CHANIA – czyli wybierz swoje H
Bo to może być HANIA, albo CHANIA, albo – już po grecku – XANIÁ (Χανιά). I tylko w tej ostatniej wersji wychodzi, że poprawnie wymawia się nazwę tego greckiego (kreteńskiego) miasta akcentując ostatnią głoskę.
Jeździć po Krecie w pierwszej połowie maja jeszczę się dało – turystów ot tylu, aby nie czuć się samotnie na drogach, ale wystarczająco niewielu, aby można było popatrzeć spokojnie na kozy i barany (nie mówiąc już o widokach), których to kóz i baranów było zdecydowanie więcej niż owych turystów. A niektóre kozy, zwłaszcza w górach, to były istne modelki, każda inna – tu zawadiacki loczek, tam capia bródka, cała gama kolorów – pozowały do zdjęć nad przepaściami, wspinały się po urwiskach tak stromych, że zastanawiałem się, jakim cudem ich kopytka łapią jakąkolwiek trakcję. W przeciwieństwie do kóz, barany po prostu pojawiały się nagle wielkim stadem na drodze. Na szczęście to góry, i to wysokie, więc szybko jechać nie sposób, a więc i kolizje nie groziły.
No, w samym mieście Chania kóz ani baranów nie było, a szkoda, za to turystów bez liku, nawet w pierwszej połowie maja. “Bez liku” przynajmniej jak na mój gust, bo właściciele lokalnych knajpek i innych biznesów narzekali, że jeszcze sezon na dobre się nie zaczął. A skoro dla mnie było ich już zdecydowanie za dużo, to wyobrażam sobie, co tam się dzieje w tak zwanej “pełni sezonu”. Co prawda, pomimo że wokół weneckiej przystani i na głównych uliczkach starego miasta kłębiło się już po południu i wieczorem, to w każdej knajpce, nawet w tych najlepszych, można było bez trudu znaleźć miejsce. W przeciwieństwie do owych uliczek, tam (czyli w knajpkach) przynajmniej nie czuło się tłoku, można było dobrze zjeść, dobrze wypić, i jeszcze posłuchać autentycznej greckiej muzyki na żywo, a grać i śpiewać to oni lubią i potrafią. Wina, jak to w Grecji, czasem trafisz, czasem nie, wersji “Greek salad” było kilka, a czasem kilkanaście, w tym “Cretan salad”, i wszystkie dobre, a jadłem tam głównie świeżutkie ryby, czasem kotleciki jagnięce, więc na temat szerszego menu nie mogę się wypowiadać.
Wenecjanie rządzili tam gdzieś od 13-go do (chyba) 17-go wieku, i owa piękna przystań wenecka, z oryginalną latarnią morską, starymi domami półkolem otaczającymi zatokę, dobrze zachowanymi murami weneckich fortyfikacji, są naprawdę piękne, a w samym środku owego starego miasta można jeszcze dostrzec pozostałości dawniejszych, bizantyjskich murów, które z czasem wykorzystano jako elementy nowszych budowli. Właśnie mój hotelik, sam na bazie starego klasztoru, był przyklejony do takich starych murów, a w kilku jeszcze miejscach widziałem małe restauracyjki wtopione w owe starocie, i były to najpiękniejsze miejsca i do zwiedzania, i do zjedzenia dobrego posiłku.
A jednak – mimo że nie miałem takiego zamiaru – poniosło mnie do Knossos. Toż to 2.5 godziny w jedną stronę, czyli 5 godzin czystej jazdy na dwie godziny zwiedzania. Kreta nie jest mała – owszem, można ją przejechać z zachodu na wschód (lub odwrotnie) w jeden dzień, tylko trzeba mieć nocleg po drugiej stronie. A większość dróg i tak prowadzi z północy na południe, i to przez wysokie góry. Piękne góry, widoki zapierające dech w piersiach, tylko nie próbuj jechać tam szybciej niż 30-40 km/h, bo inaczej dołączysz do tych wszystkich krzyżyków i małych kapliczek ku pamięci tych, co pojechali szybciej i nie zmieścili się w zakrętach.

Z pałacu Minosa w Knossos zostało całkiem sporo, w tym dwa czy trzy piękne malowidła ścienne, jak ów książę powielany na milionach pocztówek i magnesów ściennych. Ale przecież to samo dzieje się ze skarbami Akropolu, Delfi, Efezu, Rzymu, piramid egipskich, azteckich, czy innych miejsc. Piękno powielane w milionach egzemplarzy nie przestaje być pięknem, szczególnie w swoim oryginalnym otoczeniu. W samej podróży niespodzianką było to, że nadmorska “autostrada” z Chania do Iraklionu (obok którego znajduje się Knossos) była wyjątkowo ciekawa, pełna widoków, a przy tym niezatłoczona. Niestety, do Knossos dotarłem około południa, czyli wszystkie “grupy autokarowe” jeszcze się tam kręciły, a jest to plaga wszelkich miejsc archeologicznych. Gdybym przyjechał dwie godziny później, chodziłbym po pustych ruinach. Kiedy odjeżdżałem, na parkingu nie było już ani jednego autokaru.
