówcą, wyedukował mnie nieco w materii lokalnych i ogólnie hiszpańskich win, nie był jednak natrętny i po kilku chwilach miłej pogawędki zostawił mnie z moim pieczonym prosiakiem i butelką wina i wrócił do swoich kompanów. Nie muszę dodawać, że nieco chwiejnym krokiem i późno w nocy dotarłem do mojego hotelu.
A sam hotelik – no cóż, po przyjeździe nawet nie zdążyłem zarejestrować się w recepcji, jak na podjazd wjechał ciemno-zielony Rolls-Royce, z którego wysiadł jakiś angielski lord ze wszystkimi parafernaliami swego stanu – marynarką w szkocką kratkę, pumpami do konnej jazdy, fajką, i laską o srebrnej gałce. Wcale nie zmyślam – tak naprawdę było. Z recepcji natychmiast wybiegła dystyngowana pani w średnim wieku, pewnie szefowa, i zaczęła go wylewnie witać, jak starego znajomego, którym pewnie był. Na korzyść hotelu można jedynie dodać to, że chociaż nie witali mnie tak wylewnie jak owego lorda, niczym nie dali mi odczuć mojego niskiego stanu i znacznie skromniejszego konta bankowego.
La Residencia była unikalna, nawet wykwintna, ale w żadnym wypadku nie był to luksusowy hotel w stylu nowoczesnych wielkomiejskich luksusowych hoteli. Baseny pływackie były ot, takie sobie, choć tarasowe ogrody obiecywały spokój i ciszę na leżaku; pokoje stylowe, niepowtarzalne, ciekawie umeblowane, z pięknymi widokami przez wtulone w attykowe belki okna. Tym niemniej był tam czar minionych czasów w otoczeniu pięknej starej wioski z kamiennymi domostwami, brukowanymi uliczkami, szyldami, ogródkami, i widokiem gór w prześwitach między domami. A jeśli ktoś pragnął bardziej hałaśliwego wieczoru, z dziesięć knajp i barów do wyboru, choć głośno tam nie było – nie ten rodzaj przyjezdnych. Wieczorem była cicha rozmowa, dobre – choć nie tanie – drinki, spacer urokliwymi uliczkami z kocimi łbami i w świetle żółtych latarni, książka przed spaniem, plany na dzień następny.
ME – Madrid

Plaza Santa Ana, Madrid – centrum starego Madrytu; stąd schodzi się prosto w dół roległą Calle del Prado do Fontanny Neptuna i w lewo do Museo del Prado. Albo bocznymi uliczkami – Calle de Cervantes, gdzie podobno był jego dom, albo Calle de las Huertas – tędy ciekawiej, bardziej autentycznie, imperialny Madryd został z boku, a i turystów mniej. A przy placu Santa Ana hotel ME, dawniej znany jako Reina Victoria, imponujący na zewnątrz, ale – ma szczęście – bardzo zmodernizowany, wręcz hip, wewnątrz. Gdyby nie owa trasa do Museo del Prado, byłoby tu spokojnie, staro, i swojsko, wszystko co zatłoczone i turystyczne zostałoby wyżej – Sol, Plaza Mayor, i dalej aż do Opery, ogrodów królewskich i Pałacu. No, ale Prado wszyscy chcą “zaliczyć” – tym bardziej, że Złoty Trójkąt obejmuje jeszcze takie muzealne cuda, jak Tyssen-Bornemisza i Reina Sofia. Nie radzę nikomu “zaliczania” wszystkich trzech w jeden dzień. Nie radzę nikomu nawet “zaliczenia” Prado w jeden dzień – dużo lepiej wybrać sobie kilka sal, na przykład te z Boschem i Dürerem, albo pasaż główny z Murillo, albo sale z Velazquezem, albo – ale to zupełnie odrębny cup of tea – piękną kolekcję antycznej rzeźby greckiej, jaką posiada Prado. Ta sama rada dotyczy, zresztą, Tyssen-Bornemisza. Albo oglądamy kolekcję Carmen Tyssen-Bornemisza, albo tylko impresjonistów, albo tylko sale z obrazami Picassa, Braque’a i innych kubistów, albo starych XVII-wiecznych mistrzów, wyborów jest dużo. Jedynie Museo Reina Sofia, w całości poświęcone sztuce nowoczesnej, można zobaczyć, i cieszyć się nim, w jeden dzień.
Tak więc Plaza Santa Ana, stary targowy plac w starej części Madrytu, gdzie każda uliczka idzie pod innym kątem i zgubisz się łatwo, nawet nie wiedząc kiedy, jest niestety na trasie owych pielgrzymek turystycznych zmierzających do El Prado i pozostałych dwóch muzeów Złotego Trójkąta. Ale i tak jest urokliwy, zwłaszcza wczesnym rankiem, kiedy jest niemal pusty, albo późnym wieczorem, kiedy z kolei jest gwarny, pełen ludzi obsiadujących sam plac i wszelkie kawiarenki i restauracje wokół, lub zmierzających do Teatro Español, dokładnie naprzeciwko hotelu ME. Do owego teatru też się wybrałem, na El Burlador de Sevilla, XVII-wieczną farsę Tirso de Molina, hiszpańską “wersję” Don Juana. Hiszpański znam, a przynajmniej znałem, dobrze, ale to trochę tak jak z angielskim w sztukach Szekspira. Język zmienia się, i mój współczesny hiszpański ledwie sobie radził z rozumieniem XVII-wiecznego wersetu hiszpańskiego, miejscami umykały mi całe partie, ale i tak miałem dobrą zabawę.
No a sam hotel ME? Coś im tam szwankowało z organizacją i musieliśmy o to, czy o tamto, upomnieć się. Ale wystrój był ciekawy, a restauracja z barem – Ana la Santa – wręcz wystrzałowa, tyle że właśnie w stylu hip, czyli głośna, z niekonwencjonalnym menu, i nieco wysokimi cenami.