W moich podróżach jestem samotnikiem, mógłbym powiedzieć, że nawet ekstremalnym samotnikiem, podczas tygodnia czy dwóch wakacji mogę nie odezwać się do innych wczasowiczów, choć czasem porozmawiam chętnie z kimś z obsługi. Jedynie z moim dawnym przyjacielem z lat studiów czułem się w pełni na luzie – zawsze lokowaliśmy się w różnych hotelach, albo przynajmniej różnych pokojach tego samego hotelu, spotykaliśmy się, albo nie, podczas śniadania, a potem uzgadnialiśmy program dnia, znowu na pełnym luzie – chcesz – dobrze, nie chcesz – do zobaczenia wieczorem na drinka lub obiad, albo następnego dnia rano przy śniadaniu. I to mi w pełni odpowiadało, a nawet były to najciekawsze z moich podróży w ostatnich latach.
Tym razem byłem zupełnie sam, i postanowiłem przeznaczyć dwa z pięciu dni na Krecie na miasto Chania, a pozostałe trzy na zwiedzanie tej pięknej wyspy. Szybko przekonałem się, że geografia Krety sprawia niemałe trudności. Bo albo jedziesz wzdłuż wyspy jej północnym brzegiem całkiem niezłą i szybką autostradą – tak pojechałem z Chania do Knossos, albo przecinasz ją z północy na południe (lub odwrotnie) jedną z kilku tras przez piękne góry. Problem w tym, że nie jest łatwo przeskoczyć z jednej takiej trasy do drugiej. Przykładowo – mogłem pojechać przez Topolia Gorge w kierunku Elafonisi Lagoon, ale wracać też musiałem tą samą trasą, bo “przeskok” do Samaria Gorge, choć nie niemożliwy, był bardzo trudny i po niepewnych drogach. Podobnie z każdym innym “przeskokiem” między owymi górskimi trasami północ-południe. Czyli – jednego dnia jedną trasą, następnego dnia drugą, zamiast w tym samym dniu pojechać jedną, a wrócić drugą. Tym niemniej, owe górskie trasy były tak piękne, że nie żałowałem powrotu tą samą drogą, a widoki “w odwrotnym kierunku” są przecież często zupełnie inne.
No tak, ale ja miałem tylko trzy dni – czyli, pierwszego dnia Topolia Gorge i Elafonisi Lagoon; drugiego dnia Knossos; a trzeciego – Samaria Gorge, czyli dzikie góry, z kozami i stadami baranów. I to by było wszystko. Tak – Samaria Gorge robi wrażenie, turystyczne przewodniki w niczym nie przesadzają, a idąc na trasę, lepiej zarejestrować się w punkcie wyjścia, i mieć komórkę z naładowaną baterią i ‘emergency number’ w pogotowiu, bo to jednak nigdy nic nie wiadomo, a to są naprawdę dzikie góry. Ale to mogłem jedynie stwierdzić u wejścia do wąwozu, bo przecież tam nie poszedłem, nie miałbym na to siły. Byłem zmęczony nie tyle samą jazdą do Elafonisi Lagoon, ile dojściem do owych lagun, auto bowiem zostawiłem o kilkaset metrów wcześniej, bojąc się tłuc wertepami do samej plaży, aby nie uszkodzić podwozia, przed czym ostrzegali w agencji wynajmu. Wiedziałem, że Grecy prowadzący owe małe, ale przynajmniej bardzo tanie, agencje tylko czekają na okazję, aby oskubać cudzoziemca, jeśli tylko da im się pretekst, auto więc dostali z powrotem w stanie idealnym. No, ale wskutek tego miałem kilometrowy marsz przez wydmy, i wzdłuż lagun, z plecakiem i aparatem fotograficznym, i pomimo że wiatr, który mnie przewiał, był gorący, byłem tak spocony, że następnego dnia rozwinęło się zapalenie gardła i zatok. Stłumiłem to ibuprofenem popijanym winem, bo przecież miałem jeszcze dwa dni zwiedzania, a powinienem był po prostu gwizdnąć na skrupuły i potelepać się moim autkiem na samą plażę, co robili wszyscy lokalni.
Komentarz do zdjęć:
1 i 3. Półkolisty bulwar wokół dawnego weneckiego portu.
2 i 4. Stara wenecka latarnia morska czarowała tak samo w dzień, jak i w nocy.
5. Trasa – jedyna chyba na Krecie “autostrada”, a cudzysłów nie jest tu przypadkowy – wzdłuż północnego wybrzeża, z Chania do Iraklionu (i Knossos) okazała się wyjątkowo malownicza …
6. … zwłaszcza, kiedy trafiało się na takie zalotne modelki po drodze.
7, 8, 9. To co jest zachowane, lub zostało odkopane w Knossos, jest nie mniej interesujące i imponujące, co ruiny Akropolu – toutes proporcions gardées, bo Akropol jest jednak znacznie większy i zachowany w lepszym stanie. Niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że tylko część Knossos została wydobyta na światło dzienne.
10. Slynne – choć nie wiem czemu – Elafonisi Lagoons na południowo-zachodnim krańcu wyspy. Owszem, ładne, choć raczej zatłoczone, ale gdzie im tam do niektórych plaż na co bardziej odludnych karaibskich wyspach.
11. Za to góry w okolicy Samaria Gorge – a i w wielu innych miejscach – zachwycały swoim majestatem i dzikością.



